Reklama

44. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

"Całe szczęście" [recenzja]: To właśnie komedia

Kiedy na wieść o kolejnej polskiej komedii, z podejrzeniem romantycznej, widz się cieszy, krytyk drży i się lęka. Tym bardziej oddycha z ulgą, jeśli film okaże się nie tylko rzeczą udaną, ale do tego zrobioną ze smakiem, wdziękiem i znawstwem rzemiosła. A "Całe szczęście" jest właśnie takim mile zaskakującym dziełem, które bez skrępowania i konsekwencji można śmiało każdemu polecić.

Piotr Adamczyk, Maksymilian Balcerowski i Roma Gąsiorowska w filmie "Całe szczęście"

Rzecz w tym, aby nie robić na siłę komedii romantycznej. W ogóle komedii, tylko zrealizować dobry, konsekwentnie i rzeczowo opowiedziany film. O czym wie specjalista w tej dziedzinie, jakim bez wątpienia jest Tomasz Konecki. Dla przypomnienia, to właśnie on jest odpowiedzialny za takie realizacje, jak "Pół serio", "Ciało" czy hity "Testosteron" oraz "Lejdis". Nie można pominąć udziału Andrzeja Saramonowicza, który do wszystkich tych tytułów napisał scenariusze, a przy dwóch z nich był jednym z reżyserów.

Reklama

Dzisiaj Konecki działa już sam i zanim pojawiło się "Całe szczęście", po drodze nakręcił także "Listy do M 3". Te z kolei napisali Marcin Baczyński i Mariusz Kuczewski, którzy są autorami scriptu także do omawianego tutaj obrazu. Dobrych ekip się nie zmienia, a efekt końcowy pozwala tę regułę powtórzyć.

Historia opowiedziana w "Całym szczęściu" nie należy może do specjalnie wyszukanych, ale jest na tyle zgrabnie spreparowana, że można z łatwością się w niej zanurzyć. Robert (Piotr Adamczyk) - muzyk safanduła - sam wychowuje syna, mieszka w Pucku i pracuje w wejherowskiej filharmonii. Życie płynie mu dość spokojnie, bez fajerwerków. I nagle w jego statyczną codzienność wchodzi ona - trenerka fitness, bizneswoman, Marta (Roma Gąsiorowska). Robert to mężczyzna po przejściach, a Marta kobieta z przeszłością. Co nie pozostanie bez znaczenia na fabularny przebieg opowieści.

Jednakże panowie Baczyński z Kuczewskim tak to napisali, że streszczenie owej historii jest problematyczne bez jej nieopatrznego zdradzenia. I chwała im za to. Od jakiegoś czasu ten duet scenarzystów umiejętnie żongluje konwencją, gra tropami i wzorami. Niby idzie w dobrze znanym kierunku, aby spuentować coś inaczej, z pewną dozą niespodzianki. Obaj posiedli tę umiejętność, gdzie przetwarzają "dobrze znane" w coś dopuszczalnie świeżego i w miarę zaskakującego.

Tymczasem Tomasz Konecki udowadnia, kto rozdawał karty w kinie gatunkowym (w tym przypadku komediowym) na przełomie 2007 i 2008 roku. Nie licząc potknięcia, którym okazał się "Idealny facet dla mojej dziewczyny", reżyser ten perfekcyjnie ogrywa kanon. I nie sili się na zrobienie śmiesznego filmu, jak chociażby "król" naszego box office'u. On podchodzi do swoich produkcji - uwaga - po ludzku. Pilnuje tego, co tworzy bohatera - jego przeszłość, charakter, emocje, uczucia. Pozwala aktorom grać, a nie kreować niestworzone rzeczy.

Wreszcie Konecki dba o sens i logikę, wynikającą z linii narracyjnej. Reżyser ma to wyczucie, a poza tym wydaje się idealnie interpretować definicję kina. Dodać należy, że wespół z Tomaszem Madejskim, autorem zdjęć. Madejski udowodnił to już w Testosteronie", "Lejdis" czy "Ciele", że kamera i obraz budują, a nie tylko opowiadają historię. Ci dwaj filmowcy perfekcyjnie się uzupełniają, a ich film to kino w pełnej krasie.

Jeśli dodamy szczere, pełne wyczucia dla granej przez siebie postaci role Adamczyka, Tomasza Sapryka czy Jacka Borusińskiego, to otrzymamy bardzo wdzięczny, dowcipny, szczery koktajl. A i tak niemal każdą scenę ze swoim udziałem kradnie Maks Balcerowski jako syn Roberta, Filip. Młody jest naprawdę dobry, trzeba mu to przyznać. Co tu więcej pisać, ten film po prostu dobrze się ogląda. To przyzwoita rozrywka, z odrobiną wytchnienia i pozytywną energią. Urocze, lekkie kino z gustem.

8/10

"Całe szczęście", reż. Tomasz Konecki, dystrybucja: Next Film, premiera kinowa: 8 marca 2019 roku.


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: recenzja | Całe szczęście (film)