"Egzorcyzmy Dorothy Mills": WYWIAD Z REŻYSERKĄ

WYWIAD Z AGNES MERLET, SCENARZYSTKĄ I REŻYSERKĄ

Minęło jedenaście lat od pani poprzedniego filmu Artemisia. Co pani przez ten czas robiła?

Reklama

Po Artemisia, filmie typowym dla tamtej epoki, chciałam powrócić z projektem łatwiejszym pod względem logistycznym i bardziej swobodnym jeśli chodzi o sposób przedstwaienia. Długo pracowałam nad tematem zatytułowanym L'imbécile, który podejmował niektóre wątki rozpoczęte w Le fils du requin, zwłaszcza przemoc wśród nastolatków. Projekt nie wypalił, być może za bardzo przerażał, zwłaszcza kanały telewizyjne. Zrozumiałam, że jedynym sposobem, by opisać ten mroczny świat, to podejść do niego w inny sposób, wtłoczyć go w inny gatunek filmowy. Wtedy to spotkałam producentów z Fidélité i rozpoczęłam pracę nad Egzorcyzmami Dorothy Mills .

Dlaczego zrealizowała Pani film w języku angielskim?

Temat odpowiadał językowi angielskiemu. Karmiłam się kulturą anglosaską. W kinie anglosaskim istnieje tradycja inteligentnego podejścia do tego gatunku filmowego.

poza tym język angielski pozwala znaleźć inne źródła finansowania filmu, które nie zmuszają, na przykład, do szukania na rynku francuskim "kasowych" aktorów z bardzo zapchanymi terminarzami. Inspirowały mnie filmy z lat 50 i 60 jak Carnival of souls, Le village des damnés czy The Wicker Man, w którym jest świetna scena pogańskiego święta?

Jak zdefiniuje pani Dorothy?

Dorothy jest thrillerem psychologicznym z nadprzyrodzonym wątkiem. Jest to film, który funkcjonuje według zasad gatunku, lecz nie zadawala się jedynie wywoływaniem lęku. Poza zjawiskami o których mówi, w filmie poruszane są inne tematy, jak współczucie: czy jest ono szlachetnym i bezinteresownym uczuciem, czy też jest spowodowane potrzebą uleczenia się z poczucia winy? Jak dalece zamknięta wspólnota religijna może odejść od reguł które sobie narzuciła. W jaki sposób obłąkana osoba wpływa na swoje otoczenie?

Jak narodził się pomysł filmu?

Miałam ochotę zrobić film, w którym elementy fantastyczne mieszają się z rzeczywistością. Odkryłam zespół osobowości mnogiej na przykładzie przypadku Doris Fisher, młodej dziewczyny, która żyła na początku XX wieku w okolicach Filadelfii. Jej fascynująca historia przekonała mnie, że czasem wiedza okultystyczna i psychiatria mają powiązania, których nikt nie podejrzewa.

Dr Walter F. Prince odkrył, że Doris Fisher, która była wówczas młodziutka, posiadała aż pięć zupełnie różnych osobowości, w różnym wieku i o różnych charakterach. Była jednocześnie mądrą i bogobojną nastolatką, młodą anielską kobietą, "diablicą", narwanym dzieckiem i chłopczycą. Zmieniała głos, zachowanie, wygląd, za każdym razem z całkowitą spójnością. Różnymi sposobami, które służyły do identyfikacji prawdziwej Doris i przywróceniu jej pamięci, udało mu się "usunąć" cztery osobowości. Lecz ostatnia, nazywająca się Margaret, nie chciała opuścić Doris, twierdząc, że jest aniołem stróżem przysłanym przez zmarłą matkę młodej dziewczyny, by nad nią czuwać.

Wydaje się, że dzięki Margaret, Doris była również medium. Dr Prince sporządził na podstawie swoich obserwacji kilka dzieł opisujących doświadczenia z terapii Doris.

A do Margaret miał takie zaufanie, że polecił jej czuwać nad Doris, gdy wysłał ją samą do Nowego Jorku, by uczestniczyła w seansach spirytystycznych znanego medium. Doktor tak się przywiązał do swojej młodej pacjentki, że wraz z żoną adoptowali ją. W moim filmie, postać psychiatry Jane Morton jest wzorowana na Dr Prince, a Dorothy na Doris Fisher.

Czy to jest zaburzenie, które nadal jest rozpoznawane?

We Francji, nawet jeśli sprawy trochę nabrały rozpędu, diagnoza osobowości mnogiej nie istnieje. Francuska psychiatria nie uznaje tego zespołu chorobowego, który stanowi integralną część kultury anglosaskiej. Został on rozpoznany w Stanach Zjednoczonych i rozprzestrzenił się na początku lat 80. Pojawiła się nowa diagnoza MPD (Multiple Personality Disorder), traktowanego jako psychoza, a nie nerwica. Jeśli różne osobowości zamieszkują umysł danej osoby i kierują po kolei jej ciałem, to percepcja świata tej osoby nie jest zmieniona tak, jak to się dzieje w przypadku schizofrenii. Dlatego pacjenci dotknięci zaburzeniem MPD nie są zamykani w szpitalach dla wariatów. We Francji ta choroba jest nadal definiowana jako nerwica pod ogólną nazwą histerii.

Co panią zainteresowało w tym zburzeniu umysłowym?

Pasjonuje mnie wszystko, co dotyczy funkcjonowania mózgu. A przypadki skrajne, jak dewiacje, są najbardziej wstrząsające. Sam pomysł, że można mieć kilka osób we własnej głowie jest niesamowity! Te postacie mogą być bohaterami powieści, nieżyjącymi osobami, które znałeś i które umarły lub nawet znanymi osobistościami! Poza tym organizacja tych osobowości pomiędzy sobą też jest szczególna: często jest szef, któremu inne są posłuszne, i który decyduje kto i kiedy przejmuje kontrolę nad ciałem. Generalnie, każda osobowość reprezentuje jedną cechę charakteru: złość, ból, przemoc lub zmysłowość. Ta dysfunkcja rodzi się najczęściej pod wpływem wyjątkowo silnego szoku emocjonalnego, z którym umysł nie chce się pogodzić. Temat osobowości mnogich fascynuje mnie również dlatego, że jest uniwersalny i możemy go wszyscy w jakimś stopniu doświadczyć. Rozmnożenie osobowości wydaje mi się powiązane z samą naturą człowieka. Nasze "ja" również ma różne twarze w kolejnych etapach naszego życia, choć nie przybiera to postaci patologicznych.

Do tej podstawy naukowej dorzuca pani element nadprzyrodzony?

W przypadku osobowości mnogich granice między okultyzmem, a nauką są cienkie. Zbierając materiały do filmu wraz z moją współscenarzystką Juliette Sales odkryłyśmy, że we wszystkich głośnych przypadkach, które zostały dogłębnie opisane i zdiagnozowane można znaleźć mieszankę rzeczy niewytłumaczalnych i irracjonalnych, na które nauka nie znajduje odpowiedzi.

Ogólnie rzecz biorąc, mocno wierzę w obecność zmarłych w życiu tych, co ich przeżyli. Czasem bardziej czujemy obecność naszych bliskich po ich odejściu, niż za ich życia. Można mówić o tym temacie poprzez horror, lub w sposób bardziej "szlachetny" jak na przykład uczynił to Henry James. Bardzo lubię powieść The Turn of the Screw i jej ekranizację - W kleszczach lęku w reżyserii Jacka Claytona.

Dlaczego umieściła pani akcję filmu na odciętej od świata wyspie?

Większość przypadków osobowości mnogich pochodzi z krajów anglosaskich: jest to bardzo związane z purytanizmem społeczeństw protestanckich. Potrzebne mi było miejsce odizolowane, zamknięta społeczność, gdzie religia jest wszechobecna. Na północy Irlandii, można spotkać ludzi bliskich Kościołowi Adwentystów Dnia Siódmego. Z założenia każda mała wspólnota może stworzyć własne zasady religijne, które jej odpowiadają, a pastor jest często rodzajem guru, który zajmuje kilka pozycji społecznych - w filmie jest równocześnie nauczycielem, lekarzem i burmistrzem.

W tych społecznościach mentalność nie zmienia się od kilku pokoleń. Dla mnie, ten film jest również refleksją na temat wolności myślenia. Sekret, który wiąże tę społeczność narodził się z zakazów, które ją tłamszą, a konsekwencje tego sekretu uderzają w w nią ze zwiększoną siłą, jak bumerang. To jest coś, co może się przydarzyć również w społecznościach, które przeżyły silne traumy, jak na przykład konflikty wojenne w byłej Jugosławii.

Pani historia nie musi mieć miejsca w naszych czasach?

Można wnioskować z filmu, że akcja ma miejsce na początku lat 90 - Jane używa laptopa i telefonu komórkowego, ale wolę myśleć, że jego datowanie nie jest specjalnie ważne - ta społeczność żyje według tego samego modelu od pokoleń. Bez telefonu, bez telewizora czy radia. Wiem, że istnieją wyspy, gdzie taki model życia trwa do dziś.

Pani film nie zajmuje się wyłącznie przypadkiem Dorothy, bada również wpływ jaki ona ma na swoje otoczenie?

Niektórzy mieszkańcy miasteczka ukrywają straszliwą prawdę, którą będą zmuszeni wyjawić. To zupełnie jakby nagle Dorothy przejęła władzę nad nimi i wpływała na ich losy. Staje się katalizatorem, który otworzy przejście z zaświatów do świata zwykłych śmiertelników. Rozpoczynają się seanse hipnozy Dorothy, lecz ostatecznie to ona zahipnotyzuje wszystkich. Przy każdym seansie ujawni w innych coś, co było do tej pory ukryte? To schemat typowy dla klasycznej dramaturgii: postać anielska lub niewinna obala podstawy społeczności. Kino Larsa Von Trier często opiera się na tym modelu.

Jak stworzyła pani świat wizualny filmu?

Od samego początku zaplanowałam film jako realistyczny, bez efektów specjalnych, trochę jak Nie oglądaj się teraz Nicolasa Roega z lat 70'. Chciałam grać na sugestii raczej, niż na artylerii technologicznej - chodziło o to, by dotrzeć do granic realizmu tak, by uzyskać subtelny efekt dziwności, codzienności, która stopniowo się rozregulowuje.

Stworzyłam coś w rodzaju przewodnika, który służyła jako punkt odniesienia wszystkim zespołom ekipy filmowej. Był oparty na zdjęciach, które wykonał szkocki fotograf Gus Wylie na wyspach archipelagu Hebrydów. Przez kilka dziesięcioleci fotografował tam życie codzienne i pejzaże.

Chciałam również kręcić w technice cinemascope, gdyż pejzaż jest tu postacią w pełni tego słowa znaczeniu. Poza walorem wyjątkowego piękna, pozwala oddać tragizm tej wyspy, jej ciężki i zarazem romantyczny klimat. Obraz Yorgosa Arvanitisa podoba mi się, gdyż jest surowy, pozbawiony cieni, dzięki czemu lepiej skupia uwagę. Poza tym uważam, że to doskonały operator.

Jak wybrała pani Jenn Murray?

Szukałam nastolatki, która będzie w stanie zagrać wszystkie osobowości Dorothy, bez makijażu i efektów specjalnych. Chciałam, by operując warsztatem aktorskim - mimiką, gestykulacją, zachowania, głosem - potrafiła je wszystkie zaprezentować. Odtwórczyni tej roli musiała więc być młoda lecz bardzo dojrzała, mieć dziecinną twarz, ale umieć pokazać zmysłowość, a nawet zagrać mężczyznę! Jenn Murray studiowała sztukę teatralną w Samuel Beckett School w Dublinie, miała 21 lat w momencie kręcenia filmu, to było jej pierwsze doświadczenie zawodowe i wykonała je niesamowicie dobrze. Mieszkała w tej postaci, nadała jej treści, a jednocześnie uczyniła ją wzruszającą. Czasem bałam się o nią, lecz okazało się, że pomimo swojej kruchości posiada ona bardzo silny charakter. Żeby pracować nad głosem i zachowaniem kolejnych osobowości - Kurta, Mary, Duncana, etc. - zaczęliśmy od tekstów, które zagrali różni aktorzy, a Jenn powtórzyła je później. Początkowo rozważaliśmy podłożenia głosów innych aktorów, lecz taki zabieg szkodził emocjom i ostatecznie Jenn sama zagrała wszystkie "zamieszkujące" Dorothy osoby.

Jak ocenia pani jej rolę?

Wielką zasługą Jenn jest to, że udało się jej nie zamienić Dorothy w postać jarmarczną lub potwora. Od razu rzuciliśmy ją na głęboką wodę - zaczęliśmy pracę od kręcenia sceny, w której Jane spotyka Dorothy w jej pokoju. To była trudna emocjonalnie scena. Cała ekipa była bardzo wzruszona i po ujęciu nastąpiła długa cisza. Za każdym razem, gdy widzę tę scenę, znów ją przeżywam na nowo - to jedna z tych magicznych chwil podczas kręcenia filmu. Przy Carice, Jenn była w takim stanie emocjonalnym, że wybuchła płaczem. Jenn utrzymała ten szczególny stan wrażliwości przez cały film i potrafiła zarazić nim pozostałych aktorów.

Jak wybrała pani Carice Van Houten do roli Jane Morton?

Chcieliśmy osoby, która uchodziłaby za obcą w Irlandii, lecz byłaby Europejką. Gdy zobaczyłam Black Book Paula Verhoevena, byłam oszołomiona grą Carice Van Houten. Ma w sobie zimne piękno aktorek hitchcockowskich, ale emanuje z niej wielkie ciepło, co nadaje wiarygodność jej postaci. Chciałam, żeby jej garderoba nawiązywała raczej do lat 60 i bohaterek tej epoki - Kim Novak czy Tippi Hedren. Carice bardzo się przejmowała wiarygodnością swojej postaci. Wzięła udział w konsultacjach psychiatrycznych nastolatek w klinice w Dublinie i wróciła mocno poruszona.

Czy może pani powiedzieć kilka słów o innych aktorach?

Gary Lewis, który gra przywódcę małej społeczności, jest Szkotem. Mieszkał na Nowych Hebrydach, zna więc dobrze ten zamknięty światek wiary i izolacji.

Z pewnością dzięki temu tak subtelnie zagrał tę postać: cała trudność polegała na pokazaniu dwuznaczności Pastora nie robiąc z niego równocześnie karykaturalnie złego człowieka. David Wilmot wcielił się w policjanta, który się wydaje najbardziej normalną osobą na tej wyspie. Jest łącznikiem między Jane, a wspólnotą. Można powiedzieć, że ją chroni, a nawet podejrzewać, że coś między iskrzy. Z Davidem dużo rozmawialiśmy i analizowaliśmy każdą ze scen. To bardzo mu ułatwiało zrozumienie postaci i zagranie jej tak, aby uwidocznić jej całą złożoność.

Gdzie były realizowane zdjęcia do filmu?

Nasza produkcja była umiejscowiona w regionie Wicklow, tuż na południe od Dublina. To wspaniała i dzika okolica, gdzie są bardzo różnorodne pejzaże. Znaleźliśmy olbrzymi opuszczony hotel, gdzie stworzyliśmy własne studio. W jego wielkich pomieszczeniach zaaranżowaliśmy pub i inne wnętrza.

Kręciliśmy również na dalekim północnym zachodzie, w regionie Donegalu - tam filmowaliśmy pejzaże i szersze plany. Jest to region, który posiada niesamowitą atmosferę, a mało kto go zna. Bardzo chciałam, ze względu na klimat filmu, kręcić w marcu, gdy niebo jest zasnute chmurami, lecz tak długo szukaliśmy odtwórczyni roli Dorothy, że przesunęliśmy ostatecznie zdjęcia na koniec czerwca. Ale miałam niespotykane szczęście - nie było ładnej pogody i miałam taką atmosferę, o jakiej marzyłam!

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Egzorcyzmy Dorothy Mills

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL