Reklama

"Mikołajek": ROZMOWY Z TWÓRCAMI

Rozmowa z Laurentem Tirardem, scenarzystą i reżyserem Jak zrodził się projekt filmu? Producenci Marc Missonier oraz Olivier Delbosc mieli pomysł na adaptację "Mikołajka" i uznali, że będę do tego właściwą osobą. Skontaktowali się ze mną. Nie chodzi zatem o projekt, który nosiłem w sobie? Ale dorastałem razem z Mikołajkiem. Czytałem jego przygody, kiedy byłem nastolatkiem. Ta książka przemawia do mnie. Natychmiast wiedziałem, jak będzie wyglądał nasz film. Jak wspominał pan Mikołajka?

"Mikołajek" rozśmieszał mnie. Bardzo lubiłem jego drugi poziom - dla tych nieco starszych. Odnajdujemy w nim swoistą poezję. Scena, w której Mikołajek ze swoim tobołkiem postanawia opuścić nocą dom, chwyciła mnie za serce - ja też planowałem to zrobić, gdy byłem mały! Za każdym razem, gdy wpadałem w złość, groziłem, że odejdę z walizką. Przejmowałem styl argumentacji Mikołajka: "Pewnego dnia powrócę z wielkim stosem pieniędzy i wtedy wszystkim zrobi się głupio!".

Reklama

Dlaczego duet Goscinny - Sempé jest tak uniwersalny?

Trudno wyjaśnić w kilku słowach, czemu ta książka brzmi tak prawdziwie; skąd Sempé z Goscinnym wiedzieli, jak poruszyć w nas tę czułą strunę. Potrafili uchwycić zapach, melodie, rytm, aby poruszyć czytelnika. Każdy z nas odnajduje się w tej mieszance ironii i poezji, w tym spojrzeniu będącym zarazem spojrzeniem dziecka i dorosłego. Gdy Spielberg robi film z udziałem dzieci, udaje mu się przyjąć punkt widzenia dziecka. Obejrzałem wiele jego filmów, aby zrozumieć, jak opowiedzieć historię z pozycji dziecka, będąc jednak dorosłym i mówiąc o dorosłych.

Jak sobie poradziliście z ogromną obfitością materiału?

Patrząc z artystycznego punktu widzenia, dotychczas miałem zawsze całkowitą swobodę, by realizować filmy takie, jakie chciałem, rozliczając się z wyników mojej pracy jedynie z sobą samym i z producentami. W przypadku tego filmu miałem szczególne rozliczenia, gdyż spoczywała na mnie dodatkowa odpowiedzialność. Przecież to klasyka! Nie mogłem jednak poświęcać czasu na nieustanne zastanawianie się, co Sempé i Goscinny mieli na myśli? Podczas przygotowań, wraz z Gregoirem Vigneronem, moim współscenarzystą od zawsze, zatopiliśmy się w książce oraz w życiu René Goscinnego. Wiedziałem, że klucz do adaptacji będzie krył się i w książce, i w jego życiu. Był to ktoś, kto szukał swego miejsca w społeczeństwie i kto je odnajdywał poprzez śmiech. W czasie, kiedy był księgowym, sprawiało mu przyjemność myślenie, że jest ziarnkiem piasku, które wykolejało wszystko dookoła. Goscinny lubował się w pewnym nieporządku i zdawał sobie sprawę, że śmiech mógł stanowić obronę w społeczeństwie, w którym nie czujemy się na właściwym miejscu. Wyczytałem to między wierszami jego biografii. Mały chłopiec, który szuka swego miejsca, stał się główną osią, wokół której skonstruowana jest cała historia "Mikołajka". W pierwszej scenie pytamy go, co chciałby robić później, a on nie wie. Pod koniec będzie już wiedział. Wychodząc od tego punktu, przebiegliśmy przez książkę, którą analizowaliśmy historia po historii, sytuacja po sytuacji, replika po replice. (Podobną metodę przyjęliśmy przy moim poprzednim filmie, "Zakochany Molier"). Zdawaliśmy sobie sprawę, że dysponujemy materiałem wystarczającym na zrobienie 12 godzin filmu! Musieliśmy dokonywać wyborów i nie wahać się, by usuwać niektóre sytuacje - nawet jeśli bardzo nam się podobały - aby zachować spójność historii, którą chcieliśmy opowiedzieć. Ale kilka z nich weszło do filmu, na przykład wizyta ministra, która nie jest kluczowa dla historii, ale jest ważna dla postaci Kleofasa.

Przez wiele miesięcy wnikliwie analizowaliśmy książkę, tworząc ostatecznie historię spójną od pierwszej wersji scenariusza. Następnie do pracy włączył się Alain Chabat. Poprosiłem go o to, gdyż w tamtym momencie rozważaliśmy możliwość, by zagrał ojca i, psychologicznie, potrzebowaliśmy jego błogosławieństwa. Dla Anne Goscinny, i dla nas również, jest on bez wątpienia najbliższym spadkobiercą duchowym René Goscinnego. Anne uważa, że "Asterix i Obelix" i "Misja Kleopatra" są zrobione w duchu książek jej ojca. Chcieliśmy, by Alain przeczytał scenariusz, zaakceptował go i wtrącił swoje trzy grosze - w dialogach, w różnych sytuacjach? ot, drobne pomysły.

Mówiliśmy o dwóch poziomach odczytywania książki, jednym skierowanym do dzieci i drugim do dorosłych. Jak odnieśliście się do tej kwestii?

Bardzo lubię podwójne znaczenia. W filmach hollywoodzkich realizowanych od lat 30. do 50., scenarzyści nie mieli innego wyjścia, jak przekazywać to, co kluczowe, za pomocą podtekstów. Oglądając te filmy z pewnym dystansem, dostrzegamy prawdziwy sens wypowiedzi, które zdawały się być stosowne i niewinne. Uwielbiam podwójny sens kryjący się w dialogach. Cenzura przyczyniła się do powstania takiego stylu pisania. Sytuacja taka nie ma oczywiście miejsca w odniesieniu do "Mikołajka", gdzie bohaterowie zawsze zachowują się bardzo właściwie. Jednakże czujemy ich potknięcia, ich frustracje, ich problemy. Kiedy opowiadamy historię Mikołajka dziecku, nie dostrzeże ono wszystkiego, co może odkryć dorosły. To właśnie dowodzi bogactwa i błyskotliwości książki.

Jak budowaliście postaci?

Zazwyczaj nie piszę scenariusza pod aktorów. Piszę, myśląc o bohaterach. W tym szczególnym przypadku, mama Mikołajka sprawiała nam kłopot swoim zbyt gładkim charakterem. Jest przedstawiona jako mama, która kocha swoje dziecko, które je karmi i która gdera na męża, gdy ten zabrudzi kanapę. A czasami przypali jej się pieczeń, więc kłóci się z mężem tylko dlatego, że pieczeń się przypaliła! O ile mogliśmy uczynić postać taty bardziej skomplikowaną, grając na jego ambicjach towarzyskich i jego stosunku do szefa, tak dużo trudniejsze było to z postacią mamy. Chcieliśmy za wszelką cenę uniknąć tego, by była ona nijaka. Pewnego dnia poprosiłem Gregoire'a, aby wyobraził sobie, że postać mamy jest odtwarzana przez Valérie Lemercier. I to właśnie ona pomogła nam stworzyć tę postać! Za sprawą odrobiny szaleństwa, które Valérie tchnęła w mamę Mikołajka, nagle poczuliśmy, że ta bohaterka jest tak naprawdę bardzo sfrustrowana. Kura domowa z lat 50./60., która ma ambitne marzenia: prawo jazdy, kształcenie się, emancypacja.

Jak dokonaliście wyboru bohaterów?

Wszyscy bohaterowie książki nie mogli pojawić się w filmie. Nauczycielka jest kluczową postacią, gdyż znaczna część scen rozgrywa się w szkole. Musieliśmy zachować Rosoła, choćby z uwagi na jego nazwisko. Babcia jest postacią zabawną, ale nie mieliśmy wystarczająco dużo miejsca w filmie, by mogła zaistnieć. Zachowaliśmy zatem tych bohaterów, którzy mogli pojawić się w ramach dwóch wątków, które postanowiliśmy przedstawić - strachu Mikołajka przed opuszczeniem przez rodziców i kolacji z szefem, która miała zaspokoić towarzyskie ambicje ojca.

Mikołajek narodził się pod koniec lat 50. W jaki sposób uwydatnił pan uniwersalny i ponadczasowy charakter tej historii?

Nie jest możliwie datowanie "Mikołajka"! Paradoksalnie, uderzyło nas to, że nawet w latach 50. świat opisany w "Mikołajku" nie istniał. Dziś, czytając "Mikołajka", mówimy: "Co to były za czasy!". Jeśli jednak czytamy tę książkę naprawdę, to zauważymy, że nigdy nie występuje w niej problem bezrobocia, przestępczości, rodzice się nie rozwodzą, społeczeństwo jest stabilne i wszystko jest na swoim miejscu. Jest to zatem społeczeństwo idealne. Znajdujemy się więc w bajce. Dla dzisiejszych dzieci ta opowieść równie dobrze mogłaby się toczyć w średniowieczu, jak w kosmosie. Mieliśmy również prawo umiejscowić tę historię w okolicach roku 1958, czyli "Mojego Wujaszka" ("Mon Oncle") Jacquesa Tati - jednego z odwołań w filmie - a przy tym w okresie bliskim narodzinom "Mikołajka". Jeśli jednak jakiś samochód pochodzi z roku 1961, nie ma to znaczenia. To, co jest naprawdę istotne, to zapach przeszłości, rzeczywistość zrodzona z wyobraźni zbiorowej.

Jak dobraliście aktorów?

Pierwszym wyzwaniem był oczywiście wybór dzieci. "Mikołajek" to przede wszystkim historia o dzieciach. Przystąpiliśmy zatem do bardzo ważnego castingu, podczas którego spotkaliśmy ogromną liczbę dzieci. Duża ich część nie miała żadnego doświadczenia z kinem. Te dzieci zresztą były najbardziej interesujące. Zdałem sobie sprawę, że dziecko może bardzo szybko zostać "zepsute", a w każdym razie błyskawicznie przejmuje pewne rzeczy. Zdumiewającym było obserwowanie dzieci, które po trzech dniach zdjęć domagały się poprawiania fryzur lub makijażu. Dzieci doskonale wiedzą, jak rozczulić dorosłych i niektóre z nich na castingu osiągały szczyty sztuki uwodzenia i pozowania. Ale wybór głównych odtwórców nie był trudny. Chociaż nigdy nie robiłem filmu z udziałem dzieci - a zatem to wszystko stanowiło dla mnie obszar całkowicie nieznany! Po tym doświadczeniu uważam, że dzieciaki są niesamowite. To urodzeni aktorzy. Podobieństwo fizyczne Maxime'a Godarta do głównego bohatera było uderzające. Jego determinacja, by stać się aktorem, również! W wieku dziewięciu lat ma on jasną wizję miejsca, jakie chce zajmować w społeczeństwie i co chce począć ze swoim życiem. Sądziłem, że ze swoją ekstrawertyczną osobowością nie będzie bał się występów przed kamerą. Tymczasem stało się na odwrót. Pierwszego dnia, gdy ogromne ramię wysięgnika z kamerą zbliżyło się do niego, aby zrobić pierwsze zbliżenie, Maxime był sparaliżowany! Potem jednak, jego ochota i przyjemność grania były wspaniałe. Nigdy nie przejawiał najmniejszych oznak zmęczenia, ani nie sygnalizował potrzeby zrobienia przerwy.

Napisaliśmy postać mamy dla Valérie Lemercier, obawiając się, że mogłaby odmówić. Zresztą, kiedy skontaktowałem się z nią, była właśnie po zdjęciach do filmu "Agathe Cléry" i nie miała tak naprawdę ochoty zaczynać kolejnego projektu. Trzeba było ją przekonać. Szczerze jej wyjaśniłem, czemu jej udział był dla nas kluczowy.

Byłem pod wrażeniem gry aktorskiej Kada Merada w filmie "Nie martw się o mnie" ("Je vais bien, ne t'en fais pas"), w którym doskonale wcielił się w rolę "przeciętniaka". Sukces filmu "Jeszcze dalej niż północ" (" Bienvenue chez les Ch'tis") potwierdził jego talent. Takiej właśnie osoby potrzebowałem do roli taty Mikołajka. To przecież przeciętny urzędnik, który co rano idzie do pracy; który boi się swojego szefa i który marzy o podwyżce. Pracując z Gregoirem, często powtarzaliśmy, że mama w naszym filmowym domu miała dwójkę dzieci: Mikołajka i jego tatę. Kad był idealny, ponieważ ma jeszcze w sobie sporo z dziecka.

Nauczycielka jest dla dzieci jak druga matka. Musiała być to zatem osoba bardzo łagodna, a ja ponadto wyobrażałem ją sobie jako kobietę niezwykle uczuciową. Niejednokrotnie jest bezsilna tak wobec dzieci, które uwielbia, jak i wobec dyrektora szkoły. Sandrine Kiberlain, ze swoimi wielkimi niebieskimi oczami, przejawia taką łagodność. Ma talent do przekazywania swoich emocji w sposób niezwykle subtelny, tylko za sprawą spojrzenia, czy sposobu poruszania się. Jest aktorką, jakiej potrzebowałem.

Byłem pod wrażeniem gry scenicznej François-Xaviera Demaisona i bardzo chciałem z nim pracować. Instynktownie czułem, że dzięki niemu postać Rosoła wypadnie dobrze. Podobnie jak Rosół, jest bardzo szczery, ale potrafi również odegrać autorytet.

Pozostali aktorzy, jak Daniel Prévost, Michel Galabru, Anémone czy Michel Duchaussoy mieli swój wkład w kino, które oglądałem, będąc dzieckiem. Miałem ogromną ochotę z nimi pracować. Ci aktorzy, abstrahując od ich talentu i tego, co wnoszą do filmu, sprawiają, że na nowo staję się dzieckiem!

Kolejnym wyzwaniem było to, że jest to film kostiumowy.

Rzeczywiście, jednakże nie był to dla mnie pierwszy film tego rodzaju. W tym przypadku, punkt wyjścia był inny od tego, który został przyjęty w "Zakochanym Molierze", filmie teatralnym, w którym wszyscy aktorzy zdawali się zapominać o tym aspekcie. W "Mikołajku" odwrotnie, to film, który otwarcie pokazuje, że nie jest osadzony w rzeczywistości. Jesteśmy w bajce. Dekoracje, kadry, kostiumy, dźwięk opowiadają wymyśloną historię. Stąd też wynikła chęć kręcenia filmu w studiu. Chciałem, by dom pachniał studiem filmowym, i by film przypominał filmy hollywoodzkie z lat 50. Oglądając "Amerykanina w Paryżu" wiemy, że jesteśmy w studiu w Hollywood, a nie w Paryżu, ale to też składa się na urok filmu. Gdybym miał odpowiednie środki, odtworzyłbym w studiu wszystkie ulice. Szukaliśmy sposobu, by stworzyć świat wyobrażony, sztuczny, całkowicie wyidealizowany, z wonią przeszłości, naszego dzieciństwa.

Jak zabrał się pan za ten projekt?

"Mikołajek" jest projektem, gdzie siła, drobiazgowość i precyzja rysunku Sempégo muszą być źródłem wizualnej inspiracji. Nie chodziło to, by powielać dosłownie, ale przykładaliśmy wagę do tego, by stworzyć film stylowy, elegancki, który oddawałby ducha oryginału.

Musieliśmy również odtworzyć melodię pojawiającą się w tekście Goscinnego, tę poezję, przejawiającą się w sposobie wypowiadania się Mikołajka zdaniami bez znaków interpunkcyjnych. Dekoracja, kadry, kostiumy, scenografia - wszystko musiało być pod kontrolą. Umiejscowiony w latach 50., film musiał mieć atmosferę filmów z tej epoki. Analizowałem, w jaki sposób filmowcy opowiadali historie widziane oczami dziecka - Spielberg, ale również "Wojna guzików" Yvesa Roberta, czy "Czterysta batów" François Truffauta. Jednakże w przeciwieństwie do filmu Truffauta, naszym zamiarem nie było uchwycenie żywotnej energii dzieci. Miałem raczej określony pomysł na ich grę. Konieczne były bezpośrednie i dynamiczne repliki. Nie jesteśmy w świecie rzeczywistym, więc dialogi filmowe zostały napisane z ogromną dbałością, a sposób ich wygłaszania był bardzo dopracowany. To praca, która nie jest dostrzegalna dla widza, a która wymaga ogromnej liczby powtórzeń z dziećmi, by zadbać o poprawność ich dykcji, wymowy i rytmu. Nie liczyłem szczególnie na ich spontaniczność, ale raczej na ich świeżość. To praca znacznie bardziej drobiazgowa niż zazwyczaj, w której jednak trzeba zostawić miejsce na dopływ świeżego powietrza.

Jak tworzył pan filmowy świat?

Niektóre dekoracje, takie jak szkoła, klasa, podwórze i wnętrze domu, były oczywiste. Nie chodziło o powielanie kreski Sempégo, ale raczej o odtworzenie ducha książki. Dosłowność kosztowałaby nas nasze dusze. Konieczne zatem było, by film był minimalistyczny, bez tracenia przy tym szczegółów. Widz miał poczuć, że wszystko jest na swoim miejscu. Tu znów zainspirował mnie Tati. On ma wyczucie szczegółu, ale, tworząc dekoracje, pokazuje tylko konieczne detale. Lubię również scenografie Wesa Andersona, jego ustalone kadry, gdzie wszystko jest jednak dopowiedziane. Zadziwiające, że dekoracje filmowe zmusiły mnie do zastanowienia się nad zdjęciami z czasów dzieciństwa moich rodziców.

Czy obecność na planie takiej liczby dzieci utrudniała pracę?

Pierwsza scena w filmie rozpoczyna się zdjęciem klasowym: dorośli skonfrontowani z dziećmi, udający, że są w stanie nad nimi zapanować, a zostają przez nie pokonani i zadeptani. Dokładnie to miało miejsce na planie filmowym! Dzieci doprowadzały nas do szału. Codziennie wszyscy dobrze rozpoczynaliśmy dzień, a potem stopniowo, z upływem kolejnych godzin, wszystko stawało na głowie. Próbowaliśmy utrzymać atmosferę gorliwej pracy, ale była to przegrana walka. Każdego wieczora wychodziliśmy wyczerpani i każdego następnego poranka byliśmy mimo wszystko zadowoleni, że znowu ujrzymy dzieci. Kiedy ktoś pyta, do czego można porównać pracę z dziećmi - w tym przypadku z ośmiorgiem - odpowiadam, że wystarczy wyobrazić sobie, że w dniu wyjazdu na wakacje jesteśmy samotnym rodzicem z ósemką dzieci do wychowania. Jednakże dzieci są wspaniałe i analogia do samotnego ojca nie jest przypadkowa. To były moje dzieci i ja je uwielbiam!

Jak młodzi aktorzy współpracowali ze starszymi?

Wszystko się dobrze się potoczyło. Na początku dzieci były oczywiście bardzo przejęte, ale one szybko tracą wszelkie zahamowania. Dorośli, ze swej strony, prędko dostrzegli, że dzieci świetnie odgrywają swoje role. Nie mieliśmy sytuacji, że musieliśmy zmuszać dziecko do gry, próbując przy tym, poprzez ukrywanie kamery, zachować jego spontaniczność. Mieliśmy do czynienia z prawdziwymi młodymi aktorami.

Które sceny budziły szczególne emocje?

Gdy pracowałem nad tym filmem, uderzyło mnie, w większym stopniu niż wcześniej, jak bardzo niektóre sceny odpowiadały temu, co sobie wyobraziłem. Zaskoczyło mnie to, że miałem przed sobą obrazy, które nosiłem w sobie, pisząc scenariusz. To bardzo dziwne uczucie.

Czy związek filmu z dzieciństwem wywołuje u pana jakieś szczególne wzruszenie?

W czasie kręcenia jestem pochłonięty przez daną scenę. Wiem, jaki jest jej sens, jak wpisuje się w film i mam też do niej odpowiednie podejście techniczne. Gdy jednak moja świadomość jest zajęta tym, by utrzymać pod kontrolą kwestie techniczne, moja podświadomość nadaje ogrom sygnałów. W przypadku moich dwóch wcześniejszych filmów, gdy oglądałem już ukończony film, byłem zaskoczony, odnajdując wszędzie własne piętno, w stopniu wyraźniejszym niż zakładałem. Na początku miałem zamiar dokonać ekranizacji "Mikołajka", ale ostatecznie, niezaprzeczalnie powstał "Mikołajek", niezaprzeczalnie powstał René Goscinny, a przy tym, zadziwiające, również ja!

Czy ten film pozwolił panu, jako scenarzyście, dowiedzieć się czegoś o sobie?

Stanowił dla mnie okazję, bym przekonał się, że potrafię pracować z dziećmi i że sprawia mi to prawdziwą przyjemność. Pracując z dziećmi, nigdy nie cierpi się na problemy ego czy władzy. Jeśli dziecko nie jest w stanie zagrać jakiejś sceny, to nie dlatego, że stawia sobie pytania dotyczące motywacji bohatera, albo podważa autorytet scenarzysty. Dzieje się tak dlatego, że dziecko nie znajduje tego czegoś, wskazówki, aby się odblokować. Jeśli dzieci nie są skoncentrowane, to dlatego, że są dziećmi i nie możemy wymagać, by nieprzerwanie przez sześć godzin pozostały skupione.

Czy ma pan w filmie jakąś ulubioną scenę?

Zadziwiające, ale była jedna scena, która podobała mi się już na etapie lektury książki. Bardzo ją cenię z uwagi na to, że jest pozbawiona dialogów. Jest inspirowana drobnym zdaniem z "Mikołajka", w której mówi on, że jest smutny, ponieważ jego tata krzywi się i że nie może już dłużej zawracać sobie tym głowy. Od razu ją namierzyłem. Bez wątpienia, ponieważ piszę dużo dialogów, kiedy przychodzi mi pisać scenę pozbawioną dialogów, odbieram to jako osiągnięcie. Nie potrafię wyjaśnić czemu, ale ta scena głęboko mnie porusza. Z pewnością pobrzmiewa ona echem mojego własnego dzieciństwa, moich relacji z ojcem i niewątpliwie moich relacji z synem.

Z czego jest pan najbardziej zadowolony?

Odnoszę wrażenie, że opowiadanie staje się dla mnie coraz łatwiejsze. Nie wiem, czy wynika to z tego, że lepiej wiem, czego chcę, czy że coraz mniej trudu kosztuje mnie osiągniecie tego; w każdym razie jestem dużo bardziej spokojny wewnętrznie. Stawiam sobie coraz mniej pytań, mam mniej obaw, co nie prowadzi jednak do wniosku, że dwa poprzednie filmy były dla mnie jakimś cierpieniem!

Co chce pan przekazać widzom swoim filmem?

Mam nadzieję, że przekażę im choć powiew dzieciństwa. Niezależnie od tego, w jakim okresie dorastaliśmy, mam nadzieję, że każdy będzie miał wrażenie zanurzenia się ponownie w swoim dzieciństwie i odnalezienia na nowo niewinności, naiwności i entuzjazmu. Być może film pozwoli przedstawicielom różnych generacji wspólnie rozmawiać o dzieciństwie. Dziadek mógłby pójść do kina z wnuczkiem i mieć dokładnie te same odczucia co on!

Rozmowa z Jean-Jacquesem Sempé, współtwórcą i rysownikiem "Mikołajka"

Jak narodził się Mikołajek i jak doszło do pana współpracy z Goscinnym?

Tygodnik belgijski "Le Moustique", który, jak sądzę, jeszcze istnieje, zamówił u mnie humorystyczne rysunki do każdego numeru. Któregoś dnia poproszono mnie, abym nadał imię chłopczykowi, którego narysowałem. Gdy byłem w drodze na spotkanie z dyrektorem tego wydawnictwa, rzuciła mi się w oczy reklama win Nicolas i zdecydowałem się nazwać mojego bohatera Mikołajek. Dyrektor wyraził zgodę i poprosił mnie, bym nie rysował już cotygodniowych rysunków, ale żebym narysował komiks. Zupełnie nie wiedziałem, jak to zrobić! Znałem René Goscinnego, pracującego dla agencji prasowej, do której dostarczałem moje rysunki. Spytałem, czy nie chciałby zrealizować wspólnie ze mną tego projektu. Jakiś czas później René Goscinny zostawił agencję i podjęliśmy we dwóch decyzję, że on będzie pisał historyjki, które ja będę ilustrować.

Skąd wzięła się kreska tak szczególna, tak charakterystyczna przy tworzeniu Mikołajka?

To przyszło naturalnie, po prostu moja ręka rysowała dziecko. Jego charakter jest już po części określony przez kreskę i z tego względu zrobiłem z tego rysunek humorystyczny. W tamtym czasie dzieci były moim ulubionym tematem. Jednak w życiu występują nie tylko dzieci, są również dorośli i to do nich kierowałem moje prace.

Jak przeobrażał się Mikołajek?

Gdy się spotkaliśmy, ja i René byliśmy jeszcze dosyć młodzi - ja musiałem mieć około dwudziestu dwóch lat, on - dwadzieścia osiem. Opowiedzieliśmy sobie o naszych wspomnieniach z dzieciństwa, tak jak to robią ludzie, którzy się poznają. Pewne historie są oczywiście inspirowane tym, co przeżyliśmy. Chodzi raczej o atmosferę niż o jakieś szczególne rzeczy. Dużo o tym rozmawialiśmy z René. Miałem zamiar opowiedzieć przygody grupy szkolnych rozrabiaków.

Czy Mikołajek stanowi motyw przewodni pana kariery?

"Mikołajek" pojawia się regularnie. Siłą rzeczy, ponieważ rozpocząłem bardzo wcześnie, to właśnie Mikołajek jest postacią, którą najczęściej rysowałem. Stopniowo, rysunki oraz książki zaczęły się piętrzyć. Aby jeden rysunek został wybrany i opublikowany, wiele innych musi niestety zostać odrzuconych i zniszczonych. Jeśli coś jest spartaczone, to jest spartaczone! Nie oznacza to wcale, że to, co zostało opublikowane jest dobre, ale jedynie, że to, co nie zostało opublikowane było gorsze!

Czy Goscinny podrzucał panu sytuacje, które pan następnie rysował czy odwrotnie, to pan poprzez swoje rysunki poddawał mu pomysły na kolejne historie?

Z wyjątkiem piłki nożnej i chyba szkoły, René zrobił wszystko! Współpracowałem z innymi autorami, ale z René współpraca była najdłuższa - jakieś trzy dziesięciolecia... nigdy nawet nie liczyłem. Byliśmy ze sobą blisko, razem stawialiśmy nasze pierwsze kroki.

Jaka była pana reakcja, gdy usłyszał pan o filmie?

Zawsze posługuję się ekstremalnie precyzyjną kreską, a kreska nie występuje w kinie. Wydaje mi się, że w przypadku "Mikołajka" lepiej odwołać do prawdziwego kina, zamiast robić adaptację rysunków, co moim zdaniem nie byłoby możliwe. Dlatego właśnie pozostawiłem reżysera i tych, którzy z nim pracowali całkowicie wolnymi, była to bowiem ich praca, a nie moja. Świetnie się bawiłem, widząc, jak świat rysunków został przeniesiony do świata rzeczywistego. Czułem się szczęśliwy, oglądając film. Odnalazłem w nim dziecięce spojrzenie na świat dorosłych. Film powstał na podstawie tekstu i moich rysunków, jednak dla mnie jest to odrębny spektakl, który żyje swoim życiem i który nie próbuje czynić porównań. Z przyjemnością oglądałem film. Próba porównania z książką jest zbędna.

Jak zareagował pan na odtwórcę roli Mikołajka?

Przed obejrzeniem filmu widziałem jedynie zdjęcia tego wspaniałego chłopca. Jest idealny! Jest nawet tak samo skoczny. Jest uroczy i stanowi bardzo dobre wcielenie Mikołajka.

Czym jest dla pana ten film?

Ani ja, ani René nigdy nie przypuszczaliśmy, że "Mikołajek" stanie się tym, czym jest dzisiaj. W tym roku świętujemy pięćdziesiątą rocznicę jego urodzin połączoną z wieloma wydarzeniami. Ten film jest w pewnym sensie najpiękniejszą świeczką na torcie! Szczerze mówiąc, odczuwam żal za czasami, gdy pracowałem z René.

Ma pan skłonność do nostalgii?

Jak można nie mieć, gdy wielu z przyjaciół już nie ma, gdy rodzice już zniknęli, gdy przeżyliśmy chwile, które już nie powrócą? Nostalgia stanowi nieodłączną część naszego życia. "Mikołajek", który ożywił wiele chwil dzieciństwa każdego z nas, stanowi antidotum na tę nostalgię.

Jak wyjaśni pan to, że Mikołajek jest dzisiaj tak znany na całym świecie?

Nic nie kalkulowaliśmy z René Goscinnym. Często się spotykaliśmy i dobrze się znaliśmy. On pisał teksty, ja rysowałem. Nigdy nie przyszło mi przez myśl, by spytać go, czemu napisał taką czy inną historyjkę, ani on nie pytał mnie. Nasze osobowości decydowały o tym, jak na siebie wpływaliśmy. Przede wszystkim jednak byliśmy kumplami. Skupialiśmy się bardziej na naszej przyjaźni niż na jej wpływie na naszą pracę. W czasie, gdy rozpoczęliśmy współpracę byliśmy młodzi? Ludzie, którzy kochają życie pełną piersią, są zawsze pogrążeni w nostalgii, w chwili, która właśnie minęła. Będąc młodym człowiekiem, kochałem rzeczy, które minęły lub które nie istniały już w takiej formie, jak w chwili ich powstania. Dzisiejsze dzieci wciąż identyfikują się z "Mikołajkiem". Nadal możemy w nim coś dla siebie odnaleźć. Właśnie to mnie zawsze zadziwiało!

Jak wyobraża pan sobie przyszłość "Mikołajka"?

Wiem, że za wiele lat ludzie będą go nadal rozumieli. Dzieci będą nadal chodziły do szkoły. "Mikołajek" nosi w sobie tę część dzieciństwa, która, jak sądzę, jest wieczna. Przypominam sobie spostrzeżenie mojej przyjaciółki, która powiedziała pewnego dnia, że nie rozumie sukcesu "Mikołajka". "Mikołajek" był przestarzały już w chwili, gdy go stworzyliśmy! Prawdopodobnie właśnie to pozwala mu tak długo istnieć.

Ze wszystkich rysunków, ze wszystkich historyjek, ma pan jedną ulubioną?

Uwielbiam historię o bandzie chłopaczków, którzy są zawsze razem, sprzeczają się, godzą się, na nowo zaczynają się ze sobą bić - nigdy nie wyrządzając sobie nic złego. Dostają kasztanem w głowę, ale nie boli ich to. A przecież jeśli dostanie się kasztanem w głowę, odczuwa się ból! To jest wymarzone dzieciństwo.

Kim z tej bandy byłby pan sam?

Z całej bandy, i ja, i René Goscinny bylibyśmy Mikołajkiem! Każda osoba, której opowiadamy historię Mikołajka, utożsamia się z nim.

Rozmowa z Anne Goscinny, córką René Goscinnego, wydawcą książek ojca i konsultantką scenariusza

Jak zrodził się pomysł na adaptację książki?

Książka niemal od początku żyła swoim życiem, ciesząc się nie tylko uznaniem czytelników i powszechną sławą intelektualnego dzieła, ale będąc lekturą obowiązkową w szkołach. W 2004 roku pierwszy tom niepublikowanych dotąd tekstów ("Nowe przygody Mikołajka", w Polsce wydane przez wydawnictwo Znak) został sprzedany we Francji w sześciuset tysiącach egzemplarzy. Składał się z dwudziestu pięciu historyjek. (W 2009 r. ukazał się tom drugi - "Nieznane przygody Mikołajka".)

Najwięksi producenci zaczęli interesować się tą zabawną postacią, która stała się prawdziwym fenomenem wydawniczym. W tamtym czasie obawiałam się, czy nie będą chcieli podczepić się pod sukces "Pana od muzyki" ("Les Choristes"). Nie chciałam również, by chęć dokonania adaptacji "Mikołajka" była motywowana innymi czynnikami niż jakość samej książki. Czekałam, aż pojawi się ktoś, kto przedstawi mi historię z głównym wątkiem. Tak naprawdę, "Mikołajek" składa się z krótkich opowiastek, a zestawienie ze sobą poszczególnych tekstów dałoby efekt przypadkowo zszytych ze sobą skrawków. Spotkałam Marca Missonniera i Oliviera Delbosca, którzy przedstawili mi Laurenta Tirarda i Gregoire'a Vignerona. Byłam oczarowana sposobem, w jaki opowiedzieli mi swoją historię. Opowiedziałam o tym Sempému, który uznał, że to dobry pomysł. I w ten sposób uruchomiliśmy machinę!

Jak wyjaśni pani szczególną słabość, jaką ludzie przejawiają w stosunku do Mikołajka?

Jest wiele możliwych wyjaśnień, mniej lub bardziej prostych. Świat Mikołajka nie jest skostniały, ani ogarnięty trwogą. Praktycznie nie napotykamy w nim śladów telewizji, radia, nie występują telefony. Jest to świat samowystarczalny. Relacje, które bohaterowie budują między sobą, dodają nam otuchy. Na przykład, kiedy rodzice się kłócą, widmo rozwodu nie wisi w powietrzu. Wystarczy ciasto jabłkowe, by przypieczętować pojednanie. Dziecko, które jest czytelnikiem, widzem, czy nawet bohaterem, nie ma żadnego powodu do niepokoju.

Inne wyjaśnienie jest być może bardziej dosłowne, opiera się na słownictwie i na języku. W "Mikołajku" język jest bohaterem. Odgrywa główną rolę. To również sprawiło, że ekranizacja książki była tak trudna. Sfera leksykalna jest z pewnością po części nieaktualna i nieużywana, na przykład, dzieci nie mówią już "klawo"! Ale to także dowodzi uniwersalności "Mikołajka".

Nie obawiała się pani, że dzieło zostanie zdradzone?

Kreska Sempégo jest minimalistyczna i pozwala rozkwitać wyobraźni tego, kto przewraca strony. Kiedy jednak oglądamy rysunki z bliska i kiedy widzimy na nich dzieci, dostrzegamy, że nie jesteśmy w stanie oddzielić Mikołajka od pozostałych chłopców. Wtedy uświadamiamy sobie, że Mikołajek i jego koledzy mogą być odczytywani i postrzegani jako jedno i to samo dziecko. Dwiema postaciami, które jesteśmy w stanie odróżnić jest Alcest, ponieważ jest gruby i Ananiasz, ponieważ nosi okulary. Rozróżnienie dzieci stanowi zatem wyzwanie dla ekranu. Jak je wydobyć z tej kreski, zarazem poetyckiej i pełnej przestrzeni, aby stworzyć zindywidualizowanych bohaterów? O ile "Mikołajek" nie wywołuje niepokoju, o tyle odpowiedzialność jest niepokojąca!

Pewnego dnia Laurent Tirard poprosił mnie, abym wzięła udział w pierwszym spotkaniu ze wszystkimi wybranymi do filmu dziećmi. Przyszłam na nie bardzo wyluzowana, z rękami w kieszeniach. Kiedy przekroczyłam próg studia, znajdującego się w 17. dzielnicy, moim oczom ukazali się chłopcy, wszyscy w długich skarpetkach i szkolnych bluzach. Przeżyłam prawdziwy szok! Wyglądali dosłownie, jakby zostali żywcem przeniesieni z książki. Jeszcze dzisiaj odczuwam tamto wzruszenie. Wzruszenie pomieszane ze smutkiem: tak bardzo pragnęłam w tamtym momencie, aby mój ojciec tam był, pośród swoich bohaterów, którzy się urzeczywistnili.

Chłopiec, który gra Mikołajka, jest moim zdaniem idealny, ponieważ stanowi esencję tego, czym jest mały chłopiec. Jest zarazem pełen blasku i piękny, przy tym ma urodę raczej zwykłą, klasyczną i nie wyróżnia się niczym specjalnym spośród ulicznego tłumu. Mikołajkiem jest i Laurent Tirard, i Olivier Delbosc, i mój synek Simon, i mój ojciec, jesteście nim i wy?

Czy czekała pani na pewne sceny? Czy obawiała się pani innych?

Musiałam pohamować chęć, by natychmiast udać się na plan filmowy. Mój status osoby uprzywilejowanej wiązał się z bardziej wymagającym spojrzeniem, które mogło zostać odebrane jako pewne obciążenie, więc wolałam być jak najmniej obecna na planie. Nie chciałam dokładać dodatkowej presji do napięcia i tak panującego na planie filmowym. Jednak każde z moich dzieci wystąpiło w filmie w roli statysty. Salome, która ma 6 lat, brała udział w scenie urodzin Jadwini. Ośmioletni Simon gra w scenie wizyty lekarskiej. Tego dnia, gdy towarzyszyłam Salome, jadłam obiad z aktorami. Kad Merad musiał mnie uznać za wariatkę, ponieważ nie mogłam oderwać oczu od jego twarzy. Uważam, że mój ojciec zamieścił w "Mikołajku" wiele wspomnień ze swego dzieciństwa, a ponieważ Kad Merad wcielił się w rolę ojca Mikołajka, stał się zatem niejako moim dziadkiem. Był tuż obok, poczciwy, uprzejmy, zabawny, szczęśliwy. To było surrealistyczne wrażenie!

materiały dystrybutora

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Mikołajek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje