Reklama

Reklama

Zbigniew Buczkowski: Miałem dużo kolegów, z którymi spotykałem się "na mieście"

Pięćdziesiąt lat w zawodzie, czterdzieści w małżeństwie, dwoje dzieci, pięcioro wnucząt - to dla Zbigniewa Buczkowskiego, którego widzowie mogą oglądać w "Lombardzie. Życiu pod zastaw" oraz w "Barwach szczęścia", sukces.

Pięćdziesiąt lat w zawodzie, czterdzieści w małżeństwie, dwoje dzieci, pięcioro wnucząt - to dla Zbigniewa Buczkowskiego, którego widzowie mogą oglądać w "Lombardzie. Życiu pod zastaw" oraz w "Barwach szczęścia", sukces.
Zbigniew Buczkowski - spełniony aktor, szczęśliwy człowiek /Piotr Molecki /East News

Mam wrażenie, że pana pokolenie ma więcej pogody ducha, więcej luzu w sobie i bardziej potrafi cieszyć się życiem.

Zbigniew Buczkowski: - Nie wiem, czy tak jest, mogę mówić tylko za siebie. Staram się mieć tę pogodę ducha, cieszę życiem i staram się otaczać osobami, które, tak jak ja, patrzą na świat pozytywnie i z optymizmem. Unikam ludzi, którzy są wiecznie nieszczęśliwi, szczególnie, gdy nie mają powodów do narzekań.

Jaką receptę wystawiłaby pan młodym ludziom na byle jakość? Bo to chyba dziś największy problem młodych - brak pasji, obijanie się przed komputerem, telefonem, na kanapie w domu...

Reklama

- W ogóle nie mam wrażenia, że młodzi ludzie żyją "byle jak". Pamiętam, jak kilka lat temu byłem zaproszony na festiwal Jurka Owsiaka. Miałem spotkanie, na które przyszedł tłum młodych, ponad 5 tysięcy, ciekawych życia ludzi. Co więcej, uważam, że dzisiejsza młodzież ma bardzo sprecyzowane plany wcześniej, niż my mieliśmy, kiedy kończyliśmy liceum. Mało kto wiedział wtedy, co tak naprawdę chce robić. A teraz młodzi znają angielski, jeżdżą za granicę i często są sprytniejsi niż my w ich wieku.

Na wspomnienie tych wszystkich ról filmowych, które pan zagrał, kręci się panu łezka w oku?

- Wszystkich to może nie, bo było ich ponad 200. Więcej miał chyba tylko Leon Niemczyk, i tak szczerze, to nie wszystkie pamiętam. Na pewno z ogromnym sentymentem wspominam serial "Dom". Każdy odcinek "Domu", to właściwie był taki mały film fabularny. A druga moja ulubiona produkcja i rola, to Lucek w "Nocy świętego Mikołaja". Nakręcił to mój przyjaciel, Janusz Kondratiuk, a docenił sam mistrz Gustaw Holoubek, mówiąc mi po seansie w nieistniejącym już kinie Capitol, że to oscarowa rola.

Sądząc po pana dorobku filmowym był pan gościem w domu?

- I tak i nie, bo tam, gdzie mogłem jeździłem z moją rodziną - czasem była to tylko żona, czasem żona i dzieci. Ale mam świadomość, co zresztą mówiłem też w wywiadach, że "przeciągałem strunę" - zdarzało się, że bywałem gościem w domu z powodu zawodowych zobowiązań i dlatego, że miałem dużo kolegów, z którymi spotykałem się "na mieście". Na szczęście mam wspaniałą żonę, a powodzenie naszego małżeństwa to głównie jej zasługa. Często wyjeżdżałem na plan filmowy, ale po powrocie zawsze starałem się i dzieciom, i żonie wynagrodzić tę moją nieobecność. Uczyłem je wszystkiego, co sam potrafiłem robić najlepiej. Dzisiaj wiem, że nasze wysiłki nie poszły na marne. Córka jest magistrem ekonomii, syn prawnikiem. Każdemu facetowi życzę też, żeby spotkał taką kobietę jak moja Jola - mądrą i tolerancyjną. Moja żona tak naprawdę wychowała nasze dzieci i zrobiła to wspaniale!

***Zobacz także***

Czy to zawrotne tempo pracy nie sprawiało nigdy psikusów pana pamięci? Były jakieś wpadki na planach, zamiana ról, kwestii?

- Wiadomo, że są jakieś wpadki, bo nie ma takiego aktora, który nie ma wpadek. Jest też trema i to akurat jest dobre, bo myślę, że gdyby nie było tremy, to niejeden aktor mógłby się oszukać i mogłaby go zjeść rutyna. A tak to czuję nad sobą taki bicz boży: "Uważaj, bo może ci się noga poślizgnąć". W mojej książce "Pisz pan książkę" opisałem kilka zabawnych historii. Pamiętam, jak kręciliśmy teatr sensacji w reżyserii Piotra Szulkina. Przywożono nam wspaniałe zakąski z różnych dobrych restauracji. Mój kolega, Wiesiek Drzewicz rzucił żartem, żeby napić się wódeczki, skoro mamy takie pyszne zakąski. No i z jednej butelki zrobiła się druga, a że jeden z kolegów, o czym zapomnieliśmy, miał słabą głowę, zaczął coś bełkotać. I wtedy reżyser powiedział: "Bardzo dobrze, ale pan troszeczkę przesadza. Proszę już mówić normalnie". Ale większych wpadek z tego powodu nie było.

- Kiedyś w teatrze, w czasie przedstawienia, jedna z koleżanek miała wyjść na swoją kwestię. Stoję na scenie, czekam, nie wychodzi, więc zaczynam improwizować. Jej wciąż nie ma. Okazało się, że ona zasłabła, wzywano pogotowie, a na scenę do mnie wyszła inna koleżanka. Widzowie nie zauważyli. Taki luz kontrolowany w podejściu do sceny pomaga, kiedy się zapomni tekstu, na planie filmowym jest lepiej, bo dubel. W teatrze gorzej.

I gdzieś w tym zawodowym biegu poznał pan swoją żonę. Ten adres chyba na zawsze ma pan w sercu - Kawiarnia Mozaika. Wtedy złapał pan oddech, przewartościował to, co w życiu ważne?

- Zanim poznałem moją żonę, to już złapałem filmowego bakcyla na poważnie. Zagrałem wtedy już w "Dziewczynach do wzięcia", "Przepraszam, czy tu biją" i serialu "Dom". Nie myślałem o założeniu rodziny, tylko o kolejnych rolach. Ale, w tamtych czasach, jak ktoś miał 30 lat i nadal był tak zwanym singlem, to był mocno podejrzany. Dlatego, jak się okazało, że w Mozaice, oprócz mojej mamy i jej koleżanki, jest jeszcze piękna blondynka, czyli Jola, to sobie pomyślałem, wtedy że to jest ta kobieta, z którą mogę stworzyć rodzinę i mieć dzieci. Na szczęście nie musiałem niczego przewartościowywać, bo zawsze byłem rozsądny, a dzięki mojej żonie mogę spełniać swoje marzenia, także te zawodowe.

Beata Banasiewicz / AKPA

AKPA
Dowiedz się więcej na temat: Zbigniew Buczkowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL