Reklama

"Noe: Wybrany przez Boga" [recenzja]: Ludobójca

Oto opowieść o początku końca lub końcu początku. Stworzona przez Boga Ziemia staje się spustoszonym przez niewdzięczną ludzkość pogorzeliskiem. Tylko Noe (Russell Crowe), jego żona (Jennifer Connelly) i ich liczne potomstwo szanują przyrodę. Nadciąga Potop i to właśnie oni zostają wybrani jako ci, którzy mają w drewnianej arce ocalić przed zagładą zwierzęta - jedyne istoty, które nie sprzeniewierzyły się woli Stwórcy.

Darren Aronofsky - reżyser o arthouse'owych inklinacjach i popowej wyobraźni - nakręcił spektakl ekstremalnie kiczowaty. "Noe" budzi równocześnie zażenowanie i podziw. Biblijne metafory są tutaj tak dosłowne, jakby wyjęto je prosto z religijnych kolorowanek, i tak potężne, jak tylko pozwalają na to stylistyczne i techniczne możliwości współczesnego kina.

Tęcze fruwają po niebie niczym frisbee, gołębie prują przestworza z szybkością i determinacją odrzutowców, a kosmiczne odjazdy kamery pozwalają zobaczyć cały glob zasnuty chmurami. Nie brakuje też sceny stworzenia wszechświata - tak wybuchowej i fluorescencyjnej, że pierwszy akt "Drzewa życia" Terrence'a Malicka wydaje się przy niej stosunkowo skromny.

Reklama

Swoją wizję Aronofsky podpiera narracyjnymi i wizualnymi kliszami rodem z kina gatunkowego. Podróż Noego po zniszczonej przez ludzkość Ziemi przypomina postapkaliptyczny western, w którym ostatni sprawiedliwi stawiają czoła bandom renegatów. Walka o arkę z armią satanicznego Tubala-Kaina (Ray Winstone) to wysokobudżetowa batalistyka, przełamane nagle kinem katastroficznym. Natomiast miesiące dryfowania zmieniają się w klaustrofobiczny thriller: pełen ujęć spoconych twarzy i przekrwionych oczu, skradania się w mroku i krwi obryzgującej ściany arki.

Najczęściej "Noe" skręca jednak w stronę fantasy - konwencji, która pozwala swobodnie tłumaczyć mity na język popkultury. Matuzalem (Anthony Hopkins) spopielający wrogów magiczną falą uderzeniową, mające postać kamiennych olbrzymów anioły czy tytułowy bohater, prężący muskuły i rozwalający czaszki niewiernych - pod tymi obrazami mógłby podpisać się Peter Jackson.

Przy tym całym cyrkowym rozbuchaniu, "Noe" jest filmem śmiertelnie poważnym. To opowieść którą równocześnie stara się być wierna Biblii i tchnąć w zaludniające ją postacie życie; dzieło, które - podobnie do wybitnego "Ostatniego kuszenia Chrystusa" Martina Scorsese i żenującej "Pasji" Mela Gibsona - chce ożywić świętą historię poprzez wytaplanie jej w krwi, błocie i rozpaczy.

Szpakowaty i misiowaty Noe wydaje się początkowo dobrotliwym patriarchą. Szybko jednak okazuje się, że dana mu przez Boga misja wiąże się z dokonaniem ludobójstwa. Broniąc dostępu do arki niegodnemu ocalenia motłochowi, wpada w bitewny szał. Słuchając potem z jej wnętrza krzyków tonących ludzi, kurczy się w sobie i tężeje. Zdaje sobie sprawę, że bycie wybrańcem równa się także byciu ostatnim człowiekiem na Ziemi: królem, który samotnie zasiądzie na tronie z kości.

Noemu wydaje się, że został wybrany tylko po to, aby ocalić zwierzęta; że na nim i jego rodzinie ma zakończyć się historia ludzkości. Dlatego nie pozwala swojemu synowi (Logan Lerman) uratować poznanej w obozie wroga kobiety (Madison Davenport). Dlatego też wpada w furię, kiedy okazuje się, że partnerka (Emma Watson) innego jego syna (Douglas Booth), wychowana przez niego jak córka i z tej racji zabrana na arkę, zachodzi w ciąże. Skłócony z najbliższymi, przygnieciony brzemieniem i chcący za wszelką cenę dopiąć swego, przypomina innych bohaterów Aronofsky'ego: genialnego matematyka z "Pi", emerytowanego wrestlera "Zapaśnika" czy nadambitną baletnicę z "Czarnego łabędzia".

Narastający konflikt prowadzi do sceny, w której pobrzmiewa echo historii Abrahama zmuszonego do poświęcenia Izaaka. Sceny, w której nie ma jednak żadnej nadnaturalnej ingerencji i wszystko zależne jest od sumienia.

Przez chwilę może wydawać się, że ludzkie miłosierdzie zostaje przeciwstawione bożemu okrucieństwu. Aronofsky nie ośmiela się jednak dalej ciągnąć tego tematu. Wątek szaleństwa bohatera jest tylko pojedynczą kroplą mroku, która krąży w tym dość grzecznym, choć wściekle ambitnym filmie. Ostatecznie "Noe" okazuje się przede wszystkim monstrualnym festiwalem religijnego kampu. Kampu będącego - jak pisała Susan Sontag - "powagą, która zawodzi".

6/10


---------------------------------------------------------------------------------------

"Noe: Wybrany przez Boga" ("Noah"), reż. Darren Aronofsky, USA 2014, dystrybutor: UIP, premiera kinowa: 28 marca 2014 roku.

--------------------------------------------------------------------------------------

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy