Reklama

"Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie": Niemoc [recenzja]

Adam Driver i Daisy Ridley w scenie z filmu "Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie" /materiały prasowe

Pamiętam premierowy pokaz "Przebudzenia Mocy" sprzed czterech lat. Wokół szampańska atmosfera i niecierpliwe odliczanie minut do rozpoczęcia seansu. Miła odmiana po trylogii prequeli, przed którymi widz modlił się o jak najmniej czerstwych dialogów oraz ograniczenie roli Haydena Christensena do minimum. Film z 2015 roku nie zawiódł, a ja opuściłem kino zadowolony. Nawet nie przypuszczałem, jakim rozczarowaniem okaże się zakończenie nowej trylogii.

Reklama

"Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie" zamyka historię Rey (Daisy Ridley), Kylo Rena (Adam Driver) oraz walki rebelii z Najwyższym Porządkiem. Teoretycznie ma też zakończyć zapoczątkowaną przez George'a Lucasa sagę, ale w to chyba nikt nie wierzy. W praktyce film J.J. Abramsa stanowi laurkę dla serii i widzów, którzy od ponad 40 lat śledzą losy jej bohaterów. Twórcy co jakiś czas mrugają do fanów, cytują ulubione dialogi lub najbardziej znane sceny. Gdyby jeszcze ich dzieło było na zadowalającym poziomie...

Największym grzechem IX epizodu gwiezdnej sagi jest pośpiech. Nie chodzi mi jednak o realizację. Nie można się przyczepić do efektów specjalnych, scenografii czy kostiumów. Co prawda brakuje w "Odrodzeniu" scen zapierających dech w piersiach - pokroju wspaniałego pojedynku na miecze świetlne w sali tronowej z "Ostatniego Jedi", niemniej film spełnia standardy, do których przyzwyczaiły nas wysokobudżetowe produkcje. Jednak gdy skupimy się na fabule i narracji, to pozostaje tylko niedowierzanie i irytacja.

Reklama

Dawno nie widziałem tak źle napisanej i opowiedzianej oraz przeładowanej informacjami produkcji jak "Skywalker. Odrodzenie". Tylko podczas pierwszych pięciu minut doświadczamy nagłego powrotu (przynajmniej dla tych, którzy nie oglądali żadnych zapowiedzi) pewnej postaci i odpowiedzi na jedną z największych zagadek nowej trylogii. Niestety, zamiast ekscytacji i zaskoczenia widzom towarzyszą zagubienie i rozczarowanie, które nie opuszczą ich aż do napisów końcowych.

Akcja pędzi na łeb, na szyję, a konieczność wprowadzania kolejnych atrakcji i postaci góruje nad logiką opowieści. Zwroty akcji mają miejsce co kilka scen, a serwowane są z taką gracją, że aż głowa boli. W połowie "Odrodzenia" ma się wrażenia natłoku treści - jakby z adaptacji "Harry'ego Pottera" zrobiono trylogię, a ostatni film obejmował pięć ostatnich tomów. Szaleńcze tempo udziela się montażyście. Sceny kończą się nagle, często wydają się nieporadnie przyspieszone. Trudno czerpać przyjemność z jak najszybszego odhaczania kolejnych punktów fabuły.

Kłopotliwy jest także stosunek twórców do poprzedniej odsłony sagi, kontrowersyjnego "Ostatniego Jedi" Riana Johnsona. Reżyser świetnego "Na noże" postawił tam świat "Gwiezdnych wojen" na głowie, wprowadzając kilka zaskakujących rozwiązań, które niekoniecznie spodobały się fanom. W swoim filmie Abrams odczynia część z nich. Niestety, dając widzom to, czego teoretycznie chcą, czyni jeszcze więcej szkód. Wydaje się, że przy rozpisywaniu nowej trylogii zabrakło osoby decydującej o rozwoju najważniejszych wątków pokroju Kevina Feige'a w kinowym uniwersum Marvela. Nawet jeśli niektóre historie zamykają się ładnie jako całość, to sposób ich prezentacji na przestrzeni trzech produkcji pozostawia wiele do życzenia.

Zawodzi także większość postaci. Najlepiej sprawdza się historia Kylo Rena, ale grający go Driver jest jednym z najlepszych współczesnych aktorów i nawet z obserwowania schnącej farby zrobiłby dzieło sztuki. Także Poe (Oscar Isaac) wypada nieźle i w końcu przestaje być "nowym Hanem Solo". Natomiast Rey, czyli główna bohaterka trylogii, nie radzi sobie już tak dobrze - jej droga składa się właściwie z odkrywania kolejnych cudownych mocy. Ostatecznej konfrontacji bohaterki z jej antagonistą brakuje dramatyzmu, a największy zwrot akcji z nią związany... Cóż, wolałem rozwiązanie Johnsona.

Różnie prezentuje się także stara gwardia. Nie będę zdradzał licznych gościnnych epizodów, skupię się tylko na postaciach, których obecność w filmie nie będzie dla nikogo niespodzianką. Co zaskakujące, najlepsze wrażenie robi robot C3PO (Anthony Daniels), który otrzymuje jedną z niewielu naprawdę rozczulających kwestii. Z kolei powracający po niemal czterdziestu latach Lando Calrissian (Billy Dee Williams) pojawia się tam, gdzie akurat pasuje to scenarzystom. Gdy w końcu otrzymuje ważną i ciekawą misję, to reżyser woli jej nie pokazywać - bo czasu mało, a akcja musi pędzić na złamanie karku.

Sceny z nieodżałowaną Carrie Fisher także budzą mieszane uczucia. Po nagłej śmierci aktorki w grudniu 2016 roku twórcy "Odrodzenia" postanowili, że księżniczka Leia pojawi się w filmie za sprawą niewykorzystanych scen i ujęć z poprzednich epizodów. Piękny gest, ale jego efekty nie są satysfakcjonujące. Mimo starań montażysty oraz speców od efektów czuć, że postać często wypowiadała swoje kwestie w zupełnie innym kontekście, a pozostałe dialogi zostały napisane pod jej słowa. Dominuje wrażenie sztuczności, które bardzo wybija z rytmu opowieści.

"Skywalker. Odrodzenie" nie jest zakończeniem nowej trylogii, które wymarzyli sobie fani. To dzieło bardzo chaotyczne, chcące zadowolić zbyt wielu i tym samym niesatysfakcjonujące dla nikogo, przeładowane treścią, której spokojnie starczyłoby na dwie-trzy kolejne odsłony. Gdyby więcej czasu włożono w prace nad scenariuszem, efekt na pewno byłby lepszy. Nie wiem, czy pośpiech w konstrukcji fabuły wynikał z ustalonych lata temu dat premier, czy też zmian twórców w trakcie przygotowań do produkcji - epizod IX początkowo miał realizować Colin Trevorrow (twórca "Jurassic World"), którego później zastąpiono sprawdzonym przy "Przebudzeniu Mocy" Abramsem. Wydaje się, że dla producentów najważniejsza była realizacja planu biznesowego i raczej nie będą oni zawiedzeni. Film miał zarobić i zapewne na koncie "Odrodzenia" znajdzie się ponad miliard dolarów. Jednak Moc nie jest w nim silna.

4/10

"Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie" [Star Wars: The Rise of Skywalker], reż. J.J. Abrams, USA 2019, dystrybutor: Disney, premiera kinowa: 19 grudnia 2019 roku.


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje