Zygmunt i Filip Chajzer: Zrobiliśmy to w tajemnicy

Znakomici dziennikarze. Jeden jest radiowcem, drugi gwiazdą telewizji. Ich książka "Chajzerów dwóch" to zbiór wspomnień i zabawnych rozważań o życiu. Zygmunt i Filip Chajzer opowiadają, co ich łączy, a co jest źródłem konfliktów.

Zygmunt i Filip Chajzer na Warszawskich Targach Książki - 21 maja 2017

Skąd pomysł na rozmowy o życiu w formie książki?

Zygmunt Chajzer: Otrzymaliśmy propozycję od wydawnictwa.

Reklama

Filip Chajzer: Sami byśmy na to nie wpadli. (śmiech)

Z.CH.: - Natomiast forma była naszym pomysłem. Uznaliśmy, że nie potrafimy pisać mądrych poradników, powieści tym bardziej - więc po prostu pogadamy sobie. Ustaliliśmy zbiór tematów i rzuciliśmy się na nie jak tygrysy w klatce. (śmiech)

F.CH.: - Kiedy skończyliśmy, byłem w szoku, że gadaliśmy tak dużo - na ponad 400 stron.

Z.CH.: - Oj, nie jest tego aż tak dużo, w książce jest masa zdjęć...

F.CH.: - ... ale bierzesz ją do ręki, a tu grube dzieło. Niemal jak Encyklopedia Britannica. (śmiech)

Z.CH.: - No, fakt, grube dzieło wyszło. Tego się nie spodziewaliśmy.

Czym kierowaliście się panowie przy wyborze tematów rozmów?

F.CH.: - Wybraliśmy opowieści o każdej albo niemal każdej sferze życia, która da się porównać. To książka o tym, jak było kiedyś i jak jest dzisiaj. Jaka była Polska, jak się zmieniało nasze podejście do życia. To kilkadziesiąt lat - widzianych naszymi oczami.

Jestem świeżo po lekturze "Chajzerów dwóch" i mam wrażenie, że dobrze się Wam gadało. Na końcu napisał Pan, Filipie, że to była pierwsza tak długa rozmowa, bo tata do wylewnych nie należy.

F.CH.: - Tak, rzeczywiście to był nasz pierwszy raz.

Z.CH.: - Istotnie, do tej pory nie mieliśmy okazji do takich długich nasiadówek z historią w tle, wymianą wspomnień, rozważaniami o życiu, przyrodzie i kosmosie. Rozmawiamy głównie o bieżących sprawach. Dlatego praca nad książką była wspaniałą okazją do wnikliwej, fajnej konwersacji.

Można powiedzieć, że po części za sprawą wydawców poznaliście się panowie na nowo.

F.CH.: - Zrozumieliśmy, że mamy podobne spojrzenie na wiele spraw. Oczywiście poza różnicami charakterów i podejściem do kwestii porządku.

Rozumiem, że tata jest pedantem?

F.CH.: - Ojciec wyznaje zasadę: Ordnung muss sein. Ja natomiast nie przywiązuję do tego większej wagi, tak jak i do matematyki.

W kwestii matematyki łączę się z panem. (śmiech)

F.CH.: - (śmiech) Bardzo dziękuję. Głęboko wierzę, że są ludzie - jestem właśnie jednym z nich, którzy blokują się, widząc plus, minus i do tego rząd cyfr.

Z.CH.: - To się może pomylić?! Plus z minusem? To uważaj przy elektryczności, bo cię prąd rąbnie!

F.CH.: - Spokojnie, nie dotykam się do elektryczności. A wracając do korzyści z naszej książkowej rozmowy, uzmysłowiliśmy sobie, że naszą cechą wspólną jest brak wylewności. Nie mamy potrzeby uzewnętrzniania się. W książce zrobiliśmy to po raz pierwszy. Ona jest jak reportaż z tego doświadczenia.

Nieźle wam to wyszło.

Z.CH.: - Mam nadzieję, że spodoba się czytelnikom.

F.CH.: - Myślę, że to przede wszystkim dzięki efektowi świeżości. Opowiadamy wszak historie nigdzie wcześniej niepublikowane.

Z.CH.: - Co więcej, także sobie opowiadaliśmy je premierowo.

F.CH.: - Dla mnie topową jest ta o ojcu w niemieckiej sekcie.

Z.CH.: - Przestań, to nie była żadna sekta. (śmiech)

F.CH.: - Ale niewiele brakowało, a zostałbyś niemieckim hipisem.

Z.CH.: - Raczej hipsterem.

Czyli dowiedział się pan o tacie zaskakujących rzeczy.

F.CH.: - Właściwie w każdym rozdziale poznawałem wydarzenia z jego życia, o których nie miałem pojęcia. Tak jak wspomniany epizod z mieszkaniem w komunie w Berlinie Zach., wśród ludzi, którzy świadomie zrezygnowali z ówczesnych dóbr nowoczesności. Czyste hipsterstwo!

Moją ulubioną jest opowieść o koparce, która dzięki pana inwencji, w tajemnicy przed ojcem, wjechała w wasz działkowy domek pełen szczurów.

Z.CH.: - To był ładny domek, zamierzałem go wyremontować.

F.CH.: - To była ruina. Zdecydowałem się więc na akcję samotnego wilka, przeprowadzoną w pełnej konspiracji. Wykorzystałem fakt, że rodzice wyjechali na wakacje do Grecji. Potem przyjaciele, którzy im towarzyszyli, przyznali, że to był najgorszy urlop w życiu. Ojciec cały czas biegał, pokazując zdjęcia, które mu wysłałem i pytał, czy to się jeszcze da uratować.

Z.CH.: - Z perspektywy czasu wiem, że zburzenie go było dobrym pomysłem.

F.CH.: - Teraz jest wojna o drzewa na mojej działce, na której buduję dom. Ojciec, korzystając z tego, że byłem na wakacjach, wyciął piękny, wielki orzech.

Z.CH.: - Bo to nie był orzech, tylko baobab, który zasłaniał trzy czwarte działki.

F.CH.: - Dobra, przyznaj, że to twoja zemsta za domek.

Z.CH.: - Filip często nie przyjmuje moich sugestii, choć są słuszne. Na rzeczonej działce rosły stare drzewa, już nie owocowały. Nie uwierzył, kiedy mówiłem, że należy je wyciąć. Trzeba było sprowadzić rzeczoznawców. Oni stwierdzili, że musi się ich pozbyć, bo stoją w obrysie budynku.

F.CH.: - Kieruje mną miłość do natury.

Przekomarzacie się, ale macie mnóstwo wspólnego. To także widać w waszej książce.

F.CH.: - Bo to też literatura z zakresu genetyki. Naukowcy mogą czerpać z niej do woli.

Z.CH.: - (śmiech) Opowieść o tym, jak geny funkcjonują w praktyce.

Dowodem na genetyczną determinację jest fakt, że obaj jesteście dziennikarzami.

F.CH.: - Cóż, Politechnika nie wchodziła w grę.

Z.CH.: - Nie było takiego pomysłu. Choć ja chciałem być inżynierem.

F.CH.: - Ja marzyłem, by zostać policjantem. Przeszło mi, kiedy skończył się trzeci sezon "Ekstradycji". Potem chciałem iść do szkoły aktorskiej, ale ojciec wybił mi to z głowy i słusznie.

Z.CH.: - Przeszedłeś długą drogę i odrobiłeś lekcję nauki zawodu bardzo przyzwoicie. Miałem na to duży wpływ. Nie chciałem, byś zrobił błyskawiczną karierę.

F.CH.: - I dobrze, bo takie kariery kończą się tak szybko, jak zaczęły. Ale nasza książka jest też o tym, jak zmienił się zawód dziennikarza. Gdy ojciec zaczynał, były tylko państwowe rozgłośnie i telewizja, ja miałem już do wyboru stacje komercyjne. Teraz można ominąć ten etap i stworzyć np. własny, niezależny kanał w internecie. Nie ma ograniczeń. Wszystko zależy od inwencji.

Z.CH.: - Ale jednocześnie rynek stał się bardziej konkurencyjny i trudno jest wybić się z tłumu.

Nie myśleliście o jakimś medialnym projekcie - programie, który poprowadzilibyście razem?

F.CH.: - Wszystko w rękach pewnego Edwarda z trzeciego piętra. On decyduje co jest dobre, a co złe.

Z.CH.: - Robiliśmy już audycję radiową "Piątek u Chajzerów" w Radiu Złote Przeboje i zgrabnie nam to szło. Przedstawialiśmy w niej swoje punkty widzenia na świat. Filip w każdym odcinku pytał mnie, czy już wiem, co to jest Facebook. (śmiech) Tego lata znowu będziemy prowadzić cykl pogadanek i spierać się np. o to, czy lepszy jest kajak, czy rower wodny. Jestem za kajakiem.

F.CH.: - A ja ani za jednym, ani za drugim.

Opowieści o tym, że rzadko ze sobą rozmawiacie, to kokieteria. Wspólna audycja to też rozmowa.

Z.CH.: - Ale wychodzi na to, że częściej gadamy za pieniądze. (śmiech)

F.CH.: - A wracając do wspólnego projektu telewizyjnego. Uważam, że miałby on rację bytu, o czym świadczy wynik oglądalności "Milionerów", w których wystąpiliśmy. Potencjał jest!

Z.CH.: - Byłoby fajnie.

F.CH.: - Całe życie słyszałem, że ojciec załatwił mi robotę. Więc nareszcie się zrewanżuję. (śmiech)

Z.CH.: - Jasne, rewanż mi się należy.

Często się spieracie?

F.CH.: - Bardzo często, ale zazwyczaj są to spory o sosenki.

Z.CH.: - A raczej: whisky czy wino?

F.CH.: - Nie whisky czy wino, tylko jaka whisky. Bo ojciec pije najgorszą na świecie, która nadaje się do olejowania desek.

Z.CH.: - Mam dowody, że jest doskonała. Piłem ją kiedyś z bardzo dystyngowanym i zamożnym Anglikiem. Stać go było na najdroższą butelkę, a wybrał właśnie "moją" whisky.

F.CH.: - Bo to był dusigrosz!

Poza sporami o alkohol są jeszcze jakieś punkty zapalne?

Z.CH.: - Nie ma żadnych.

A sport? Pan, panie Zygmuncie, jest mistrzem siatkówki plażowej.

Z.CH.: - Ale Filip też wziął się za siebie. Jeździ na rowerze, rolkach, gra w squasha, lata na motolotni.

F.CH.: - Gdzie ja, a gdzie ojciec - wyczynowiec. Ja sport traktuję rekreacyjne.

Z.CH.: - A mnie rekreacja nie interesuje. Liczą się wyniki. Kolejny sezon siatkówki plażowej rozpocząłem od zdobycia brązowego medalu. Turniej mieszany, kategoria otwarta - spory sukces. Dla mnie w sporcie najważniejsza jest rywalizacja. Gram, żeby wygrać.

Wróćmy na koniec do książki - dedykowaliście ją panowie żonie i mamie. Czy to ona była jej pierwszą recenzentką?

F.CH.: - To jest dopiero historia. Zrobiliśmy to w tajemnicy. Mama zadzwoniła do mnie oburzona. - Przeczytałam, ale to wszystko nie było tak - stwierdziła. Gdybyśmy mieli według jej opinii zamieścić erratę, byłaby do każdego słowa. (śmiech) "Przecież ty nie możesz pamiętać Czarnobyla, poza tym, gdzie ty do Łeby jeździłeś? Tam nie było żadnego zamku" - dowodziła mama. Słuchając jej, na serio się przeraziłem. Jakichś strasznych bzdur naopowiadaliśmy - myślę sobie. Ale ojciec mnie usprawiedliwił mówiąc, że to nie jest książka o tym, jak w stu procentach było, ale o tym jak... Filip to pamięta.

Z.CH.: - Bo nieważne jest, jak to się naprawdę działo, tylko to, jakie pozostawiło wspomnienia.

F.CH.: - Ale mama już zapowiedziała, że napisze drugi tom. (śmiech) Czyli historia prawdziwa.

Z.CH.: - Chajzerów dwóch - jak było naprawdę". (śmiech) Ale faktem jest, że Dorota, czyli żona/mama, ma świetną pamięć i jeśli chodzi o rodzinne historie, jest alfą...

F.CH.: - I romeą.

Czyli tom drugi i trzeci to tylko kwestia czasu? (śmiech) A jakie są panów najbliższe  plany zawodowe?

Z.CH.: - Robię poranny program w Radiu Pogoda i bardzo mnie on cieszy. Gramy nostalgiczną muzykę, dzięki której starsi słuchacze mogą wrócić do czasów młodości. To wielka frajda dawać im radość.

F.CH.: - Ja wrócę do historii, o której tu już mówiliśmy - czekam na decyzje z pewnego magicznego trzeciego piętra. (śmiech) Mogę też zdradzić, że już wkrótce, po latach przymierzania się do tego, odpalam kanał na YouTubie "Chajzer testuje". Będę testować wszystko, co się da, przy czym liczę także na podpowiedzi od moich fanów.

Rozmawiała Joanna Bogiel-Jażdżyk

Zygmunt Chajzer urodził się 1 V 1954 r. w Warszawie. Dziennikarz telewizyjny i radiowy. Przez wiele lat na antenie radiowej Jedynki był gospodarzem "Sygnałów dnia" oraz "Lata z Radiem". Od 2015 roku prowadzi "Pogodny poranek" w Radiu Pogoda.

Filip Chajzer urodził się 27 XI 1984 r. w Warszawie, zaczynał jako dziennikarz prasowy, a od 2011 r. jest reporterem programu "Dzień dobry TVN". Na antenie stacji prowadził także show "Mali Giganci". 9 maja nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka ukazała się ich książka "Chajzerów dwóch".

Dowiedz się więcej na temat: Filip Chajzer | Zygmunt Chajzer

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje