"Czerwona jaskółka" [recenzja]: Słaba szkoła uwodzenia (szpiegów)

Jennifer Lawrence w filmie "Czerwona jaskółka" /materiały prasowe

Choć akcja "Czerwonej jaskółki" dzieje się współcześnie, to twórcy zatrzymali się w czasie zimnej wojny, kiedy w kinie amerykańskim rządzili tajni agenci, dla kraju gotowi poświęcić wszystko. W wersji A.D. 2018 zmieniła się płeć agenta, ale nie zmieniła się wizja USA jako kraju zbudowanego na ideach tak nośnych, że zawierzają im nawet wyszkoleni szpiedzy innych wywiadów. I przechodzą na jedyną słuszną stronę.

Reklama

Tak, tego typu bzdury naprawdę zmieściły się w głowie Jasona Matthewsa, autora literackiego pierwowzoru, co dziwi o tyle, że swego czasu pracował w służbach specjalnych. Miejmy nadzieję, że jego proza jest wyłącznie popisem fantazji, a nie dokumentalnym zapisem doświadczeń, bo jeśli agenci naprawdę przypominają piłkarzy, którzy na lepszych warunkach idą grać do innego klubu, to mamy przechlapane.

Piszę "my", choć w filmie walka trwa między imperiami Stanów Zjednoczonych i Rosji. Jednak twórcom najwyraźniej nie zaktualizowały się od kilku dekad mapy. Wciąż wydaje im się, że kraje byłego bloku wschodniego idą z Rosją pod rękę, nawet jeśli są członkami Unii Europejskiej. Uproszczenia pogrążają film nie tylko w kwestiach geopolityki, ale także w scenariuszu, w którym roi się od absurdów. Weźmy scenę z początkowej partii filmu, w której wysoko postawiony pracownik służb zapomina zabrać z mieszkania siostrzenicy płaszcza, w którym trzyma... paszport. Serio, mamy to kupić?

Reklama

Szkoda, że twórcy nie wysilili się bardziej, by nadać fabule wiarygodności. "Jaskółka" miała ambicje, by zaznaczyć zmiany dokonujące się w Fabryce Snów, dać wyraźny sygnał, że nadchodzi - także w zmaskulinizowanym gatunku kina szpiegowskiego - czas kobiet, ale ten przekaz nie wybrzmiał należycie. Co prawda, na ekranie rządzi wcielająca się w główną rolę Jennifer Lawrence, a w szkole agentów zdecydowanie więcej jest kobiet, niż mężczyzn, co jest akurat najmilszym elementem tego filmu, ale nierówności między kobietami i mężczyznami w tej branży czy różne formy dyskryminacji ze względu na płeć nie doczekały się należytego komentarza, co dziwi szczególnie z tego względu, że bohaterowie uczą się wykorzystywać w pracy właśnie ciało i seksualność. To z ich pomocą mają uwodzić cele, ale nikt nie zatroszczył się o pokazanie nam, jak zmienia się psychika takich ludzi. Zdecydowanie więcej na ten temat powiedział ponad 20 lat temu Luc Besson w "Nikicie", którą bohaterka J-Lo pod wieloma względami przypomina.

Filmy różni natomiast podejście do przemocy, które w "Jaskółce" wzbija się na zupełnie nowy poziom dzięki narzędziu wykorzystywanemu przez chirurgów estetycznych do zdejmowania z pacjentów skóry do przeszczepów. Twórcy "Piły" nie powstydziliby się tego pomysłu, a amerykańscy patrioci na pewno docenią, że w tym filmie jedynie Rosjanie korzystają z narzędzi tortur. Wywiad USA rąk sobie nie brudzi, woli rozmawiać i składać propozycje.

W pewnym momencie wysoko postawiona persona o ciele Matthiasa Schoenaertsa przekonuje nas z ekranu, że niedoskonałości nadają prawdziwą wartość. Mam nieodparte wrażenie, że została dograna już po skończeniu montażu, kiedy ekipa przekonała się, jak daleko jej dziełu do doskonałości.

4/10

"Czerwona jaskółka" (Red Sparrow), reż. Francis Lawrence, USA 2018, dystrybutor: Imperial - Cinepix, premiera kinowa: 2 marca 2018 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Czerwona jaskółka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje