Reklama

"Kod Dedala": Europejskie "whodunit" [recenzja]

Kadr z filmu "Kod Dedala" /materiały dystrybutora

Najlepsze są te szarady, których zakończenie nie jest oczywiste od pierwszych scen, a po drodze można zostać kilkukrotnie wyprowadzonym na manowce. "Kodowi Dedala" to się udaje.

Cóż ekscytującego może być w pracy tłumacza poza wewnętrzną satysfakcją, że odpowiednie dał rzeczy słowo, znalazł w jednym języku rytm drugiego, sprytnie poradził sobie z idiomami i znalazł odpowiednik żartu językowego? Godzinami ślęczy nieruchomo przed ekranem, zapatrzony w słowa, słowniki i tabelki edytora CAT. Nawet nie męczy się z odszyfrowaniem charakteru pisma pisarza, bo kto jeszcze dziś pisze ręcznie? Dla kamery to proces śmiertelnie nudny, chyba że... w grę wchodzić będzie bestseller, który stara się wykraść anonimowy haker.

"Kod Dedala" zainspirowały tajne prace nad jak najszybszym tłumaczeniem powieści "Inferno", czwartej odsłony cyklu Dana Browna o śledztwach profesora Roberta Langdona. Wypatrywana przez fanów książka, murowany bestseller, miała ukazać się jednocześnie na kilku dużych rynkach. W związku z tym wydawnictwo zebrało jedenastu tłumaczy z pięciu europejskich krajów i wywiozło ich do Włoch, aby tam - na około dwa miesiące - odciąć ich od świata. Spali w jednym hotelu, jedli w jednej stołówce i pracowali, dzień w dzień, w pomieszczeniach pod siedzibą mediolańskiego wydawnictwa. Przed wejściem do środka zabierano im komórki. Dostęp do sieci mieli ograniczony do jednego stanowiska komputerowego, do hotelowych pokoi nie mogli zabierać ze sobą z powrotem laptopów. Wszystko w obawie przed przeciekiem, który mógłby zniweczyć plan na zarobienie grubych milionów dolarów.

Reklama

W "Kodzie Dedala" wydawca posuwa się jeszcze dalej. Właśnie ukazać się ma finałowy tom bestsellerowej sagi. Tłumacze nie tylko zostają zamknięci w bunkrze, pozbawieni elektroniki, odcięci od netu, ale i pracować mają pod okiem uzbrojonych strażników, w wyznaczonych godzinach, nad określonymi stronami - wydzielanymi im po kawałku. Pomimo tak dużych środków ostrożności, fragment wycieka i pojawia się żądanie zapłacenia okupu. Wszystko wskazuje na to, że winny znajduje się wśród tłumaczy. Rozpoczyna się wyścig z czasem, wzajemne podejrzenia i zabawa detektywistyczna dla widza.

Temperaturę gry zwiększają aktorzy. Olga Kurylenko daje się poznać w kreacji diametralnie innej niż ta, którą stworzyła w "007 Quantum of Solace" - jako tłumaczka Katerina Anisinova jest nieco natchniona, poetycka, całkowicie identyfikuje się z bohaterką przekładanej prozy, mającej wyraźne elementy melodramatyczne. Lambert Wilson ("Matrix reaktywacja") idealnie wpisuje się we wszystkie wyobrażenia na temat żądnego pieniędzy i władzy potentata rynku książkowego Erica Angstroma, który kiedyś może i był marzycielem, ale teraz musi dbać o firmę. Wspaniale gra również Alex Lawther, charyzmatyczny młody aktor, którego wcześniej można było już oglądać w "Czarnym lustrze" i "The End of the F***ing World". O tym chłopaku na pewno jeszcze usłyszymy.

Reżyser Régis Roinsard oraz scenarzyści Romain Compingt i Daniel Presley nie unikają w "Kodzie Dedala" pewnych uproszczeń i skrótów. Napięcie nie zawsze utrzymuje się na równym poziomie, czasem pojawia się sztampa. Pomimo drobnych potknięć film przypomina jednak, że i w Europie da się kręcić równie przebojowe produkcje, co w Hollywood. I zagadka zagadką pozostaje niemal do ostatnich scen - i o to chodzi!

6,5/10

"Kod Dedala" [Les Traducteurs], reż. Régis Roinsard, Francja, Belgia 2019, dystrybutor: Best Film, premiera kinowa 20 grudnia 2019 roku.


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Kod Dedala

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje