Reklama

Elitarni pitu pitu

"Elita zabójców", reż. Gary McKendry, USA, Australia 2011, dystrybutor Monolith Films, premiera kinowa 7 października 2011.

"Świat pogrążony jest w chaosie". Tak, proszę państwa, seans "Elity zabójców" nie pozostawia co do tego wątpliwości. Zdanie umieściłem w cudzysłowie, gdyż jest to pierwsza informacja, jaką uzyskujemy z ekranu. Nie wiem tylko, czy jest ono podyktowane paranoiczną obsesją twórców (lepiej), czy stanowi rozpaczliwą próbę tłumaczenia się z bezsensownego ciągu całkiem przyzwoitych scen z udziałem Jasona Stathama (gorzej).

Reklama

Ale jak to? Ale zaraz? Krzyknie ktoś czytając wstęp. Przecież na plakacie są jeszcze nazwiska Bobby'ego De Niro i Clive'a Owena! No tak, nazwiska są i nawet noszący je aktorzy są, ale widzu, jeśli twoja miłość do Jasona Stathama nie jest wystarczającą motywacją do zakupu biletu to zostań w domu i pożycz "Niezniszczalnych".

Powiedzmy sobie szczerze, że jedynym prawdziwie elitarnym zabójcą w filmie Gary'ego McKendry jest poczciwy Jason, który z mozołem, w pojedynkę ciągnie ten wagonik uciech, podczas gdy De Niro siedzi w mamrze u szejka w Omanie (sic!), a Clive Owen następuje mu na odciski i węszy (poza kadrem).

Książkowy pierwowzór "Elity zabójców" to rzekomo prawdziwe wyznanie byłego członka SAS. Autor - Ranulph Fiennes twierdzi, iż wraz z kilkoma innymi komandosami brytyjskiej jednostki specjalnej znalazł się na liście celów grupy zabójców ukrywających się pod nazwą "The Clinic". Owa grupa miała prowadzić akcję odwetową w imieniu arabskiego szejka, którego synowie polegli z rąk SAS. Sam Ranulph miał dożyć publikacji swojej książki (i wdrapać się w 2009 roku na Mount Everest), dzięki tarczy ochronnej, jaką rozciągnęła nad nim kolejna tajna (najtajniejsza z tajnych) organizacja opiekująca się byłymi funkcjonariuszami służb (rzecz jasna - tajnych).

Uff... jakby tego było mało reżyser, debiutujący w długim metrażu, postanowił nieco utrudnić sobie zadanie i w centrum opowieści umieścić nie zastraszonego Ranulpha, ale zimnego (choć wrażliwego) mordercę o przywodzącym na myśl trzykołowe rowerki, drewniane proce i domki na drzewach imieniu Danny. Tym mordercą jest, rzecz jasna (fanfary, wuwuzele i confetti) Jason Statham.

Aktor, którego okrzyknięto mianem następcy Bruce'a Willisa wie jak to się robi, tzn. jak się strzela, kopie, masakruje szczęki, pozbawia uzębienia, dobrze wygląda i łobuzersko uśmiecha. I jeśli ktoś odnajduje w tym filmie jakiś wątek przewodni, jakiś zarys fabuły, albo ogólniej - sensu, to tylko dlatego, że ten facet ma taką zdolność koncentrowania uwagi, że cała reszta orbituje wokół niego.

Niestety, Gary McKendry - weteran w branży filmów reklamowych - stając nad stołem montażowym musiał zdać sobie sprawę, że w skręconym materiale nic się nie sumuje. Pracując z napiętym grafikiem De Niro i Wilsona, reżyser musiał tak wymodelować wątki, by te dwie, kluczowe dla filmu, postaci nie musiały zbyt często wchodzić z sobą w interakcję.

Dlatego Clive'a Owena widzimy zazwyczaj siedzącego przy stole z grupą bardzo-ważnych-dziadów w trakcie bardzo-tajnych-obrad, wyładowującego frustrację na sprzętach domowych lub wyładowującego frustrację na sprzętach klubowych, zaś De Niro leżącego na pryczy w prowizorycznym więzieniu szejka lub drepczącego po Paryżu za dziewczyną głównego bohatera (który przywiózł ją do Paryża tylko dlatego, iż De Niro wyznaczył taki czas i miejsce na zdjęcia).

Kiedy nic się nie dodaje i nic się nie zgadza, reżyserowi pozostaje tylko jedno - zbudowanie teorii spisku. Dlatego nad jedną tajemną organizacją, stoi kolejna tajemna organizacja, za którą stoi rząd, a za rządem... itd. itp. Oskar i honorowy dyplom mensa dla tego kto wskaże gdzie kończy się ta drabinka i kto NAPRAWDĘ pociąga za sznurki.

Filmy konstruujące zawiłe teorie spisku pełnią zazwyczaj rolę katartyczną - w chaotycznym, przytłaczającym nas świecie pokazują wzór - sieć zależności, prowadzącą do jakiegoś człowieka lub organizacji posiadającej swój demoniczny, acz jasny cel. Łatwiej jest nam się pogodzić z myślą, że światem manipuluje człowiek ze złotym pistoletem, mega-mózg pławiący się w formalinie lub szatan, niż przyznać, że za przepływem kapitału, polityką i konfliktami zbrojnymi stoją partykularne interesy i przypadek.

W "Elicie zabójców" trudno będzie wam znaleźć choć gram pocieszenia, gdyż ciągłe pogonie, mordobicia, szantaże i pościgi mają tyle samo sensu co gonitwy Strusia Pędziwiatra i Kojota Wilusia z kreskówek Warner Brothers. Tak więc Jasonie Statham, nie idź tą drogą, gdyż masz wszelkie dane, by sprostać swej renomie i stać się nowym Willisem. Potrzebna ci tylko, twoja własna "Szklana pułapka".

4/10


Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Elita zabójców | USA | Gary McKendry

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje