Reklama

"Mój syn": Wielka improwizacja [recenzja]

James McAvoy w filmie "Mój syn" /materiały prasowe

Parafrazując Witolda Gombrowicza, James McAvoy dobrym aktorem jest. Mógł się zatem podobać widowni zarówno w wojennym melodramacie "Pokuta" (reż. Joe Wright, 2007), jak i komiksowym widowisku "X-Men: Pierwsza klasa" (reż. Matthew Vaughn, 2011). Wysoko poprzeczkę postawił sobie, występując w thrillerze "Split" (reż. M. Night Shyamalan, 2016), w którym wcielił się w - uwaga! - człowieka o dwudziestu czterech uaktywniających się naprzemiennie osobowościach (nawet jeśli tylko dziewięć z nich ostatecznie pojawia się na ekranie, to i tak jest to całkiem imponujący wyczyn). Nic zatem dziwnego, że to właśnie McAvoya zaangażowano do udziału w filmie "Mój syn" (2021) Christiana Cariona, będącym brytyjskim remakiem francuskiego "Mojego synka" (2017) autorstwa tegoż samego reżysera.

Tak się bowiem składa, że obraz ten to eksperyment. Była nim również wersja z 2017 roku. Otóż James McAvoy - podobnie jak grający wcześniej główną rolę Guillaume Canet - nie otrzymał scenariusza, a jedynie spisany na kilku stronach ogólny zarys postaci. Resztę musiał stworzyć sam na planie zdjęciowym. Trzeba przyznać, że to dość karkołomne zadanie, także z biznesowego punktu widzenia. Sztuka improwizacji towarzyszy oczywiście kinu od jego zarania - wystarczy spojrzeć na niektóre gagi z kilkusekundowych niemych komedii, by się przekonać - ale rzadko kiedy, o ile w ogóle, filmy są tworzone w ten sposób, że któraś z gwiazd nie wie, co wydarzy się za chwilę, nie mówiąc już o tym, że nie ma bladego pojęcia, jak całość się skończy.

Reklama

"Mój syn": Zaginęło siedmioletnie dziecko

Edmond Murray (McAvoy) dostaje telefon od byłej żony imieniem Joan (Claire Foy): ich siedmioletnie dziecko zaginęło. Ethan (Max Wilson) był na obozie z dala od miasta. Policja dowodzona przez inspektora Roya (Gary Lewis) podejrzewa, że być może za wszystkim stoją porywacze, a sprawa ma w istocie wymiar globalny i dotyczy zagranicznych kontraktów, na które Edmond wyjeżdża do Libii, Iraku i Arabii Saudyjskiej (chodzi o biznes naftowy, jak łatwo wywnioskować). Mężczyzna jednak twierdzi, że w zniknięcie chłopca zamieszany jest Frank (Tom Cullen), nowy partner Joan, w obliczu zaistniałej tragedii dość swobodnie i entuzjastycznie rozprawiający o planach budowy domu. Podejmuje więc śledztwo na własną rękę.

Widz, obejrzawszy "Mojego syna", nie jest świadom faktu, że McAvoy zaimprowizował swój występ w oparciu o zachowania innych bohaterów spektaklu. Jego interpretację ojca, zmagającego się z konsekwencjami bycia nieobecnym w życiu Ethana, należy poczytywać za jako taki sukces. Aż dziw bierze, że aktor nie został wymieniony w napisach końcowych wśród współscenarzystów, przynajmniej z charakterystycznym dla kina klasycznego dopiskiem "dodatkowe dialogi". Wszak, gdyby nie on, film mógłby wyglądać zgoła inaczej.

O ile partie dramatyczne wypadają nawet udanie, o tyle gorzej - wręcz przeciętnie - jest w tych sekwencjach, które wprost nawiązują do konwencji kolejnego utworu o ratowaniu dziecka przed złymi facetami, w stylu choćby "Uprowadzonej" (reż. Pierre Morel, 2008). Dobry thriller wymaga precyzji - wszystko musi w nim chodzić jak w szwajcarskim zegarku. Czy to faktycznie gatunek, który pozwala na tak swobodne eksperymentowanie? Broni się to, że Edmond rozwiązuję zagadkę wraz z widzem, w czasie rzeczywistym, krok po kroku. Przypomina to trochę grę wideo, w której awatar, otoczony przez NPCe, czyli bohaterów niezależnych, działa, pokonuje przeszkody, wskakuje na wyższe poziomy, robi, co w jego mocy, by - jako domorosły detektyw mimo woli - odzyskać syna.

Ćwiczenie improwizatorskie czy scenariuszowe lenistwo?

Problem w tym, że te momenty utworu Cariona należą do najnudniejszych, przeciągniętych i powolnych. Tam, gdzie oczekiwać można by faktycznego napięcia, pojawia się raczej rozdrażnienie. Dobrym przykładem jest akcja tocząca się w domu na odludziu. Najlepiej byłoby, gdyby odbiorca nie odrywał wtedy wzroku od ekranu, a tymczasem rodzi się zniecierpliwienie. Owszem, dałoby się je zminimalizować, ale twórcy musieliby przyznać - albo w czołówce, albo w tyłówce - co podyktowało tak banalnie poprowadzoną intrygę. Wydaje się to dość logiczne: by McAvoy jako aktor i jako postać mógł rozwikłać tajemnicę, musi być ona stosunkowo prosta. Planszy z taką informacją nie ma.

Czy zatem "Mój syn" jest ćwiczeniem improwizatorskim, czy po prostu scenariuszowym lenistwem? Zamieszanie i panika głównego bohatera są jak najbardziej realne. Nic dziwnego, to prawie jak pokaz na żywo. Może wystarczyło po prostu odwrócić proporcje w stosunku do francuskiego oryginału, czyli aktywizować kobietę, matkę chłopca, która przez większość projekcji pozostaje bierna, podczas gdy mężczyzna gania po spowitych jesiennym chłodem szkockich krajobrazach. Claire Foy to przecież także bardzo dobra aktorka, a tu jej potencjał zostaje zmarnowany. Wielka szkoda.

6/10

"Mój syn" (My Son), reż. Christian Carion, USA 2021, dystrybutor: Best Film, polska premiera kinowa: 22 lutego 2021 roku.


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje