Reklama

44. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

Gdynia 2019: Afery i kontrowersje

Skandal, jakiego dotąd w polskim kinie nie było. Czterdziesta czwarta edycja okazała się naprawdę niezwykłą odsłoną Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jeszcze przed jego rozpoczęciem wybuchła ogromna afera związana z selekcją filmów, a to, co działo się podczas samej imprezy, powodowało palpitacje serca wśród wszystkich osób z uwagą śledzących najważniejsze w kraju filmowe wydarzenie.

Ekipa filmu "Boże Ciało" na gali zamknięcia festiwalu w Gdyni

I to wcale nie z powodu wysokiego poziomu filmów walczących w tym roku o Złote Lwy. Ten był bowiem najniższy od lat, a jedyna w pełni udana produkcja została ostatecznie skrzywdzona podczas gali podsumowującej imprezę. Ktoś powie, jak to, przecież "Boże Ciało" otrzymało nagrody za reżyserię i scenariusz, a także za drugoplanową rolę kobiecą. Film wyróżnili także swoimi nagrodami dziennikarze oraz publiczność.

Reklama

Sęk w tym, że za kilka miesięcy, ba! tygodni, nikt nie będzie o tym pamiętał. Liczą się bowiem zdobywcy głównych nagród festiwalu, a te, czyli Złote i Srebrne Lwy, trafiły w ręce twórców "Obywatela Jonesa" i "Ikara. Legendy Mietka Kosza". Nie twierdzę, że to nieudane projekty. Wręcz przeciwnie. W mojej uwadze to najlepsze po "Bożym Ciele" filmy festiwalu. Poziom, jakie dzielił je od obrazu Jana Komasy ze scenariuszem Mateusza Pacewicza, to jednak różnica kilku klas.

"Boże Ciało" to bezsprzecznie jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat, kompletny, spełniony, udany pod każdym względem: zarówno aktorskim, jak scenariuszowym i realizacyjnym. Oparty na prawdziwej historii obraz opowiada historię przebywającego w domu poprawczym Daniela (doskonały Bartosz Bielenia), który zmienia się pod wpływem religii i marzy o tym, by zostać księdzem. Prawdziwy zbieg okoliczności powoduje, że chłopak zaczyna bezprawnie pełnić posługę kapłańską w małym miasteczku. Jego nietypowe metody ewangelizacyjne, bezpośredniość i charyzma powoli budzą do życia pogrążonych w letargu - po ogromnej tragedii, jaka ich spotkała - mieszkańców (m.in. Eliza Rycembel, Leszek Lichota i Aleksandra Konieczna).

Po obejrzeniu "Bożego Ciała", a był to mój ostatni film w tegorocznym konkursie, nie dziwiłem się już ani temu, że obraz został ogłoszony polskim kandydatem do Oscara jeszcze przed rozpoczęciem festiwalu w Gdyni (choć moim zdaniem była to potwarz dla innych twórców), ani faktowi, że była to jednogłośna decyzja. Byłem też przekonany, że nie ma innej możliwości niż przyznanie mu Złotych Lwów. Stało się inaczej. Jury w Gdyni znów zaskoczyło, choć właściwsze powinno być tu słowo rozczarowało.

To nie była zresztą jedyna kontrowersyjna decyzja sobotniego wieczoru, a przyznanie nagrody za najlepszą rolę kobiecą Magdalenie Boczarskiej, może przypominać zeszłoroczną decyzję o przyznaniu statuetki za najlepszą rolę męską Adamowi Woronowiczowi. Zarówno kreacja Boczarskiej w "Piłsudskim", jak i Woronowicza w "Kamerdynerze" to role wybitnie drugoplanowe i dziwię się, że osoby funkcjonujące w branży tak długo jak te wybierane do jurorskich składów, nie są w stanie tego dostrzec i uszanować.

W Gdyni panuje od lat chęć zadowolenia większości twórców, których filmy trafiają do konkursu głównego. I chęć obdarowania każdego z filmów jakąś statuetką, powoduje tak kuriozalne sytuacje, jak brak Złotych Lwów dla "Bożego Ciała". Przecież Agnieszka Holland nie mogła wyjechać z Gdyni bez nagrody...

Dosyć szokujące jest też przyznanie aż sześciu statuetek, w tym tak prestiżowych jak Srebrne Lwy i nagroda za najlepszą rolę męską dla Dawida Ogrodnika, a także nagród za najlepszą muzykę, zdjęcia, charakteryzację i kostiumy, w ręce twórców filmu "Ikar. Legenda Mietka Kosza". To solidne kino biograficzne, ale Maciej Pieprzyca przywoził już do Gdyni o wiele bardziej udane produkcje. Także Dawid Ogrodnik ma na koncie znacznie lepsze kreacje, za które nie był jednak doceniany.

Ten ostatni był zresztą autorem jednego z najbardziej pamiętnej przemów podczas gali zamknięcia imprezy. Aktor wyszydził ze sceny dziennikarza Łukasza Adamskiego, który według Ogrodnika, w swojej recenzji "Ikara" pisał jedynie o tym, co by było, gdyby... główny bohater widział (film opowiada o niewidomym muzyku jazzowym). "Nigdy nie udzielę ci wywiadu" - mówił aktor. "Możecie wyrzucać, nie wiem, ile filmów z tego festiwalu i przywracać ponownie, zabraniać nam wolności. Chciałem powiedzieć, że bez względu na to, czy macie 150 cm wzrostu czy 2 m, władza się kiedyś skończy. Powiem więcej, nieważne czy słuchacie jazzu, czy jesteście fanami disco polo (...) przyjdzie taki moment, że władza się skończy i wtedy nie będzie już tak śmiesznie" - grzmiał ze sceny artysta, nawiązując w ten sposób do wycofywanego i przywracanego do konkursu "Solid Gold" Jacka Bromskiego.

Widownię poruszyła także Agnieszka Holland, która po odebraniu Złotych Lwów powiedziała, że na gdyńskim festiwalu uświadomiła sobie, iż polscy twórcy filmowi stanowią wspólnotę, nie są samotni i że łączą ich wielkie wartości i solidarność. Reżyserka odczytała też komunikat Kultury Niepodległej, czyli apolitycznego ruchu artystów i ludzi kultury, w którym stwierdzono, że "polskie władze są na wojnie z kulturą". "Próbują cenzurować dzieła, instytucje i wydarzenia nie tylko w świecie filmu. Stosują urzędowe naciski, szantaż finansowy, przejęcie instytucji, obsadzanie stanowisk ideologami, wycofywanie się z zawartych umów. Musimy się bronić przed cenzorami" - czytała reżyserka.

Polityczny wydźwięk miała też przemowa laureata Platynowych Lwów, Krzysztofa Zanussiego. Nawiązał on do przekształceń, jakim ulega prowadzone przez niego jeszcze przez kilka dni Studio Filmowe "Tor", a których sensu - jak podkreślił - nie jest w stanie zrozumieć. "Bardzo mnie to boli, bo myślę, że wiele zrobiliśmy w przeszłości i mieliśmy jeszcze wiele pięknych planów, ale życie toczy się dalej" - powiedział. "Populizm morduje wartości" - stwierdził laureat. "Musimy ich bronić, bo kinematografia się załamie" - podsumował.

Licząc jeszcze afery z wycofywaniem i przywracaniem do konkursu "Solid Gold", a także rezygnację TVP z roli koproducenta filmu ze względu na to, że film "nie spełnia warunków merytorycznych, artystycznych i technicznych określonych przez telewizję w umowie", a także skandal, jaki wybuchł jeszcze przed festiwalem, gdy pominięto cztery zarekomendowane przez Komisję Selekcyjną filmy, trzeba stwierdzić, że dawno tak dużo o gdyńskim festiwalu w Polsce się nie mówiło. Mam jednak nadzieję, że przy okazji kolejnej edycji imprezy, te rozmowy będą dotyczyć już wyłącznie prezentowanych filmów i ich wysokiego poziomu.

Krystian Zając, Gdynia


INTERIA.PL

Reklama