Reklama

Colin Farrell był "bliski śmierci"

Colin Farrell przyznał w rozmowie z gazetą "Sunday Times", że w 2005 roku był "bliski śmierci". "Nie musisz być lekarzem, żeby poczuć, że zbliża się twój koniec" - ujawnił gwiazdor.

Bezpośrednim powodem bezpośredniego zagrożenia życia gwiazdora było jego uzależnienie od alkoholu. "Doszedłem do momentu, w którym jedynym głosem, jaki słyszałem, były wezwania autodestrukcji" - przyznał Farrell.

Reklama

Gwiazdor dodał, że w 2005 roku poczuł, że jeśli prowadził będzie dalej podobny tryb życia, nie pociągnie już zbyt długo. "Nie musisz mieć skończonej medycyny, by wiedzieć, kiedy twoje ciało zaczyna umierać. Myślę, że nie potrwałoby to zbyt długo" - oświadczył gwiazdor.

Farrell nie bez czarnego poczucia humoru oświadczył jednak, że od dziecka przejawiał skłonności do uzależnień.

"Jestem nałogowcem od małego. Nie żartuję - możecie spytać mojej mamy. Kiedy miałem 7 lat uzależniłem się od batonów Lion. Potem wpadłem w lizaki Coco Pops. Następnie byłem ofiarą puree firmy Smash oraz tuńczyka w puszce.Uzależniłem się nawet od wiatru... Wszystko, co tylko sprawia, że czuję się dobrze" - pół żartem, pół serio skomentował swe słabości Farrell.

Gwiazdor rozwiązał swe problemy udając się na kurację odwykową w Antigua w 2005 roku.

Teraz za butelkę sięga już tylko na planach filmowych, jeśli wymaga tego scenariusz. Możemy go zobaczyć popijającego w czarnej komedii "7 psychopatów" (od kilku dni na ekranach polskich kin), gdzie wcielił się w postać scenarzysty filmowego Marty'ego, który nie może poradzić sobie z ukończeniem pisania zamówionego tekstu. Nie od dzisiaj wiadomo, że alkohol jest świetnym lekarstwem na twórczy kryzys.


Interesują Cię plotki z życia gwiazd? Kliknij, a dowiesz się o nich wszystkiego!

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje