Reklama

Reklama

"Palindromy": SPOTKANIE Z TODDEM SOLONDZEM

W eleganckiej restauracji, w której spotkałem Todda Solondza zapewne nie odbywa się wiele konwersacji na temat aborcji, sexu nieletnich, a na pewno nie podczas lunchu, dzięki któremu miało się wyjaśnić dlaczego Solondz, jeden z najbardziej prowokacyjnych niezależnych reżyserów amerykańskich zamiera w bezruchu kiedy rozmawiamy o jego nowym filmie.

„Mam wrażenie, że ktoś na mnie się gapi. Wydawało mi się, że za głośno mówię, a ten człowiek mnie słucha” wyjaśnia Solondz.

Reżyser przygląda się mi rozpraszająco przez swoje ogromne czarne okulary. Nasz podsłuchiwacz musiał usłyszeć opinie o zaletach jego nowego filmu „Palindromy”, niepokojącej czarnej komedii w której 12-letnia dziewczyna o imieniu Aviva celowo zachodzi w ciążę, potem jest zmuszona przez rodziców do poddania się aborcji, ucieka z domu, przesypia się z pedofilem-kierowcą ciężarówki i znajduje schronienie u fanatycznie chrześcijańskiej rodziny, której prorodzinne poglądy prowadzą do mordowania dokonujących aborcji.

Reklama

„Osobiście czułem, że to jeden z moich najbardziej delikatnych i czułych filmów” - mówi, kiedy już się uspokoił. „Potem jednak wszyscy mówili mi jak szokujący i przekraczający wszelkie granice jest ten obraz, więc musiałem spojrzeć jeszcze raz i przyznać, że rzeczywiście tak jest”.

Nasz posiłek miał miejsce w centralnym Londynie w restauracji z widokiem na hall One Aldwycha, projektanta hotelu, wybranego w pobliżu National Film Theater, gdzie Solondz ma zaplanowaną rozmowę w późniejszych godzinach. Ma na sobie prawie te same ubrania co wczoraj podczas przedstawiania filmu „Palindromy”- bordowy sweter, szare spodnie i żółte buty sportowe – co wszystko razem z dużymi okularami i łysiejącą głową sprawia, że wygląda dziwacznie pośród eleganckiego purpurowego wyposażenia restauracji oraz zajętej, lecz troskliwej, obsługi.

„Wow! Zobacz jak ten kolor błyszczy w ciemności!” – zachwyca się w momencie pojawienia szklanki z sokiem grejpfrutowym, mówiąc z wysokim nerwowanym akcentem przypominającym młodego Woody Allena. Trudno stwierdzić, czy mówi prawdziwie, szczerze czy ironicznie.

Jego filmy również są trudne do jasnego wyjaśnienia. Groteskowe, niewłaściwe funkcjonowanie zaściankowych rodzin oraz ich poczucie humoru przedstawione jest jako dezorientująca mieszanka okrucieństwa, kiczu i czułości. Tematy tabu są poruszane w sposób przypominający pozornie prowokację zarówno dla konserwatystów i liberałów.

Przykładowo w „Hapiness” wzbudzający pozytywne emocje ojciec wyznaje 10-letniemu synowi, że zgwałcił i zmuszał do brania narkotyków jego kolegów.

Krytycy wychwalają Solondza za jego osobliwość i odrzucanie sentymentalnej hollywoodzkiej pobożności. Obrzucają go też błotem za bycie szokującym publiczność mizantropem. „Dlaczego to musi wszystko prowadzić z jednej skrajności w drugą?”- pyta. „Czy nie może być po prostu stwierdzenia: to był miły film? To jest wyniszczające, to za wiele.”

„Palindromy”, które musiał w jakimś stopniu sam sfinansować, są jego najśmielszym filmem. „Nie przewidywałem, że ten film wywoła tak bardzo podzielne opinie” – mówi, co mnie nieprawdopodobnie zaskakuje. Z pewnością musiał spodziewać się, że film ośmieszający dwie strony sporu w sprawie aborcji w Stanach sprowokuje gwałtowne reakcje.

„Dla mnie to nie jest film o aborcji. Nie chciałem zrobić filmu popierającego jakikolwiek wybór. Ta debata jest mecząca i poniżająca. To tylko wiele sloganów”.

Francuski kelner przyszedł, aby zaoferować nam mniej kontrowersyjny rodzaj wyboru – co zjeść. Zachęciłem Solondza do omletu, który na pewno będzie mu smakował.

„Wszystko, co chcesz” – odpowiedział kucharz.

Solondz „skomponował” omlet z pomidorami, szpinakiem, oliwkami, kozim serem. Kelner przyznał, że brakuje w kuchni koziego sera („Powiedziałeś przecież: wszystko, co chcesz!”- odparł Solondz). Obaj zamówiliśmy sałatkę i frytki.

Jego niechęć do stawania po którejś ze stron daje stresującą, niespokojną siłę; głównie w świetle sprawy Terri Schiavo, gdzie surrealistyczne, „gorące” argumenty o prawie do życia kobiety będącej w śpiączce są podobne do filmu Solondza. „Czasami trudno jest robić filmy które są bardziej przekonujące i wciągające niż to co się dzieje”- powiedział.

On także alienuje nas od niedoli Avivy poprzez wykorzystanie ośmiu aktorów w różnym wieku i różnych ras, aby wcielali się w jej role w kolejnych scenach filmu, które wprawiają w nastrój halucynacji. To, że nie osądza łatwo w sprawach aborcji jest tak samo irytujące jak i intrygujące.

„Nie chcę nikomu wyjawiać mojego stanowiska, ponieważ mówiąc, że propaguję wybory, mam poczucie, że pomagam publiczności w rozwiązaniu trudnych sytuacji. Mogą się zrelaksować i myśleć: W porządku, to jest film propagujący wybory. Tak, straciłbym moją propagującą życie publiczność”. Chciałby żeby „Palindromy” pokazano w Bible Belt (około godziny jazdy na zachód od Nowego Jorku, jak uważa).

„Myślę, że warto o tym rozmawiać i zająć się tym” – mówi, zagubiony we wspaniałych, nierealnych marzeniach o chrześcijanach idących tłumnie do kina, aby zobaczyć czarną komedię poruszającą temat aborcji.

Podczas oglądania filmu, wydawało się, że publiczność śmieje się bardziej z bohaterów niż z bohaterami (kwestia matki Avivy „to jeszcze nie jest dziecko – to coś w rodzaju guza!” wzbudziła największą reakcję). „Czasem śmiech jest okrutny i to mnie denerwuje”. Dlaczego robisz filmy o takich brzydkich ludziach? „Nie uważam ich za brzydkich”.

Na szczęście nie ma niejasności na temat specjalnie zrobionego dla niego omletu, o którym powiedział, że jest dobry. Wspomniałem o brytyjskim pisarzu Arnoldzie Bennetcie, na cześć którego nazwano omlet. Może ten omlet stanie się omletem Todda Solondza? „Nie mam takich ambicji”- odpowiedział oschle.

Podczas rozmowy Solondz sprawia wrażenie jakby stawał się mniej formalny. Dorastał w żydowskiej rodzinie na przedmieściach New Jersey. Swoje wychowanie opisuje jako konserwatywne.

Jego pierwszy film „Fear, Anxiety and Depression” ukazał się w 1989 roku. Nie było zaskoczeniem, że z takim tytułem była to klapa.

„To jest zbyt bolesne żeby o tym mówić. To było demobilizujące, zniechęcające doświadczenie, nad którym nie miałem żadnej kontroli” - wyjaśnia. Nie zrobił następnego filmu do czasu cieszącego się uznaniem „Witaj w domu lalek” z 1995 roku. Przerwa w realizacji filmów upłynęła mu na udzielaniu lekcji angielskiego rosyjskim imigrantom.

Jego filmy dają bezkompromisowe, świeże spojrzenie na świat. Nie przynoszą imponujących dochodów („Witaj w domu lalek” zarobił tylko 3,2 mln $ w Stanach), ale także wskazują, że nie jest po prostu zwykłym „specjalistą od szokowania”.

Seksualność jako nieokiełznana moc, mącąca pod ułożonymi konwenansami średniej klasy, to stale powracający temat. „Jesteśmy więźniami własnego pożądania. Nikt nie może wybrać kogo albo co ma pragnąć” - stwierdza. „W przeciwnym razie, w świecie w którym żyjemy, prawdopodobnie każdy mógłby wybrać heteroseksualność i nie zajmować się tymi wszystkimi potwornymi rzeczami, które ludzie robią. Mam na myśli, czy i dlaczego ktokolwiek wybrałby homoseksualizm w świecie w którym ludzie są obrzucani błotem i znęca się nad nimi za to jakimi są. Nie. Myślę, że nie macie wyboru.”

W końcówce „Palindromów” bohater potępia pojęcie dobrej woli, co rozbrzmiewa ostrożnie: „Idea wyboru jest w pewnym sensie iluzją. Mamy swoją genetyczną spuściznę oraz życiowe doświadczenie, które w pewnym stopniu nas kształtują. Do tego dochodzi jeszcze przypadek i szczęście”.

Sugeruje abyśmy podzielili się deserem: „Muszę stracić na wadze, ale chcę spróbować”. Decydujemy się na sernik z sorbetem. „Kiedy się starzejesz pewne rzeczy stają się kłopotliwe” – wyjaśnia.

Podczas gdy stara się być dobrym towarzyszem podczas posiłku – rozmownym, inteligentnym, zabawnym, jego poglądy uderzają pesymizmem (kiedy głośne uderzenie wydobywa się z kuchni i wyłania się uśmiechnięty kelner, Solondz spogląda i mówi: „Oh, dobrze, nie byłem pewien czy jeszcze coś poważniejszego się stanie”). Ale według niego jego relatywizm filmowy – jego odmowa do osądzania czy potępiania postaci bez względu na to co robią – jest formą moralności.

„Każdy posiada racjonalne uzasadnienie, które przez innych może zostać odebrane jako nieprzyzwoite. To jest jądro, tego co robię” - tłumaczy. „Nie mogę wygodnie czcić człowieczeństwa, kiedy każdego dnia na świecie jest tyle okrucieństwa. Jeszcze nie jestem poza tym żeby oskarżyć ludzkość i pytać: kim są ci okropni ludzie? Mówię, że musimy zaakceptować prawdę o tym kim jesteśmy.

„Tak, jesteśmy zdolni do wielkiego dobra, życzliwości, heroizmu, ale jeśli nie przyjmiesz do wiadomości tej drugiej strony, nie potwierdzisz kim jesteśmy. Tak więc mógłbym być posądzony o mizantropię, mógłbym kłocić się, że ludzie którzy mówią o miłości do człowieka patrzą tylko na jedną stronę. Bardzo łatwo jest to zrobić, ale aby być zdolnym do przyjęcia także drugiej strony i nadal być zdolnym kochać ludzkość, wydaje mi się o wiele trudniejsze”.

Wydał półuśmiech.

„Miejcie nadzieję, że jesteście zdolni do bycia dobrymi”

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Palindromy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje