Reklama

"Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie" [recenzja]: Nekromancja

Jeśli któryś z młodych, zdolnych reżyserów miał szansę odświeżyć konwencję "Gwiezdnych wojen", to był to przede wszystkim Gareth Edwards, facet, który w swoich dwóch poprzednich dziełach - "Strefie X" i "Godzilli" - dodał zaskakującej powagi podgatunkowi fantastyki o wielkich potworach. Jego "Łotr 1." budzi jednak mieszane uczucia. Film ten stanowi pole nierozstrzygniętej bitwy między samotnym wizjonerem a wszechpotężnym imperium franczyzy.

Felicity Jones i Diego Luna w filmie "Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie"

Najprawdopodobniej jakiekolwiek odstępstwa od żelaznej normy były możliwe tylko dlatego, że "Łotr 1." jest niejako filmem pobocznym względem serii, trochę spin-offem, a trochę prequelem, opowiadającym o tym, jak członkowie Rebelii - w tym będąca protagonistką Jyn Erso (Felicity Jones) - próbują wykraść plany Gwiazdy Śmierci, tej samej, którą zniszczono w finale "Nowej nadziei". Lekki powiew nowości przynosi już początek, w którym brakuje wypisanej na ekranie żółtymi literami introdukcji, a motyw muzyczny Johna Williamsa zastępuje wariacja na jego temat autorstwa Michaela Giacchino. Dalej czeka więcej niespodzianek: w kontraście do gładkiego, cukierkowatego estetycznego kanonu "Gwiezdnych wojen" film okazuje się być chropawy i mroczny. A przynajmniej do pewnego stopnia.

Reklama

Błoto, piach, krople deszczu i potu. Edwards dba o to, aby faktury w jego filmie były bogate, aby twarze bohaterów i ich kostiumy nie budziły skojarzeń z zabawkami, które dopiero co zdjęto z fabrycznej taśmy. Jego pragnienie realizmu zaznacza się też w pracy kamery: wiele scen jest rozdygotanych, z premedytacją chaotycznych, mających wyraźny dokumentalny sznyt. Reżyser przejawia ponadto skłonności do grozy, które widać podczas przesłuchania z wykorzystaniem oślizgłej ośmiornicy, niosącego ze sobą echa "Obcego" i jego licznych kontynuacji, czy starcia Dartha Vadera z oddziałem rebeliantów, zainscenizowanego według schematu znanego ze slasherów. Te wszystkie chwyty i sceny sąsiadują z typową dla space oper epiką. Efekt jest ciekawy, ale nie rewolucyjny. 

Głównym powodem, dla którego "Łotr 1." pozostaje zachowawczy, jest scenariusz, który daje niewiele okazji do jazdy po bandzie i szargania świętości. Nawet jeśli ginie tu ponadprzeciętna ilość osób stojących po jasnej stronie Mocy, to historia i tak raz po raz wpada w baśniowe koleiny, które pozostawiła po sobie klasyczna trylogia. W trakcie seansu wszystkie obowiązkowe punkty programu są stopniowo odkreślane: kolejne, coraz większe starcia, poprzedzielane tandetnymi monologami o zbawczej sile nadziei, prowadzą do finałowej bitwy, zwieńczonej happy endem, który z fabularnej perspektywy jest jak najbardziej logiczny, ale wydaje się przy tym w jakimś sensie wymuszony. Ktoś może zaoponować, że tradycja zobowiązuje. Ta tradycja ma jednak prawie czterdzieści lat i przydałoby się, aby ktoś zbudował na jej fundamentach coś nowego, zamiast desperacko i w nieskończoność ją kultywować.

Istotę nowych "Gwiezdnych wojen" - zarówno "Łotra 1.", jak i ubiegłorocznego "Przebudzenia Mocy" J.J. Abramsa - najlepiej oddają sceny z filmu Edwardsa, w których pojawiają się dwie odtworzone za pomocą CGI postacie z pierwowzoru George'a Lucasa. Oglądaniu ich towarzyszy sentyment przemieszany z trudnym do zignorowania dyskomfortem. Oto bowiem, trochę jak w "Smętarzu dla zwierzaków", do fanów wracają unicestwieni przez czas bliscy: podobni do siebie, ale przy tym niepokojąco sztuczni.

6,5/10

"Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie" [Rogue One: A Star Wars Story], reż. Gareth Edward, USA 2016, dystrybutor: Disney, premiera kinowa: 15 grudnia 2016 roku.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Łotr 1. Gwiezdne Wojny - historie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje