"Faraon": Gorący romans w cieniu piramid

Barbara Brylska i Jerzy Zelnik na planie "Faraona" /East News/POLFILM

Polska superprodukcja z 1965 r. odniosła zasłużony sukces. Ale ekipa filmowa musiała stawić czoło wielu przygodom.

Reklama

"To był film wielkich kłopotów" - tak podsumował po latach prace nad swym arcydziełem reżyser Jerzy Kawalerowicz. Nic dziwnego. Lata przygotowań, zdjęcia na trzech kontynentach, tysiące niezdyscyplinowanych statystów, koszmarny upał i zakochani nie w porę aktorzy - mało kto, poza nim, potrafiłby nad tym chaosem zapanować.

Przygotowania zaczęły się już trzy lata przed rozpoczęciem zdjęć. Trzeba było przecież z pieczołowitą dokładnością "odtworzyć" starożytny Egipt - i zrobić to lepiej, niż Amerykanie w święcącej triumfy w 1963 r. "Kleopatrze".

Do pomocy zaangażowano więc najlepszych z najlepszych, a na czele ekipy konsultantów stanął słynny na całym świecie egiptolog i odkrywca zasypanych przez pustynię zabytków - profesor Kazimierz Michałowski. To dzięki niemu i jego znajomościom polscy scenografowie mogli buszować w magazynach kairskich muzeów, by na własne oczy zobaczyć i dotknąć bezcennych eksponatów, które uwieczniali na tysiącach rysunków.

Wysiłek się opłacił - nim przystąpiono do zdjęć, gotowe były kostiumy dla 10 tysięcy osób, 3 tys. par obuwia, 3,5 tys. peruk, 3 tys. tarcz, 600 maczug, 1000 toporów, 700 łuków, 2,5 tys. włóczni, 12 tys. strzał, 1000 mieczy, 60 kompletnych szat kapłańskich. Oraz, rzecz jasna, wspaniała biżuteria władcy starożytnego imperium.

Były też rekwizyty "extra" - 320 kauczukowych odciętych rąk i naturalnej wielkości wisielec z gumy. Scenografia oczywiście jest ważna, ale jeszcze ważniejsi są aktorzy. Kto zagra młodego Ramzesa? Która z aktorek wcieli się w okrutną fenicką kapłankę Kamę? Od tych decyzji mogło zależeć powodzenie filmu.

Kamę, czyli Barbarę Brylską, wypatrzył asystent reżysera na imprezie w studenckim klubie Hybrydy. "Aktorka w tej roli miała być bardziej rozebrana niż ubrana, więc liczyły się walory estetyczne. Nie każdą kobietę można pokazywać nago. Musi być młoda, harmonijnie zbudowana" - takie były wymagania reżysera.

Reklama

Barbara Brylska nie była jedyną kandydatką, ale wygrała - nie tylko dzięki urodzie, ale też brakowi pruderii przy "rozbieranych" ujęciach. Wszystko wydawało się dograne, ale pojawiły się komplikacje. Aktorka była wtedy na drugim roku warszawskiej szkoły teatralnej. Rektor Jan Kreczmar zabronił studentom grać w filmach. I choć Brylska wystarała się o specjalne zezwolenie ministra kultury na udział w "Faraonie", ze studiów wyleciała.

Ale nim to się stało, zdążyła polecić reżyserowi do roli młodego faraona kolegę z roku, Jerzego Zelnika. "On był skończenie piękny, nieprawdopodobnie pięknie zbudowany, poza tym bardzo inteligentny, władał angielskim" - wspomina aktorka. "Byłem wtedy dzieckiem, miałem ledwie 19 lat - śmieje się Jerzy Zelnik. - Największym wyzwaniem było dla mnie to, że moja ukochana nie miała żadnej roli w plenerze i przez pięć miesięcy jej nie widziałem".

Ukochaną była, oczywiście, pani Barbara. "To była moja pierwsza pełna miłość - uczucie połączone z konsumpcją" - wyznał po latach aktor. Sytuację zakochanych komplikował fakt, że ona była mężatką. I została w Polsce (zdjęcia z jej udziałem trwały tylko 5 dni), a on musiał wyjechać.

Zdjęcia kręcono bowiem na trzech kontynentach. Rozpoczęto je w atelier łódzkiej wytwórni, Zalew Wiślany udawał Nil (na potrzeby filmu zmieniano nawet wygląd trzcin i "sadzono" kępy papirusu), na wyspie na jez. Kirsajty koło Giżycka "wyrosły" palmy. Ale nawet przy najlepszych chęciach trudno w Polsce odtworzyć Saharę, więc na ponad pół roku ekipa przeniosła się w okolice Buchary, na pustynię Kyzył-kum.

Z Polski do Uzbekistanu (na wielomiesięczny pobyt w Egipcie nie starczyło funduszy) w 27 wagonach powędrował transport 40 tys. rekwizytów, dzięki którym 3 tys. radzieckich żołnierzy miało zmienić się w egipskie wojsko. "Był z nimi pewien problem - o godzinie 12 odmawiali pracy - wspomina Zelnik. - Musieliśmy dalej pracować sami".

Na dodatek już pierwszego dnia ukradziono cały wagon drewna, z którego miały powstać dekoracje i niezbędne na planie filmowym budowle: świątynię boga Ptah i pałac faraona, a także składy, magazyny, warsztaty, charakteryzatornie, bufet, stajnię i chłodnie. Szczególnie te ostatnie były stale wykorzystywane: temperatura w cieniu wynosiła 45 st., na pustyni, w słońcu, dochodziła do 65 st.. Operatorzy wspominają, że na rozgrzanych przez słońce pudełkach po taśmie filmowej... smażyli bez trudu jajka.

"Charakteryzacja, przeprowadzana na planie filmu, w warunkach pustynnych, była piekłem. Myśmy jeszcze spali, a charakteryzatorki już zaczynały pracę. Jechały, kiedy jeszcze było ciemno, kilkadziesiąt kilometrów przez pustynię. Charakteryzatornia została wbudowana w ziemię, żeby było chłodniej. Pracowały godzinami, mdlały przy pracy" - wspominał operator Jerzy Wójcik.

By ochronić sprzęt przed rozpalonym słońcem, przykrywano kamery płótnem, ale to stwarzało nowe zagrożenie: lubiły się pod nimi kryć olbrzymie, włochate pająki i skorpiony. Praca w tych warunkach nie była łatwa, a reżyserowi trudno było ocenić efekt kręconych ujęć. By temu zaradzić... zatrudniono kursujących codziennie gońców. "Goniec leciał z Buchary do Taszkientu. Z Taszkientu do Moskwy, z Moskwy do Warszawy i z Warszawy do Łodzi - do laboratorium, (...). Oni to wywoływali, chowali gdzieś, a z kopią roboczą goniec wracał do Kawalerowicza. I dopiero wtedy można było zobaczyć, czy coś z tego wyszło, czy nie" - wspomina Ryszard Ronczewski, grający oficera Eunane.

Do historii kina przeszła scena jego biegu przez pustynię. Najpierw ekipa tkwiła w upale, bo "zatrudnione" do poprzedniego ujęcia skarabeusze odmówiły współpracy i nie chciały toczyć swej kulki. A potem... "Temperatura piasku była bliska 60 stopni, nogi miałem poparzone. Dwa dni to robiliśmy, nie wiem już, ile razy. (...) Skonstruowano platformę na grubych, miękkich oponach. Na niej był balkonik, na którym stał Witold Sobociński. Miał na ramieniu kamerę z bardzo dużą kasetą, bo musiała się tam zmieścić taśma na całe ujęcie. Platformę z tym wszystkim ciągnęli radzieccy żołnierze na sznurach. I musieli równo biec".

Pomiędzy operatorem a biegnącym aktorem umocowany był patyk, by odległość była zawsze ta sama, co do centymetra, by kamera nie straciła ostrości. Tę najdłuższą w historii kina niemontowaną scenę pokazuje się do dziś w szkołach filmowych całego świata.

Większość pustynnych scen nakręcono właśnie na Kyzył-kum. Ale nie wszystkie. "Potem kilka scen było kręconych w Egipcie - wspomina Ronczewski. - Na tych zdjęciach mnie nie było, pojechał tylko faraon, czyli Jerzy Zelnik, i ktoś tam jeszcze (...), i jakiś rydwan zawieźli, żeby chociaż jedno zdjęcie przy piramidzie zrobić".

Ale ekipa zadbała o to, by widzowie nie dostrzegli różnicy. Zarówno do Egiptu, jak i do Polski przywieziono tony piasku z Uzbekistanu, aby chociażby inny odcień pyłu pokrywającego nogi aktorów nie zdradził, że zdjęcia powstały w innym miejscu. Widzowie docenili tę perfekcję - film obejrzało ponad 9 mln osób.

Dowiedz się więcej na temat: Faraon

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje