Reklama

Reklama

"Bitwa pod Wiedniem": Nawet wilkołaki ratują chrześcijaństwo

Dawno, dawno temu, kiedy w przyjaznej prasie polskiej pojawiły się pierwsze wzmianki o produkcji "Bitwy pod Wiedniem", rozniosła się wieść, że jedną z głównych ról zagra na pewno Mel Gibson. Z jednej strony wybitny aktor, z drugiej - żarliwy obrońca chrześcijańskiej tradycji, co w świecie zagrożonym przez najazd "dzikiej, arabskiej hołoty" wydaje się być po prostu kluczowe. Ostatecznie nic z tego nie wyszło, ale miecze boskich wojowników przyjęli inni znani aktorzy.

Rolę mnicha Marca d'Aviano zagrał F. Murray Abraham, króla Jana III Sobieskiego Jerzy Skolimowski. Warto wymienić również Alicję Bachledę Curuś, jako księżnę Eleonorę Lotaryńską - miłośniczkę sokołów, Piotra Adamczyka - Leopolda I Habsburga, Borysa Szyca (hetman Sieniawski) i Daniela Olbrychskiego (generał Kątski).

Dwóch ostatnich panów widać na ekranie zaledwie kilkadziesiąt sekund. Ich kwestie to dosłownie dwa zdania, ale rozumiem, że obowiązek patriotyczny i religijny zmusza czasem do rezygnacji ze splendoru sławy. Przy okazji przyzwoita dniówka jest w stanie uśmierzyć każdy, nawet najbardziej nieprzyjemny ból niewidzialności.

Reklama

O talentach językowych naszych rodzimych, celebryckich pupilków można po tej projekcji rozprawiać godzinami. Oglądanie postaci cesarza Leopolda Habsburga w wykonaniu Piotra Adamczyka, który wygrywa prawdopodobnie tchórzostwo władcy sepleniąc, wydaje się być momentami wręcz niebezpieczne. Jednak to wszystko, to tylko kosmetyczne braki, drobne niedociągnięcia, o których warto wspomnieć na zasadzie żartu i oczywiście krytycznej zgryzoty.

W przypadku "Bitwy o Wiedeń" Martinellego sprawa jest poważniejsza, kiedy zaczynamy zastanawiać się nad "filmowością" owego dzieła, które pojawi się na ekranach polskich kin w bodajże dwustu kopiach. Budżet jest szacowany na ponad czterdzieści milionów złotych. Polski Instytut Sztuki Filmowej wsparł ten projekt w 2011 roku kwotą dwóch milionów złotych.

Cudzysłów przy słowie filmowość to rzecz konieczna. Niestety bowiem w "Bitwie" Martinellego bardzo niewiele scen zostało zrobionych bez użycia komputera, w najgorszym tego słowa znaczeniu. Jeśli narzekaliście Państwo na jakość trailera do tego filmu, to efekt całości może naprawdę spowodować nieodwracalną ślepotę. Takiego nieba nad Wiedniem w "dzikiej" Turcji nie widziałam, jak żyję. Ujęcia oblężonego miasta, ośnieżonych stoków z lotu ptaka przypominają kiepskiej jakości grę komputerową, w której nikt nie pamiętał o zachowaniu jakichkolwiek proporcji.

Jeszcze gorzej jest, kiedy na ekranie pojawia się nieruchome wojsko. Konia z rzędem temu, kto rozróżni na tym obrazku człowieka od zwykłej plamy. Na pocieszenie pojawiają się cudaczne pola słoneczników i wykreowane ręką mistrza od efektów specjalnych (sic!) zwierzęta. Mamy wilka, sokoła i gołębia. Wilk zamienia się w końcu w człowieka i przy okazji ratuje chrześcijaństwo.

Jeśli ktokolwiek, kiedykolwiek narzekał na słynnego smoka z "Wiedźmina", był w błędzie. W końcu zwierzęta w ruchu to nie lada gratka dla współczesnych speców komputerowych... "Bitwę..." warto zatem uznać po prostu za nieudany film animowany, w którym nawet sceny w cesarskich wnętrzach wymagały blueboxa. Nie wspominając o oblężeniu samego Wiednia. Tego co widać (bądź nie...), nie da się po prostu opisać.

"Bitwa pod Wiedniem" nie nadaje się nawet na film telewizyjny. Pod względem nowoczesności produkcji, "Ben Hur" Williama Wylera z 1959 roku to - w porównaniu do pracy pana Martinellego i jego ekipy - rasowy "Avatar". Na dokładkę misja religijna i przestroga kulturowa. Zagraniczny tytuł tego eposu brzmi "September Eleven 1683", a wspominane przeze mnie kilkakrotnie wcześniej islamskie hordy to zaraza świata zachodniego, którą w XVII wieku udało się powstrzymać, ale co teraz? Bitwa pod Wiedniem rozpoczęła się 12 września 1683 roku i rzeczywiście 11 września następowały pewnie jakieś przegrupowania wojsk, więc czemu nie przesunąć daty o kilka, może kilkanaście godzin, szczególnie że działa się w imię ważnej idei?

Islamscy szaleńcy atakujący Europę z zamiarem stworzenia meczetów we wszystkich kościołach to jedynie punkt wyjścia do poważnej dyskusji o wierze w filmie Martinellego. Allah jest bardziej tolerancyjny - pozwala mieć cztery żony. Muzułmanin między wiarą a miłością wybierze wiarę i zawsze wróci do swoich. To tylko niektóre parafrazy dialogów z "Bitwy". Nie ma sensu nikogo zwodzić. Przekaz jest dość klarowny. Kiedyś, dawno temu, Zachód obronił się przed szalonymi islamistami, którzy pragnęli wyciąć wszystkich w pień i zniszczyć chrześcijańską tradycję. Dziś jest równie niebezpiecznie! Dlatego nawet jeśli "niemieccy" książęta kręcą nosami w sprawie skrócenia islamskiej smyczy, a Francuzi już dawno zawarli pakt z niewiernymi, prawdziwi Europejczycy winni walczyć z szalejącą nawałnicą do ostatniej kropli krwi. Ci najprawdziwsi to oczywiście Polacy i Włosi, zawsze gotowi skruszyć kopie przeciwko wrogom samego Boga.

Admiratorzy obrazków polskiej potęgi powinni być zachwyceni. Choć myślę, że prawdziwych patriotów trafi szlag, jak zobaczą szarże "animowanej" husarii polskiej. Mimo wszystko polskie, kolonialne uczucia nostalgii powinny zostać delikatnie zaspokojone. Mniejsza o historię, liczby, sojusze i wybory dowódców. Jan III Sobieski jest odważny, dość szczupły, ma wysoko podniesioną głowę i pogardza fircykami z krajów niemieckich. Na chorągwiach wojska polskiego jest współczesne godło, a włoski mnich trzyma krzyż papieski. Jak w wizji schizofrenika, który za wszelką cenę chce ożywić pewne postacie i odtworzyć pewne wydarzenia, ale co jakiś czas jeszcze przypomina mu się, że jednak XVII wiek mamy dawno za sobą. I choć niebezpieczeństwo jest równie potężne, ożywić zamiast np. głowy Kościoła Katolickiego można jedynie wilka. Strach pomyśleć, co by było, gdyby jednak modlitwę przed bitwą wygłaszał, kto inny niż zakonnik Marco d'Aviano z twarzą Murraya...

"Bitwa pod Wiedniem" to bełkotliwy obrazek zawiedzionych nadziei, chorych ambicji i fanatycznych wizji, które momentami przypominają znane wszystkim filmiki prowokujące wyznawców Islamu na całym świecie. Jeśli dodać do tego "braki" (sic!) inscenizacyjne, aktorskie, techniczne i wszystkie inne możliwe, człowiek staje się bezbronny. A bezsilność zmusza do deklaracji i wyznania starych win. Po projekcji "Bitwy pod Wiedniem", "Bitwa Warszawska" Jerzego Hoffmana jest filmem zacnym i naprawdę niedocenionym, nawet jeśli pewna Natasza nie za bardzo radzi sobie z ciężkim CKM-em.

0/10


---------------------------------------------------------------------------------------

"Bitwa pod Wiedniem" ("September Eleven 1683"), reż. Renzo Martinelli, Polska, Włochy, Turcja, Niemcy 2012, dystrybutor: Monolith Films, premiera kinowa: 12 października 2012 roku.

---------------------------------------------------------------------------------------

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

Reklama

Reklama

Reklama