Małgorzata Bela, aktorka, modelka i producentka opowiada Marcinowi Radomskiemu o filmie "Muse", który miał premierę podczas 25. edycji festiwalu BNP Paribas Nowe Horyzonty we Wrocławiu. W tej przewrotnej opowieści o relacji artysty i muzy Bela nie tylko wciela się w główną rolę, ale także go współprodukuje i jest autorką kostiumów. W rozmowie z Interią dzieli się osobistą refleksją na temat kobiecości oraz życiu u boku Pawła Pawlikowskiego, reżysera "Idy" i "Zimnej wojny", za którą był nominowany do Oscara.
Marcin Radomski: Na 25 BNP Paribas Nowe Horyzonty pokazano film "Muse" w reżyserii Pawła Pawlikowskiego z twoim udziałem. Występujesz w nim jako aktorka, ale też odpowiadałaś za jego produkcję, kostiumy, a nawet sam pomysł. Jak narodził się ten projekt?
Małgorzata Bela: - To film zrobiony z potrzeby chwili, z przyjaźni i miłości do tworzenia. Pomysł powstał wokół trzech kluczowych elementów: znajomości z Marcinem Maseckiem, uwielbienia dla greckiej wyspy Hydry oraz mojej relacji z Pawłem Pawlikowskim. To miała być krótka forma, początkowo myśleliśmy o trzech minutach, ale ostatecznie wyszło sześć. To taka fraszka o relacji muzy i artysty.
Pianista Marcin Masecki, czyli współtwórca muzyki do "Zimnej wojny", odegrał ważną rolę w "Muse". Jak doszło do tej współpracy?
- Marcin to był oczywisty wybór. To nie był casting. Znamy się prywatnie, przyjaźnimy i od początku myśleliśmy o nim jako o partnerze w tej opowieści. Jego muzyka stała się głównym narratorem filmu. Gdy mówimy o scenariuszu, to w dużej mierze napisał go dźwięk.
Pianista zapatrzony w siebie (Marcin Masecki) i zmysłowa, żądna uwagi muza (Małgorzata Bela) rozpoczynają przewrotną grę, w której uwodzenie, dominacja i pragnienie bycia dostrzeżonym splatają się w tragikomiczny spektakl. To film bez słów. Jakie emocje chcieliście przekazać za pomocą obrazu i dźwięku?
- Zależało mi na tym, by opowiedzieć tę historię subtelnie, bez nadmiaru słów. Muzyka i obrazy są językiem tego filmu. Emocje przekazane gestem, spojrzeniem, ruchem, w połączeniu z muzyką, działają silniej niż słowa. Pracowaliśmy z operatorem Stanisławem Cuske, kostiumy zrobiłam sama. Chciałam, by były wyraziste, niemal kreskówkowe.
Wiele osób zwraca uwagę na autobiograficzny wymiar tego filmu. Czy "Muse" jest opowieścią o twojej relacji z Pawłem Pawlikowskim?
- Nie tylko. To opowieść uniwersalna o relacji dwóch twórczych dusz. O tym, jak łatwo granica między inspiracją a przeszkadzaniem się zaciera. Gdzie muza przestaje inspirować, a zaczyna rozpraszać. To film o napięciach, jakie powstają między bliskimi sobie ludźmi, którzy razem tworzą.
Cały film powstał na greckiej wyspie Hydra. Dlaczego akurat tam?
- To nasz drugi dom, miejsce, które dobrze znamy od lat. Mieliśmy tam do dyspozycji analogowe studio nagrań należące do naszego przyjaciela. To miejsce z duszą, w którym można tworzyć bez ograniczeń. Ekipa była mała, zaledwie sześć osób. To był luksus tworzenia w kameralnych warunkach.
Podczas BNP Paribas Nowe Horyzonty odbył się nie tylko pokaz filmu, ale też koncert Marcina Maseckiego. Jak publiczność zareagowała na to zestawienie?
- Świetnie! Pokaz filmu trwa sześć minut, koncert był krótki, ale bardzo intensywny. Potem odbyła się rozmowa z publicznością, która przerodziła się w dłuższą dyskusję niż sam film. To znaczy, że film rezonuje. Rozmawialiśmy o kobiecości, relacjach artystycznych, rywalizacji i inspiracji.
A jak bycie muzą wygląda z twojej perspektywy?
- To gra. Finezyjna, czasem subtelna, czasem przewrotna. Muza musi być zmienna, nieprzewidywalna. Czasem inspiruje, czasem znika, czasem prowokuje. I to napięcie jest kluczowe. To balansowanie na granicy między byciem natchnieniem a przeszkodą.
Masz ogromne doświadczenie przed obiektywem. Czy to pomaga w pracy aktorskiej?
- Zdecydowanie. Po 27 latach wiem, jak pracuje ciało przed obiektywem, mam świadomość każdego gestu. To bardzo ułatwia pracę, zwłaszcza przy filmie, w którym nie ma dialogów. Paweł znany jest z perfekcjonizmu, ale tym razem obyło się bez dziesiątek dubli.
Jakie masz teraz plany zawodowe?
- Nie planuję. Raczej dryfuję z prądem, reaguję na to, co przychodzi. Projekty mnie znajdują, a nie odwrotnie. Działam intuicyjnie, nie kalkuluję. I na razie to działa.
A współpraca z Pawłem Pawlikowskim trwa dalej?
- Wspieramy się. Paweł przygotowuje teraz nowy film w języku niemieckim, więc nie uczestniczę w nim bezpośrednio, ale jestem obok, wspieram go duchowo i emocjonalnie.













