"Ciche miejsce" [recenzja]: Lęk pierwotny

Kadr z filmu "Ciche miejsce" /materiały dystrybutora

Jest w filmie Johna Krasinskiego scena porodu, która przejdzie do historii kina. Jej bohaterka, grana przez Emily Blunt, skurczy dostaje w momencie, gdy za drzwiami czai się monstrum, reagujące agresją na każdy dźwięk. Evelyn zaciska więc zęby i ze łzami w oczach powstrzymuje okrzyk bólu, podczas gdy bestia podchodzi coraz bliżej i bliżej... Ratunek się spóźnia, krew zalewa wannę, a emocje sięgają zenitu. Boimy się o bohaterkę, boimy się o brak szczęśliwego zakończenia, boimy się tak, że ze strachu po twarzy ciekną łzy bezsilności... Takie właśnie emocje gwarantuje seans "Cichego miejsca".

Reklama

Za tę nieznośną dawkę napięcia odpowiada nie tylko świetna gra aktorska i doskonała realizacja, ale także (a może przede wszystkim) genialny w swej prostocie koncept. Rzeczywistość "Cichego miejsca" opiera się na jednej, podstawowej zasadzie, która brzmi: "nie możesz wydać z siebie dźwięku". Inaczej w mgnieniu oka w pobliżu pojawiają się dziesiątki owadopodobnych obcych, uzbrojonych w długie zęby i jeszcze dłuższe szpony. Towarzysząca nam nieprzerwanie świadomość, że dla bohaterów każdy, nawet najbardziej niewinny dźwięk może być ostatnim, jest wystarczającym motywatorem, by w milczeniu przyglądać się wydarzeniom na ekranie. Choć chciałoby się krzyczeć ze strachu, na sali kinowej cisza.

To skupienie pozwala w pełni docenić fabularną warstwę filmu. Jest ona równie prosta, jak główny motyw, ale momentalnie przykuwa uwagę. Śledzimy bowiem losy czteroosobowej rodziny Abbotów, która próbuje przeżyć inwazję "dźwiękoczułych" kosmitów, dostosowując się do nowych warunków. Abbotowie przenoszą się do opuszczonego domu w lesie, uczą żyć w milczeniu i powoli, z dnia na dzień przyzwyczajają do związanego z przetrwaniem strachu. Nad nimi unosi się jednak widmo nieprzepracowanej straty najmłodszego członka rodziny. Ojciec, Lee (John Krasinski) i głuchoniema córka, Regan (Millicent Simmonds), obarczają się za nią winą, syn, Marcus (Noah Jupe), próbuje o niej zapomnieć, a matka - Evelyn modli się, by taki sam los nie spotkał pozostałych dzieci. Także tego, które jest w drodze - bo w międzyczasie Evelyn zachodzi w kolejną ciążę...

Reklama

Już otwierająca sekwencja "Cichego miejsca" rozedrze serce niejednego twardziela. Choć doskonale wiemy, jaki będzie jej finał (a może właśnie dlatego?), do ostatniej sekundy towarzyszy nam nadzieja na pozytywne zaskoczenie. Równocześnie twórcy (jedynie za pomocą migów i gestów!) nakreślają charaktery bohaterów i ich relacje, a także w naturalny sposób budują konflikty i ustawiają sympatie. Gdy przychodzi co do czego, nie dość, że jest nam ich szczerze żal, to jeszcze w pełni rozumiemy ich postawy. Między widzem, a Abbotami wytwarza się niezwykła więź, która później wręcz zmusza, by przejmować się ich losami.

Reżyser i gwiazdor filmu, John Krasinski, potrafi w pełni wykorzystać tę cechę napisanego we współpracy ze Scottem Beckiem i Bryanem Woodsem scenariusza. Bezlitośnie bawi się naszą wrażliwością, z minuty na minutę zwiększając zarówno stawkę, jak i poziom zagrożenia - tak, że każdy najmniejszy szmer po pewnym czasie brzmi jak wystrzał. Nie dość, że fabuła pełna jest niespodzianek i zwrotów akcji, a pomysłowość i oryginalność kolejnych rozwiązań inscenizacyjnych potrafi zwalić z nóg, to Krasinski na mistrzowskim poziomie operuje dźwiękiem i ciszą, pozwalając nam wejść "w buty" bohaterów i stać się częścią opowiadanej historii. Dodając do zestawu poruszającą muzykę autorstwa Marco Beltramiego, imponujące efekty specjalne i fakt, że po pierwszych kilkunastu minutach akcja nie zatrzymuje się aż do finału, "Ciche miejsce" można śmiało nazwać arcydziełem kina grozy.

Tym, co potwierdza ten status, jest ponadczasowa wartość dzieła Krasinskiego. Rola "Cichego miejsca" nie ogranicza się bowiem do "horroru na wieczór"; jest to przede wszystkim wzruszająca opowieść o rodzinie i wychowaniu. Odnosząc się do pierwotnego ludzkiego lęku, jakim jest lęk o najbliższych, twórcy zastanawiają się, czym jest rodzicielska miłość i jaką formę przybiera, gdy nastają "trudne czasy". Refleksje potęgują fenomenalne występy aktorskie. Począwszy od dzieci, szczególnie obdarzonej niezwykłą charyzmą Millicent Simmonds, przez dorosłych (tu wyróżnia się kradnąca sceny Blunt), aż po role epizodyczne  - wszyscy dokładają swoje pięć groszy do atmosfery "Cichego miejsca". I gdyby nie balansujący na granicy absurdu finał, pewnie moglibyśmy mówić o oscarowym potencjale.

Największym absurdem "Cichego miejsca" jest jednak zależność, która pojawia się w głowie widza w trakcie seansu. Przychodzi bowiem moment, gdy mamy tak dość towarzyszącego nam napięcia, że marzymy o zakończeniu filmu, a jednocześnie świadomość obcowania z wyjątkowym dziełem sprawia, że chciałoby się, by seans trwał i trwał, i trwał. Finał przychodzi więc zupełnie niespodziewanie, właściwie tuż po zajęciu kinowego fotela, wyrywając nas nagle z filmowego transu. Wtedy jedynym znakiem, co się wydarzyło, jest świadomość, że zamiast leżeć w fotelu wygodnie, siedzimy na jego skraju. Jeśli tak ma wyglądać każde kolejne dzieło Krasinskiego - czapki z głów.

9/10

"Ciche miejsce" (A Quiet Place), reż. John Krasinski, USA 2018, dystrybutor: UIP, premiera kinowa: 13 kwietnia 2018 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Ciche miejsce

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje