Reklama

Sanatorium miłości

Walentyna z "Sanatorium miłości": Jestem coś warta

"Tak się miotam w tym życiu, oddałam się tylko jednej sprawie. Tylko praca i praca... Teraz zacznę żyć" - mówi Walentyna, jedna z bohaterek produkcji TVP "Sanatorium miłości". Czy sympatyczna kuracjuszka znajdzie w programie bratnią duszę?

Walentyna w czwartym odcinku "Sanatorium miłości" (screen z programu TVP)

Walentyna Kozioł ma 66 lat i w programie "Sanatorium miłości" od razu wzbudziła sympatię zarówno widzów, jak i uczestników produkcji. Jako druga (po Małgorzacie) została wybrana "Kuracjuszką odcinka".

Reklama

"Czuję się przeszczęśliwa. Serce moje normalnie kipi z radości. To niesamowite uczucie. Nie spodziewałam się tego" - powiedziała wyróżniona kuracjuszka.

"Tak się miotam w tym życiu, oddałam się tylko jednej sprawie. Tylko praca i praca... Teraz zacznę żyć. To jest dla mnie do przemyślenia, że jestem coś warta" - dodała Walentyna.

Przed emisją programu Interia otrzymała z TVP informacje o uczestnikach produkcji. Co napisano o pani Walentynie?

"Pochodzi z Mikołowa. Jej mama z rodziną, zostali zesłani na Syberię, gdzie Walentyna przyszła na świat i spędziła tam pierwsze 6 lat swojego życia. (...) We wszystko co robi, wkłada pełne serce. Jest wyrozumiała i tolerancyjna, umie wybaczyć nawet niegodziwe występki, bo uważa, że każdy czasem może popełnić jakiś błąd".

I dalej: "Małżeństwo Walentyny trwało 20 lat. Dłużej nie chce być już sama. Zależy jej na znalezieniu stałego, oddanego partnera. (...) Szuka mężczyzny uczciwego, kogoś z kim się będą uzupełniać".

Obecnie Walentyna prowadzi wypożyczalnię strojów karnawałowych. Jej pasją jest ich projektowanie i szycie.

W czwartym odcinku "Sanatorium miłości", w szczerej rozmowie z Martą Manowską, Walentyna opowiedziała o sobie nieco więcej.

"Nas było pięcioro dzieci, mama została wywieziona, kiedy była młoda, nie miała 20 lat. Pochodziła z bogatej rodziny, wywieźli całą rodzinę. Jej mama zmarła na tyfus i ona została na stepie na Syberii z trojgiem rodzeństwa. Musiała się nimi opiekować, a Rosjanie byli obrzydliwi - gwałcili, bili kobiety. Musiała wyjść za mąż i wyszła za Rosjanina - miała poczucie bezpieczeństwa, bo już jej nikt nie dotknął" - mówiła.

"Wróciłam do Polski, kiedy miałam pięć i pół roku" - dodała.

"Byłam chyba atrakcyjną dziewczyną, bo pamiętam, kiedy w internacie liczyłyśmy kto ilu miał chłopaków, to się okazało, że ja najwięcej. Ale jak któryś mówił o miłości, to uciekałam" - wyznała Walentyna.

Jej życie nie ułożyło się jednak tak, jak sobie wymarzyła. "W dorosłym życiu poznałam męża, on dał mi popalić... Z ręki miałam mu jeść. Powiedziałam dosyć, ale męczyłam się chyba z 18 lat, znosiłam wszystkie upokorzenia".

Walentyna przyznała, że pobłądziła w swoim życiu. "Niby wiedziałam, innym mówiłam: pracuj i żyj. A ja tylko pracuj, pracuj, pracuj. Moje najszczęśliwsze dni to wtedy, kiedy urodziłam pierwsze i drugie dziecko, a poza tym, to chyba te spędzone tutaj" - stwierdziła.

Z pewnością udział w "Sanatorium miłości" dobrze wpłynął na Walentynę. Kiedy została wybrana "Kuracjuszką odcinka", na randkę postanowiła zaprosić 71-letniego Ryszarda, pasjonata kolarstwa szosowego. Para wybrała się do hotelowego spa na gorącą kąpiel z bąbelkami.

"To takie intymne spotkanie we dwoje" - stwierdziła Manowska.

"Jestem mile zaskoczony, że mnie wybrała. Walentynka bardzo się zmieniła od początku programu - na plus. Odkryłem ją na nowo. Będę ją teraz adorował, chyba że dostanę kosza" - stwierdził mężczyzna.

Walentyna nie kryła zadowolenia. "Lubię przebywać w jego towarzystwie. To taki mądry i dystyngowany pan" - wyznała.

Co wydarzy się w piątym odcinku "Sanatorium miłości"? Tego dowiemy się już w najbliższą niedzielę, 17 lutego, w TVP1.


INTERIA.PL

Reklama