Reklama

Cannes 2022

"Triangle of Sadness": Świat zepsuty [recenzja]

Kadr z filmu "Triangle of Sadness" /Gutek Film /materiały prasowe

Reklama

Festiwal filmowy w Cannes 2022 doczekał się niespodziewanego zwycięzcy. "Triangle of Sadness" w reżyserii Rubena Östlunda zdobył Złotą Palmę i został tym samym uznany za najlepszy film festiwalu. Topornie nakreślona satyra o władzy i pieniądzu, bogatych i biednych oraz o walce polityczno-społecznych ideologii wzbudziła jednak mieszane uczucia wśród krytyków i canneńskiej publiczności. Bowiem film szwedzkiego reżysera, choć momentami zabawny, oparty jest na kuriozalnie przerysowanych skrajnościach, które nijak mają się do doświadczeń dzisiejszego pokolenia.

Rywalizacja na tegorocznym festiwalu w Cannes od początku do końca stała pod znakiem zapytania. Krytycy od pierwszych pokazów nie byli ze sobą zgodni co do faworytów festiwalu. W przewidywaniach nie pomagała również wiedza, kto zasiada w tegorocznym jury. Na jego czele stanął, znany z takich filmów jak "Titane" czy "Miara człowieka", aktor Vincent Lindon. W kuluarach krążyły głosy, że wybierze on film społeczno-polityczny, ponieważ sam jest mocno związany z tego typu kinem. Konkurencja jednak była tak wyrównana, że nie sposób było zgadnąć, do kogo powędruje Złota Palma.

Reklama

Niespodziewany werdykt padł na "Triangle of Sadness" w reżyserii Szweda Rubena Östlunda, który już w 2017 roku podbił Cannes swoim filmem "The Square" i jego satyrycznym spojrzeniem na bańkę, jaką jest świat sztuki współczesnej. Reżyser znany jest również z takich dzieł, jak "Turysta" (Nagroda Jury w sekcji Un Certain Regard na 67. MFF w Cannes) oraz "Gra".

"Triangle of Sadness" Rubena Östlunda: Satyra o bogatych?

"Triangle of Sadness" to satyra składająca się z trzech rozdziałów - akcja każdego z nich rozgrywa się w innym miejscu. Łączą je wspólni bohaterowie oraz wybrzmiewający na ekranie kult pieniądza i władzy.

Pierwszy z rozdziałów rozgrywa się w obłudnym świecie modelingu, gdzie piękno jest podstawową walutą. W tym rozdziale poznajemy Yayę i Carla, parę supermodeli, którzy znajdują się na innych etapach ścieżki swojej kariery. To właśnie w tym rozdziale Östlund prezentuje najlepsze, co ma do zaoferowania ten film. Przewrotna kłótnia, kto powinien zapłacić za kolację, wydaje się być idealnym komentarzem do obecnej dyskusji o stereotypowych rolach i zarobkach w związku. Jest to jeden z niewielu momentów w filmie, w którym prezentowana groteska ma rzeczywiste przełożenie na dzisiejsze problemy społeczne i porusza to, co tak dobrze znane jest naszemu pokoleniu. Niestety później jest już tylko gorzej.

W kolejnym rozdziale przenosimy się na ekskluzywny rejs statkiem, na którego pokładzie obrzydliwie bogaci mogą rozkoszować się słońcem, szampanem i załogą, która jest gotowa zrobić wszystko, aby umilić im pobyt. Wkraczamy tutaj w 3-klasowe społeczeństwo, w którym każdy bohater twardo trzyma się wyznaczonej mu roli. To w tej części reżyser zaczyna popadać w przestylizowane skrajności, żarty tak powierzchowne, że odwołują się one do najniższych środków przedstawiania komizmu w sztuce. Powtarzające się przez kilka minut sekwencje traktują widza jak nieudolnego obserwatora, któremu trzeba pokazać ten sam skecz kilka razy, aby wreszcie go zrozumiał. Ta bełkotliwa farsa zostaje przerwana, gdy statek atakują piraci, a niewielka grupa ocaleńców ląduje na bezludnej wyspie.

W ten sposób wkraczamy w ostatni z rozdziałów, według fabuły najważniejszy, a w rzeczywistości całkowicie przyćmiony przez dwa poprzednie i nie mający w sobie żadnej treści. To w nim przedstawiona zostanie roszada na szczycie władzy pomiędzy najniższą i najwyższą klasą. Niestety, reżyser jak mantrę powtarza tu komediowe zabiegi z drugiej części, pogłębiają trywialność tego dzieła.

Co za dużo, to niezdrowo, czyli parodia samego siebie wygrywa w Cannes

W "Triangle od Sadness" reżyser mógł skupić się na problemach bliższych dzisiejszemu pokoleniu i stworzyć udaną satyrę przewrotnego rozumienia współczesnego bogactwa oraz władzy. Ale tego nie robi. Zamiast tego, Östlund odszedł od znanej nam rzeczywistości najdalej jak to możliwe. Sceny, które powinny wyśmiewać bogatych, zbudowane są na niestrawnie łopatologicznych wzorcach, tak oczywistych i przerysowanych, że większość filmu przypomina koślawą groteskę, która staje się swoją własną parodią. Östlund gra w swoim filmie przykładami tak odrealnionymi, że nie sposób poczuć więź z żadnym z bohaterów tej opowieści, a co więcej przełożyć ich zachowania na swoje własne. Gag, który powinien pojawić się na ekranie raz, powtarzany jest przez kilka minut, aż staje się całkowicie niezjadliwy.

I chociaż film momentami składa się z zabawnych i przewrotnych elementów, które mogłyby złożyć się na dobrą komedię, to niestety przeważa w nim puste ironizowanie. Nawet genialna, co trzeba podkreślić, gra aktorska nie jest w stanie przykryć prymitywnego kierunku, w jakim zmierza scenariusz.

"Triangle of Sadness" wyśmiał więc samego siebie. Satyra, która miała przybliżyć widzowi walkę o władzę i obnażyć brzydotę najbogatszych stała się efekciarską historią, nafaszerowaną przydługimi żartami i banalną ironią, która odklejona jest od świata na każdej płaszczyźnie.

6/10

Autorka: Katarzyna Ryba

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Triangle of Sadness

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL