Reklama

Reklama

"Cafe de Flore": ROZMOWA Z REŻYSEREM

Po sukcesie swoich poprzednich filmów "C.R.A.Z.Y." (laureat Genie) i nominowanej do Oscara kostiumowej "Młodej Wiktorii" (z udziałem Emily Blunt), Jean-Marc Vallée powraca z "Café de Flore", intensywnym, wielowarstwowym i romantycznym nowym filmem, który flirtuje z "nadprzyrodzonym". Film opowiada dwie pozornie odrębne historie, które ostatecznie okazują się całkowicie ze sobą powiązane. Francuska gwiazda Vanessa Paradis daje niezapomniany występ jako ofiarna matka, wychowująca chłopca z zespołem Downa w Paryżu lat 60. w pierwszej opowieści; w drugiej, dziejącej się współcześnie w Montrealu, Kevin Parent i Hél?ne Florent grają małżeństwo, które się rozpadło. Miałam okazję porozmawiać z Jean-Markiem Vallée na Festiwalu Filmowym w Whistler w 2011 roku.

Reklama

Jestem absolutnie zachwycona Vanessą Paradis w tym filmie. (...) Byłam tak zahipnotyzowana początkowymi scenami, że prawie nie zauważyłam, że akcja rozgrywa się w latach 60.! Młody chłopak, który gra jej syna, ma zespół Downa - możesz mi zdradzić, jak udało im się przedstawić tak wiarygodny związek?

- Vanessa i Marin spędzili razem miesiąc, ucząc się siebie nawzajem - czasami ona jadła śniadanie, obiad czy kolację z nim i jego rodzicami. Chodzili nawet razem na karuzelę, aby spróbować zbudować coś zabawnego tylko między nimi dwojgiem. Czasem Vanessa musiała być bardzo autorytatywna wobec niego - on ma tak silną osobowość. Problem z dziećmi dotkniętymi zespołem Downa jest wtedy, gdy nie chcą czegoś zrobić lub nie są czegoś pewne - wtedy stają się bardzo uparte. Czasem Vanessa musiała włożyć kapelusz matki. Wiem, że oni wyglądają razem na bardzo zgranych, ale to nie była jakaś wielka rzecz, to się stało bardzo naturalnie. Nie było wymuszone.

Reżyserowanie i prowadzenie małych dzieci ma swój unikalny zestaw wyzwań. Jak udało Ci się znaleźć dwoje francuskojęzycznych dzieci z zespołem Downa, które mogły spełnić wymagania stawiane przez taki projekt? Czy możesz coś o tym powiedzieć?

- Podczas przesłuchań testowałem różne dzieci i trenowałem je. Mówiłem: "Uśmiecham się i chcę, żebyście się uśmiechnęły jak ja." Czasami nie mogły tego zrobić lub robiły to w nieodpowiednim czasie. Kiedyś powiedziałem: "Mam zamiar być smutny, chcę, żebyście też były smutne i zrobiły smutną minę". A one, zamiast to zrobić, przyszły i przytuliły mnie. Pomyślałem sobie: "Mój Boże... Co ja mam zrobić?" Wtedy poznałem Alice [która gra Véro], która jest taką gadułą i tak świetnie mówi i gra... To rzadkie u dzieci z zespołem Downa, bo one często mają problemy z mięśniami twarzy, które stwarzają kłopoty w czasie mówienia i jedzenia. Mieliśmy szczęście, bo znaleźliśmy bohaterów, którzy w prawdziwym życiu chodzą do tej samej szkoły - oni się kochają, chcą się pobrać, mieć dzieci. Najpierw poznaliśmy Alice, a potem ona zaczęła opowiadać o swoim przyjacielu ze szkoły, którego kocha, i powiedziała: "On też ma zespół Downa!" Więc zapytałem, czy możemy go poznać... To zdumiewające. Dzięki Bogu, że tak się stało! Cztery miesiące ich szukaliśmy: w Paryżu, Belgii, Quebecu. Naprawdę byłem już zniechęcony...

W filmie pojawia się temat poprzednich wcieleń i wspomnień z nimi związanych. Czy wierzysz w reinkarnację?

- To nie jest część mojego życia. Na czas trwania filmu musiałem być otwarty, aby przeprowadzić swoje badania. Myślę, że to piękna teoria, ale nie jest częścią mojego życia. Ale jednocześnie nie o tym zrobiłem film. Postać w filmie wykorzystuje to, by znaleźć wyjaśnienie. Nie staram się mówić: "Ja w to wierzę i chcę, żebyś i ty w to uwierzył" - w ogóle tak nie jest. Wiesz, dlaczego moja postać za tym idzie? Bo cierpi. A kiedy cierpisz, starasz się zrozumieć. A skoro ona nie znalazła żadnych racjonalnych odpowiedzi, zaczyna szukać gdzie indziej.

Muzyka w filmie stanowi wyjątkowo mocny element. To prawie jak odrębny bohater.

- Chciałem podkreślić romantyczne i mistyczne aspekty filmu. Szukałem utworów, które mogłyby dać widzom takie wrażenia, takie uczucia. Chodzi o pewne poczucie. Rock and roll to robi naprawdę - to nie jest w głowie. Kiedy słuchasz utworu Pink Floyd czy Sigur Ros - jak się czujesz? Czy możesz spróbować określić, co czuje twoje ciało? To dotyczy zmysłów.

Myślę o tej scenie na imprezie, gdzie Antoine i Rose spotykają się po raz pierwszy. Naprawdę iskrzy między nimi.

- Jeśli chodzi o seks w filmie - jest bardzo istotny. Muzyka po to także tam jest. Jeśli znajdujesz kogoś i naprawdę zależy ci na nim, naprawdę go kochasz i to sprawia, że rezygnujesz z małżeństwa, rozwodzisz się - to nie tylko dlatego, że jesteś niezadowolony ze swego dawnego życia. Wchodzisz w to, ponieważ lubisz jego zapach, lubisz seks. To także jest obecne w moim filmie. Jest coś bardzo silnego między Antoine'em i Rose. Potrzebowaliśmy utworów, które pozwoliłyby nam zrozumieć tych ludzi.

Ostatnie ujęcie filmu to bardzo powolny zoom na stare czarno-białe zdjęcie... To tak jak w Lśnieniu. To celowy zabieg?

- Wiem, oczywiście, że to wygląda jak w "Lśnieniu". Kiedy skończyłem pisać scenariusz i umieściłem tę scenę na papierze, wiedziałem, że każdy o tym pomyśli. Ale potem powiedziałem sobie: "Chrzanić to", bo to nie jest dokładnie tak, jak w "Lśnieniu", które nie było filmem na ten sam temat, ale popieprzoną, straszną historią. W tym przypadku chodziło o zdjęcie zrobione przez ojca Antoine'a wiele lat wcześniej w Paryżu, a które jest tak nieostre, że - co mi się podoba - umożliwia kilka interpretacji filmu.

Źródło: "The Snipe"

Rozmawiała Rachel Fox

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Cafe de Flore

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL