Reklama

​"Pewnego razu... w Hollywood" [recenzja]: Kino, moja miłość

Brad Pitt i Leonardo DiCaprio w filmie "Pewnego razu... w Hollywood" /materiały prasowe

Dokładnie ćwierć wieku temu, w maju 1994, Quentin Tarantino zaprezentował światu "Pulp Fiction" i odebrał Złotą Palmę w canneńskim Teatrze Lumiere. Gdy po latach wraca na najważniejszy festiwal filmowy świata, nie obchodzi rocznicy ani uroczyście, ani hucznie. Pierwszego dnia, zaraz po wylądowaniu, pojawił się na premierze nowego filmu Yinan Diao. Kolejne podobno spędził w swojej Narni - na sali kinowej, pochłonięty tym, co przywieźli koledzy. Tarantino nie przyleciał do Cannes, by rywalizować o uwagę czy indywidualne nagrody. Zrobił to z miłości do kina, która stanowi 120 procent jego życia. Z tych samych powodów powstało "Pewnego razu... w Hollywood".

Oglądanie filmów, nasycanie się obrazami i przekuwanie ich we własne projekty, to dla Tarantino sacrum. Jako nastolatek pracował jak bileter w kinie porno, kilka lat później później osiadł w wypożyczalni Video Archives w kalifornijskim miasteczku Manhattan Beach. Legenda głosi, że zobaczył każdy film, który leżał na półce. Tak nauczył się reżyserii, zaczął pisać pierwsze scenariusze, cytując, nawiązując, brodząc w popkulturowych skojarzeniach. W otwierającej "Pewnego razu... w Hollywood" scenie Tarantino podejmuje dialog z amerykańską tradycją, zaprasza na plan telewizyjnego westernu w typie "Gunsmoke". Równolegle kreśli taki obrazek - Roman Polański i Sharon Tate, pędzą cadillackiem w kierunku swojej rezydencji przy Cielo Drive 10050 w Beverly Hills. Rafał Zawierucha cały i zdrowy. Nikt nie wyciął go z historii.

Reklama

Ważniejszy od naszej narodowej dumy pozostaje jednak fakt, że Tarantino zna klasykę na wylot jak mało, który reżyser i niezmiennie darzy ją miłością całkowitą. Po obrazach zlepiony z kina gangsterskiego, blacksploitation, azjatyckiego mordobicia, włoskich spaghetti westernów czy grindhouse’owej pulpy, przyszedł czas na hołd złożony Hollywood sprzed pół wieku. Pobrzmiewa tu szerokie spektrum gatunków muzycznych z kalifornijskiej stacji KHJ, oglądamy ulice nasycone kolorem i witalnością rodem z ery dzieci kwiatów. "Pewnego razu... w Hollywood" to chyba najbardziej rzeczywisty ze wszystkich światów, które wykreował Tarantino. Nie tyle wynik postmodernistycznej zgrywy, przerabiania cudzych dokonań, a nostalgicznej rekonstrukcji w najdrobniejszych szczegółach.

Tarantino wyczuwa barwy i nastroje towarzyszące czasom schyłku ruchu hippisowskiego, pozwala po cichu wybrzmieć zjawiskom społecznym przełomu lat 60. i 70., a to wszystko na tle sporego wycinka hollywoodzkiego łańcucha pokarmowego. Częścią tego świata są: Rick Dalton (Leonardo DiCaprio), fikcyjny aktor znany z telewizyjnych sensacyjniaków oraz Cliff Booth (Brad Pitt) - kaskader, dubler tego pierwszego. Tarantino nie byłby sobą, gdyby nie zabawił się na całego i zrezygnował z dozy fantazji na temat dawnej Fabryki Snów. Na ekranie odżywają Steve McQueen, producent Marvin Schwartz, Bruce Lee. Symbolem tego jest kapitalna scena, w której Cliff trafia na plan serialu "The Green Hornet". I rzuca rękawicę legendzie kina kopanego.

"Pewnego razu... w Hollywood" to aktorski koncert i wspaniale sfotografowana bomboniera, której nie brakuje kilku świetnie napisanych, błyskotliwych dialogów. Nie ukrywam, że momentami czułem jednak posmak lekkiego rozczarowania, że nie jest to film na miarę szczytu możliwości Amerykanina. Że umieściłbym go gdzieś w środku best of.

Jasne, Tarantino zawsze był mistrzem spowalniania akcji, studzenia emocji widza, zanim dochodził do usypywania sterty trupów, bohaterowie musieli odbyć obowiązkową gadkę szmatkę o masażu stóp, pilotach telewizyjnych, księdze Ezechiela. Nikt mi jednak nie wmówi, że dziś ma to samo ucho do dialogów, że karuzela słów ma tempo, wigor, złożoność, wyrazisty nerw, bliskie fenomenowi "Pulp Fiction". Że jest równie soczysty i drastyczny, że porównywalnie żongluje ironią i powagę, że człowiek może nabawić się szmerów w sercu.

Taka zapowiedź - która na moich oczach przewijała się kilkukrotnie po pokazie prasowym Cannes - brzmi gęsto i ciekawie, ale fałszuje obraz filmu, który, w mojej opinii, cierpi na mało szlachetne dłużyzny i niepotrzebne zdania. Tarantino montował ten film niemal do samego dnia premiery, mówi się, że jeszcze nad nim popracuje, zdemontuje, podetnie tu i ówdzie. To dobrze. Być może w Cannes zaszedł o kilka scen za daleko.

Za daleko nie posunął się na szczęście w kwestii podejmowanego tematu. Wszyscy pamiętamy, jak w tamtym roku gruchnęła wiadomość, że Tarantino nakręci film o najmroczniejszym momencie w dziejach Hollywood, która na zawsze zmieniła oblicze amerykańskiego przemysłu filmowego. O brutalnym morderstwie żony Romana Polańskiego, 26-letniej Sharon Tate będącej w ostatnich dniach ciąży. Tragedia, która wydarzyła się 50 lat temu na hollywoodzkich przedmieściach, wpisana w twórczą strategię Tarantino wydawała się sztubackim żartem. Na szczęście "Pewnego razu... w Hollywood" nosi w sobie głos wrażliwego, świadomego artysty. Który w poczuciu bezradności chowa się w kinie przed okrutnym światem.

"Chciałem użyć filmu, jako tarczy ochronnej, rozegrać tę straszną wojnę po swojemu" - mówił Quentin Tarantino o pokazywanych dziesięć lat temu w Cannes "Bękartach wojny", filmie, w którym na własnych prawach wygrał II wojnę światową. Podobnie było w "Django", gdzie namieszał w kartach historii, a czarnoskórzy niewolnicy własnoręcznie wymierzali sprawiedliwość. Podstawowa różnica jest taka, że "Pewnego razu... w Hollywood" to w gruncie rzeczy pierwszy film Tarantino oparty na faktach. Czy tym razem odważył się dokonać operacji na rzeczywistości? A może fantazjowanie na temat piekła, przez które przeszły rodziny ofiar, byłoby ryzykownym nadużyciem i lekceważeniem zasad przyzwoitości? Nadmiar wyjaśnień potrafi zepsuć najlepszą zabawę. Kiedy jednak myślę o zakończeniu jego ostatniego filmu - być może najlepszym finale w jego całej filmografii - i klasie samego autora, to aż się ciepło robi na sercu. Po raz kolejny w Cannes zobaczyłem autentyczne łzy wzruszenia. I siedmiominutowe owacje na stojąco.

7/10

"Pewnego razu... w Hollywood" [Once Upon a Time in Hollywood], reż. Quentin Tarantino, USA 2019, dystrybutor: UIP, premiera kinowa: 9 sierpnia 2019 roku.


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Pewnego razu w Hollywood | Tarantino Quentin | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje