Reklama

Nowe Horyzonty 2012

"Ostatnia miłość na Ziemi": Miłość w czasach emo-zarazy

David Macckenzie, reżyser, którego polscy widzowie kojarzą pewnie z "Amerykańskiego ciacha" lub "Hallama Foe", zaprasza ich tym razem do świata na krawędzi zagłady. Zrealizowana w międzynarodowej koprodukcji "Ostatnia miłość na Ziemi", łącząc melodramat z filmem science-fiction, opowiada historię miłości, która musi przetrwać globalną epidemię.

Zasznurujcie glany, owińcie się czarnymi szaliczkami i ukryjcie drabinkę blizn na nadgarstkach pod długimi rękawiczkami bez palców. Zapalcie smakowego papieroska i świece. Nalejcie wina do kieliszka, uważając, żeby nie zamoczyć w nim swojej zasłaniającej pół twarzy, asymetrycznej grzywki. Przed Wami seans "Ostatniej miłości na Ziemi".

Reklama

Film Davida Mackenziego to romans na czas zarazy. Jest tu udręczona para, morze miłości i ocean bólu. On pracuje jako kucharz i ma na sumieniu sporo grzeszków: od wypraszania z łóżka przygodnych kochanek po opuszczenie niedoszłej żony, kiedy ta była w potrzebie. Ona jest epidemiologiem i cierpi z powodu swojej bezpłodności. Jego gra Ewan McGregor, dość umiejętnie balansujący między werteryzmem a opatentowaną już charyzmą zagubionego szczeniaczka. W nią wciela się natomiast Eva Green. Kiedy się uśmiecha, potrafi rozświetlić nawet najbardziej zagracony i brzydki pokój - niestety, przez większość filmu wytrzeszcza zmasakrowane czarnym makijażem oczy i zaciska usta, co zmienia ją w umęczonego sukkuba z niskobudżetowego gotyckiego teledysku.

Gdzieś poza ich miłosnym mikroświatem, pełnym wypalanych wspólnie papierosów, przenikliwych spojrzeń i leniwego seksu, toczy się apokalipsa. Ludzie tracą kolejne zmysły: smak, węch, słuch i wreszcie - wzrok. Mogłaby to być metafora postępującej znieczulicy lub starzenia. Mogłoby to być, zbliżone do "Contagion" Soderbergha, studium procesualności zarazy i paniki. Jest za to mętna figura retoryczna, wydarta z filmów science-fiction klisza, która pozwala "Ostatniej miłości na Ziemi" taplać się we własnej dekadencji.

Zdjęcia szarego Glasgow są tu przetykane quasi-dokumentalnymi wstawkami z różnych zakątków świata, pokazującymi narastający wokół chaos, a wszystkiemu temu akompaniują pogrzebowe i piłujące mózg smyczki. Zeitgeist, Weltschmerz i Götterdämmerung.

Jest w tym wszystkim jakaś obleśna egzaltacja, nieznajdująca alibi w oryginalności wizji lub nawet nadwyżkowym stężeniu emocji. "Ostatnia miłość na Ziemi" to wydmuszka, w której chlupie bajorko depresji. W finale, kiedy mogłaby ona pęknąć i zalać widzów pesymizmem, twórcy mówią "stop" i śpieszą z wygłaszanym zza kadru przesłaniem, które mogłoby znaleźć się w kolejnej książce Paulo Coelho lub zamykanym na kluczyk pamiętniczku nastoletniej poetki-grafomanki. Otóż, ich zdaniem, w Dniu Sądu należy paść sobie w ramiona i nawzajem otrzeć sobie łzy, ciesząc się wiekuistą potęgą miłości. Oryginalny tytuł - "Perfect Sense" - jeszcze mocniej podkreśla te kaznodziejskie inklinacje.

Jeśli lubicie razem z partner(k)ami fantazjować na temat wspólnego samobójstwa, a Walentynki obchodzicie w Halloween, możecie z czystym sumieniem wybrać się do kina. Jeśli jednak nie sypiacie w trumnach i wolicie w nieco weselszy sposób okazywać sobie uczucia, kupcie lepiej jakiś alkohol i wspólnie spożyjcie go na kocu w parku. Mamy przecież wiosnę.

3/10


---------------------------------------------------------------------------------------

"Ostatnia miłość na Ziemi" ("Perfect Sense"), reż. David Mackenzie, Wielka Brytania, Szwecja, Dania, Niemcy 2011, dystrybutor Gutek Film, premiera kinowa 23 marca 2012 roku.

---------------------------------------------------------------------------------------

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Na krawędzi