"Gugara" to jedyny polski dokument, który prezentowany był podczas tegorocznego festiwalu w Cannes (w sekcji ACID). Twórcy filmu - Andrzej Dybczak i Jacek Nagłowski - opowiedzieli w rozmowie z Tomaszem Bielenia o wyjątkowym charakterze canneńskiego pokazu "Gugary", moralnym niebezpieczeństwie związanym z zawodem dokumentalisty oraz kilku wersjach swego debiutanckiego filmu.
Jak trafiliście na festiwal w Cannes?
Jacek Nagłowski: Film miał pierwotnie szansę na zakwalifikowanie się do sekcji Critics' Week, jednak w tym samym czasie dostaliśmy się na festiwal Cinema du Reel. Ponieważ zarówno jeden, jak i drugi festiwal wymagają premierowego pokazu, a Cinema du Reel było pewne, musieliśmy zrezygnować z Critics' Week.
Canneński pokaz "Gugary" był wyjątkowy. Po raz pierwszy film zaprezentowany został na 35-milimetrowej taśmie, w dodatku przywieźliście tutaj dłuższą o 10 minut wersję filmu.
Andrzej Dybczak: Tak naprawdę to jest pierwotna długość filmu - tak zwana wersja reżyserka. Kiedy pojawiła się możliwość zrobienia transferu na taśmę 35-milimetrów - zdecydowaliśmy się na właśnie na tę wersję i pokazujemy ją z największą dumą.
Wiem, ze istnieją więcej niż dwie wersje "Gugary".
Andrzej Dybczak: To jest tak naprawdę historia naszej walki o dofinansowanie tego filmu. Najwłaściwsza - 68-minutowa - jest wersja, którą przywieźliśmy do Cannes. Do konkursów Planete Doc Review oraz Krakowskiego Festiwalu Filmowego przygotowaliśmy 58-minutową wersję. Ten metraż daje nam także większą szansę na sprzedaż filmu do telewizji.
Skoro istnieją trzy wersje filmu, rozumiem, że trzykrotnie musieliście pracować nad tym samym materiałem wyjściowym. Czy dlatego zajęło wam to aż dwa lata?
Jacek Nagłowski: Zdjęcia trwały dwa miesiące. Po powrocie musieliśmy zrobić trailer filmu, żeby szukać źródeł dofinansowania, jeżdżąc na pitchingi na międzynarodowych festiwalach. Tam udało się pozyskać Al-Dżazirę. To był pierwszy krok.
Dostaliście jednak na "Gugarę" pieniądze z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.
Jacek Nagłowski: Teoretycznie - w porównaniu do budżetów innych filmów dokumentalnych - nie mamy co narzekać. Praktycznie jednak te pieniądze, które są w Polsce przyznawane na filmy dokumentalne, nie są w stanie ani sfinansować dwóch miesięcy zdjęć zagranicą, ani ośmiu miesięcy pracy nad montażem. Film był więc montowany u mnie w domu, na moim komputerze. Żeby pozwolić sobie na wynajęcie studia montażowego - musielibyśmy mieć dziesięciokrotnie wyższy budżet.
Zanim trafiliście na Syberię z kamerą, Andrzej trzykrotnie odwiedził już ten region. Co cię zafascynowało w tych ludziach?
Andrzej Dybczak: Od dawna miałem duża potrzebę, żeby się tam wybrać. Stało się to w pewnym momencie moim marzeniem, rodzajem obsesji. Pojechałem więc raz, drugi, trzeci...
Jacek, masz już w swoim filmowym dorobku fabularny film "Katatonia", jednak "Gugara" jest twoim dokumentalnym debiutem. Jak Andrzej namówił cię na wyjazd na Syberię?
Jacek Nagłowski: Właściwie decyzja o realizacji tego filmu zapada w ciągu jednej nocy w rodzinnym gronie. Gadaliśmy w czwórkę z naszymi żonami i od razu zaczęły rodzić się pomysły, jak to opowiedzieć. Widać było, że w tym projekcie tkwi niesamowity potencjał. Znaleźliśmy coś, co jest unikalne - ostatnią rodzinę, która jeszcze ma renifery. Był konflikt - ich syn, który jest postacią wyjątkową w tej wiosce - jest jedynym wykształconym Ewenkiem, żyjącym w wiosce. Konflikt był zupełnie absurdalny - syn chce za wszelką cenę utrzymać rodziców w tajdze. Wiedział, że w momencie, w którym wrócą oni do wioski - przepadną - rozpiją się i prawdopodobnie umrą. Już ta sytuacja wydawała się wystarczająco mocna by wygenerować cały zbiór innych, mniejszych sytuacji, które dadzą się opowiedzieć w filmie.
Opowiedzcie o bohaterach waszego dokumentu - Ewenkach. Pytam o to, gdyż w samej "Gugarze" na próżno szukać antropologicznej charakterystyki tej społeczności.
Andrzej Dybczak: To liczący 40 tysięcy osób naród, który rozrzucony jest po całej Syberii. To byli koczownicy, których głównym zadaniem było wypasanie reniferów i polowanie. W okresie Związku Radzieckiego to się oczywiście skończyło - zabrano im renifery, zabito szamanów, poddano represjom. Ostatecznie zagoniono wszystkich do kołchozów i zamieniono w robotników. Dość dramatyczna sytuacja... Ludzie zwracają nam jednak uwagę, że to analogiczna sytuacja do tej, która spotyka inne rdzenne społeczności: Indian, Eskimosów, Aborygenów.
"Gugara" jest dla mnie filmem o pewnym braku - sugeruje to już sam tytuł, oznaczający dźwięk dzwonków, zawieszonych na szyi renifera. W waszym filmie renifery pojawiają się tylko raz i to na ekranie telewizora, który ogląda rodzina głównego bohatera. To wymowna ilustracja tytułowej utraty.
Andrzej Dybczak: Chcieliśmy wypowiedzieć się w możliwie prawdziwy sposób. Odejść od stereotypowego postrzegania Syberii i rdzennych narodów syberyjskich w rodzaju: "dzicz, wyprawa w głuszę, prawdziwa przygoda, mężczyźni, tradycja, renifery, szamani". My nie spotkaliśmy żadnego prawdziwego szamana, choć przebierańców - owszem, podczas folklorystycznego festynu w Turze
"Gugara" sprawia wrażenie naturalnej, gdyż praktycznie żadna scena w filmie nie została zainscenizowana. Trochę to przypomina etnograficzna obserwację uczestniczącą.
Andrzej Dybczak: Tak naprawdę ten film powstał podczas montażu. Nie mieliśmy potrzeby nakłaniania naszych bohaterów do podgrywania czegokolwiek, po prostu filmowaliśmy te sytuacje, które nas interesowały. Natomiast opowiadanie historii - to już robiliśmy "na montażu".
To zupełnie inaczej, niż w przypadku fabuły.
Jacek Nagłowski: Wyniosłem trochę nieprzyjemne doświadczenie z pracy nad dokumentem. Będąc tam, weszliśmy w relację z tymi ludźmi, byli dla nas ważni. Natomiast na etapie montażu myśli się o filmie, o konstrukcji, o historii, o tym co i jak pokazujemy. Nagle okazuje się, że traktujemy ten materiał, i pewnym sensie również tych ludzi, nieco instrumentalnie. Oni są tylko nośnikami historii, którą chcemy opowiedzieć. Myślę, że to jest w ogóle problem filmu dokumentalnego. Ale mi się to osobiście nie podoba.
Rozumiem jednak, że niełatwo rozstać się wam z tym filmem po dwóch latach.
Jacek Nagłowski: Byliśmy kiedyś na montażu dźwięku i w pewnym momencie Andrzej powiedział: "Kurczę, Bosman [jeden z bohaterów filmu - przyp.red] nie żyje już od półtorej roku. Zdałem sobie wtedy sprawę, że opowiadamy o ludziach, którzy żyli. Śmierć Bosmana to nie jest element filmu, to się zdarzyło naprawdę. Nie wiem... ja się poczułem nieswojo. Tego typu problemy cały czas nam towarzyszą. Temat jest bowiem ciężki, to jest film o umieraniu.
Dziękuję za rozmowę.









