"Lady Bird" [recenzja]: Girlhood

Saoirse Ronan w filmie Grety Gerwig "Lady Bird" /materiały dystrybutora

Dla Grety Gerwig "Lady Bird" jest sprawdzianem inscenizacyjnych umiejętności. Śladem George’a Clooneya, Mela Gibsona i Bena Afflecka amerykańska aktorka, znana głównie ze współpracy z Noah Baumbachem, postanowiła spróbować swoich sił na reżyserskim stołku. Mogło to zapowiadać zarówno, jak w wielu przypadkach, wielkie rozczarowanie, jak i ogromny sukces. Chyba nikt nie spodziewał się jednak, że rezultat będzie tak imponujący. "Lady Bird" to żywioł - film o wchodzeniu w dorosłość, jakiego w kinie dawno nie było.

Reklama

Punkt wyjścia jest prosty. Mamy rok 2002. Tytułowa Lady Bird, czyli Christine McPherson (Saoirse Ronan), ma 17 lat i mieszka w małym miasteczku Sacramento w Kalifornii. Nastolatka, na co dzień uczęszczająca do katolickiego liceum, szczerze nienawidzi nie tylko swojego imienia (stąd tytułowy pseudonim), ale także... własnego domu. By zrealizować swoje największe marzenie i wyprowadzić się z Sacramento, przed maturą potajemnie aplikuje do kilku nowojorskich collage’ów. O tym fakcie nie może dowiedzieć się jej matka (Laurie Metcalf), z którą dziewczynę łączy burzliwa relacja. Starając się ukryć ambitne plany, Christine wchodzi w okres pierwszych zauroczeń, zawodów i kłamstw.
 
Szkolny teatr, bal maturalny, walka o stypendium, upozorowanie bogactwa, kłótnia z przyjaciółką (Danielle Macdonald) i miłość do dwóch chłopców (Lucas Hedges i Timothée Chalamet) - wszystko to spadnie na Lady Bird niemal w jednej chwili. Mimo to na pierwszym planie zawsze pozostanie konflikt z matką - kobietą zdecydowaną, zapracowaną i szalenie ostrą; pozornie całkowicie od córki różną, w gruncie rzeczy bardzo do niej podobną. Gerwig w "Lady Bird" skupia się najmocniej właśnie na ukazaniu tej specyficznej relacji między rodzicem, a dzieckiem. Dzieje się tak nie bez powodu, bo scenariusz bazuje na osobistych doświadczeniach aktorki. Wątek autobiograficzny nadaje filmowi intymnego charakteru, gdzie mniej liczą się zdarzenia, a bardziej ludzie.

Jednocześnie dzieło Gerwig to klasyczny reprezentant nurtu "coming-of-age" - historia dorastania zbierająca wszystkie epizody związane z młodzieńczym okresem, z pierwszymi eksperymentami seksualnymi i przejawami buntu na czele. Oczywiście, tego typu elementy już wiele razy na ekranie widzieliśmy, co jednak ważne, Gerwig ma tyle reżyserskiego wyczucia i łączy sceny tak umiejętnie, że całość sprawia wrażenie powiewu świeżości na ubitym gruncie kina o dorastaniu. Dlaczego? Reżyserka w "Lady Bird" umieszcza ograne motywy w nieoczywistych kontekstach, dorzucając do tego sporą dawkę humoru (nawet czarnego) i garść gorzkich refleksji.

Reklama

Przede wszystkim zaś Gerwig konstruuje swój film w oparciu o serię "momentów" - urywków z życia Lady Bird często niby pozbawionych ciągłości fabularnej, bez tradycyjnej linii narracyjnej. Te migawki oddają w pełni to, jak wyglądają ludzkie relacje, a pozbawione puenty wątki - to, jak wygląda ludzkie życie. Minimalizm obecny jest też w poszczególnych historiach. Gerwig nie zależy, by pokazywać każdy szczegół z losów bohaterki. Elipsy są tu na porządku dziennym, cięte w kulminacyjnym punkcie sceny również. O największych emocjach reżyserka potrafi opowiedzieć jednym definiującym wszystko kadrem.

Dzięki temu "Lady Bird" można traktować jako kobiecą odpowiedź na "Boyhood" Richarda Linklatera. Nominowany do sześciu Oscarów dramat był rozbitą na dłuższy okres, lecz konstrukcyjnie podobną, kalejdoskopową wizją młodości. Tym, co spajało dzieło Linklatera był udział dorastającego na planie Ellara Coltrane’a w głównej roli. W "Lady Bird" tę funkcję przejmuje 23-letnia Saoirse Ronan, która po raz kolejny udowadnia jak wybitną jest aktorką. Podobnie jak w filmie "Brooklyn" Johna Crowleya, tak i tutaj Ronan potrafi wejść w skórę "zwyczajnej" dziewczyny mierzącej się z trudami dorosłości bez nadekspresji i przesady, za to z pełnym zaangażowaniem i szczerością. Za partnerów ma znakomitych aktorów drugoplanowych, na czele z Laurie Metcalf w roli matki.

"Lady Bird" to także produkcja znacznie łatwiejsza w odbiorze, niż dzieło Linklatera, zrealizowana z większą wrażliwością i z bezbłędną obsadą. Z drugiej strony momentami wciąż niepewna stylistycznie i naiwnie prosta. Najważniejsze, że opowiadając o różnych odcieniach dorastania, "Lady Bird" wychodzi poza ramy gatunku, dając możliwość interpretacji przez pryzmat własnych doświadczeń. Dla jednych będzie to opowieść o tym, czym jest rodzina, dla innych miłosny list do Sacramento, jeszcze inni będą śmiać się i wzruszać, czytając film jako refleksję o znaczeniu miejsc. Niezależnie od tego, "Lady Bird" to osobisty pamiętnik i emocjonalny miks, jaki w dorobku chciałby mieć każdy reżyser - debiutant w szczególności.

8,5/10

"Lady Bird", reż. Greta Gerwig, USA 2017, dystrybutor: UIP, premiera kinowa: 2 marca 2018 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Lady Bird

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje