Reklama

46. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

Reklama

"Powrót do Legolandu": Dzieciństwo z alkoholikiem [recenzja]

Na FPFF w Gdyni w 2021 roku panuje moda na powroty do przeszłości. "Zupa nic" wspomina, jak w PRL-u człowiek nie miał, co chciał, więc lubił, co miał. "Najmro" tymczasem przedstawia przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku w formie czysto rozrywkowej. "Powrót do Legolandu" wydaje się początkowo podążać tą samą drogą, jednak pierwsze wrażenie jest złudne. Pozorna tęsknota za latami dzieciństwa to tylko wstęp do koszmaru o współuzależnieniu.

Weronika Książkiewicz, Teodor Koziar i Maciej Stuhr w "Powrocie do legolandu"

Tomek (Teodor Koziar) jest uczniem siódmej klasy. Mieszka z matką (Weronika Książkiewicz) - ojciec (Maciej Stuhr) wyjechał pracować do Stanów, a zamiast listów przesyła im kasety magnetofonowe. Opowiada w nich o tym, jak wspaniale wiedzie mu się za oceanem. Tomek marzy, że kiedyś wraz z mamą przeprowadzą się do Stanów. Nieoczekiwanie jednak to ojciec wraca. W pierwszej chwili dominuje szczęście - dawno nieobecny rodzic zasypuje prezentami i stara się nadrobić stracony czas. Szybko jednak wychodzi na jaw, że za jego nagłym pojawieniem stoją demony z przeszłości, które teraz uderzają ze zdwojoną siłą. Tomek i jego mama z dnia na dzień zostają uwięzieni w mieszkaniu z alkoholikiem - i za nic nie potrafią wyrwać się z tej relacji.

Reklama

W swoim bardzo osobistym filmie Aksinowicz łączy nostalgiczny powrót do lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku z horrorem życia z osobą w szponach nałogu. Problem tkwi w tym, że dwie obrane przez reżysera ścieżki idą w różnych kierunkach i absolutnie nie składają się na spójną całość. Film rozpoczyna się jak pocztówka z ostatniej dekady XX wieku, widzianych oczyma nastolatka - wypady na trzepak, branie z osiedlowej wypożyczalni dziesięciu kaset na raz, komputer jako niewyobrażalny luksus, a największe marzenie wszystkich to zestaw Lego numer 6285 (czyli statek piracki). Przyznam, że jako osoba dorastająca w tamtych czasach, kilka razy uśmiechnąłem się, widząc wzorcowo odmalowany obraz epoki.

Z kolei wątek życia z alkoholikiem przeraża naturalizmem. Grany przez Macieja Stuhra ojciec zmienia się z żartującego cwaniaczka w człowieka uwięzionego w pijackim ciągu. Transformacja ta jest szybka, ale wiarygodna i dobrze poprowadzona. Już sam jego powrót podszyty jest pewnym niepokojem, a reżyserowi wystarcza kilka małych scen, by zapowiedzieć nadchodzącą zapaść. Gdy ojciec stacza się na samo dno, kamera nie pozostawia nic wyobraźni - widzimy go szlajającego się nago po mieszkaniu, atakującego swoją rodzinę i śpiącego we własnych odchodach.

Dla Stuhra jest to najciekawsza rola od czasu drugiego planu w "Obławie" Macieja Krzyształowicza. Niemniej nie jestem do końca pewien, czy aktor sprawdził się w niej. O ile pasuje on idealnie do przegrywa, obiecującego gruszki na wierzbie zapatrzonemu w niego synowi, to w granym przez niego pijackim amoku czuć trochę nieszczerości. Nic nie można natomiast zarzucić debiutującemu na ekranie Teodorowi Koziarowi, który przejmująco wciela się w dziecko, które - jak się okazuje, nie po raz pierwszy - musi nagle zacząć odgrywać rolę dorosłego w sytuacji, w której ojcu nie przeciwstawi się ani zdominowana przez niego matka, ani pełni pustych słów nauczyciele, ani w większości obojętni sąsiedzi.

Przyjemność i rozbawienie płynące z elementów nostalgicznych nie współgrają z emocjami wychodzącymi z wątku walki z nałogiem ojca. Oba są bardzo dobrze zrealizowane, ale połączenie ich w jeden film sprawia wrażenie, jakby widz przełączał kanały telewizyjne, chcąc obejrzeć dwie produkcje jednocześnie. Mimo że "Powrót do Legolandu" wywołuje emocje - i to skrajne - ostatecznie nie do końca wiadomo, jaką historię chciał nam opowiedzieć Aksinowicz.

6/10

"Powrót do Legolandu", reż. Konrad Aksinowicz, Polska 2021, dystrybutor: Kino Świat.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Powrót do tamtych dni

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje