Reklama

Reklama

Wszystkie mroczne filmy

Ma na koncie współpracę z tak uznanymi aktorami jak: Liam Neeson i Christina Ricci oraz multimedialną artystką Laurie Anderson, jednak twórczość mieszkającej w Nowym Jorku reżyserki Agnieszki Wójtowicz-Vosloo pozostaje w Polsce zupełnie nieznana. Kilkanaście dni temu artystka została jedną z laureatek pierwszej amerykańskiej edycji konkursu "Wybitny Polak za granicą".

W rozmowie z Tomaszem Bielenia reżyserka opowiedziała o tym, jak znalazła się w Stanach Zjednoczonych, dlaczego musiała zbierać śmieci, by nakręcić swój pierwszy studencki film oraz dlaczego jej pełnometrażowy debiut "After.Life" wcale nie jest - jak chciał recenzent opiniotwórczej gazety "Variety" - "ćwiczeniem z filmowego horroru".

Jak to się stało, że znalazłaś się w Ameryce?

Agnieszka Wójtowicz-Vosloo: - To trochę ironia losu, bo nigdy nie marzyłam o mieszkaniu w Ameryce. Dorastałam w latach 80., w kinach królowały filmy propagujące "american dream", ale ja nigdy nie lubiłam nawet języka angielskiego, za to kochałam francuski. Pamiętam, że strasznie broniłam się przed angielskim, twierdziłam, że do niczego nie będzie mi potrzebny, ale los tak zdecydował, że akurat w roku, kiedy skończyłam liceum, nie było naboru do łódzkiej "filmówki", gdzie chciałam studiować.

Reklama

- Zaczęłam więc studia na wydziale dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, z planami, że do Łodzi będę zdawać po dyplomie. W międzyczasie spotkałam mojego obecnego męża. Paul jest Anglikiem, poznaliśmy się w Warszawie w Pałacu Kultury i Nauki i wtedy znajomość angielskiego okazała się niezwykle przydatna (śmiech). To była miłość od pierwszego wejrzenia, w ciągu sześciu miesięcy byliśmy małżeństwem, a ja nie wróciłam już na drugi rok studiów. Wyjechaliśmy do Hongkongu, dużo podróżowaliśmy po Azji, to był cudowny czas w naszym życiu. Kiedy wróciliśmy do Anglii, poczułam, że nadszedł czas, że chcę wrócić na studia. Złożyłam papiery na wydział reżyserii Uniwersytetu Nowojorskiego i Columbia University. Dostałam się na obie uczelnie, ale Columbia nie dała mi pełnego stypendium pokrywającego koszty nauki, które zapewnił mi Uniwersytet Nowojorski, więc tam ostatecznie się znalazłam. Przekonałam Paula, że chciałabym tam pojechać do szkoły i się udało.

Cały czas mieszkasz w Nowym Jorku?

- Tak. Kocham energię która jest w Nowym Jorku, ale ostatnio coraz częściej jestem w Los Angeles. Myślimy też o przeprowadzce na zachodnie wybrzeże.

Przyjeżdżasz do Nowego Jorku, idziesz do szkoły, robisz pierwszy film... Brzmi dokładnie, jak urzeczywistnienie "american dream".

- Wiem, że brzmi to bajkowo, ale kryje się za tym bardzo dużo pracy. To wszystko nie przyszło tak łatwo. Pierwszy festiwal, na jaki wysłałam mój krótkometrażowy film "Pâté", to było Sundance. Od zakończenia zdjęć do ostatecznego terminu nadsyłania filmów na festiwal było bardzo niewiele czasu. Musiałam zmontować film w ciągu dwóch dni. Pamiętam, że kurier, który przyszedł odebrać płytę z filmem musiał czekać, bo ona dopiero się nagrywała.

- "Pâté" to opowieść o arystokratycznej rodzinie, która przetrwała apokalipsę i nadal próbuje żyć tak, jakby nic się nie stało, mimo że ich dieta jest ograniczona do karaluchów, spożywanych na starej, rodowej porcelanie, a na świecie istnieje tylko jeden mężczyzna. Cały czas matka stara się zachowywać pozory dawnej świetności, choć we wszystkich z nas tkwią pierwotne instynkty, które ujawniają się w takich sytuacjach z ogromną siłą. Widać je w filmie właśnie w relacji matki z córką.

- Film jest bogaty wizualnie, wręcz eklektyczny, historia miała w sobie tak dużo symbolizmu, że zdecydowałam się nieco przekształcić rzeczywistość, żeby spojrzeć na nią z dystansu. Krytycy pisali, że to nowoczesna baśń braci Grimm. Mimo iż nie posiadałam budżetu, scenografia była niesamowicie ważna. Musiałam w jakiś sposób stworzyć świat po apokalipsie. Miesiącami na ulicach zbierałam stare meble, czy różne dziwne przedmioty, które nowojorczycy wyrzucają na śmieci i z nich budowałam scenografię. Chodziłam też do wszystkich sklepów i błagałam o świeczki, które w Nowym Yorku są bardzo drogie, a miałam ich ponad tysiąc na planie. Dodatkowo zdecydowałam, że nie chce elektronicznej muzyki, ale ścieżkę dźwiękową nagraną przez prawdziwą orkiestrę. Wszyscy myśleli że oszalałam, a ja po prostu starałam się zrealizować swoją wizję.

Bardzo ambitny projekt jak na pierwszy film...

- Lubię wyzwania i bardzo ich potrzebuję. Choć zauważyłam też, że czasami tymi wyzwaniami bardzo utrudniam sobie życie (śmiech). Ale bez pasji nie potrafiłabym nic zrobić. Nie lubię artystycznych kompromisów, ani też nie potrafię iść na łatwiznę. Projekt był na tyle ambitny, że profesorowie zabronili mi w ogóle zrobienia tego filmu, twierdząc że on nigdy nie wyjdzie. Jednak historia, którą chciałam opowiedzieć, była dla mnie bardzo ważna i... udało się. Film miał premierę na festiwalu Sundance, zdobył kilkanaście nagród i otworzył mi drogę do Hollywood. Bez niego nie byłabym tu, gdzie teraz jestem.

Zobacz zwiastun filmu "Pâté":


To trochę zaskakujące, że taki film robi się na pierwszym roku studiów...

- Nie, nie robi. Ja nigdy wcześniej nie robiłam filmów, pierwszy raz pracowałam na taśmie 35 mm, z kolorem i dźwiękiem, nie mówiąc już o dzieciach i karaluchach na planie. Takich produkcji nie realizuje się na pierwszym roku studiów, dlatego profesorowie radzili mi, żebym zrobiła coś łatwiejszego. Nieco ironiczne było też to, że kiedy film w końcu powstał, ci sami profesorowie przyznali mi za niego prestiżową nagrodę Wassermana. Jej poprzednimi laureatami byli m.in. Martin Scorsese, Ang Lee, Spike Lee i Oliver Stone.

Bardzo interesuje mnie to, co zrobiłaś dwa lata później we współpracy z multimedialną artystką Laurie Anderson i choreografką Trishą Brown.

- Laurie Anderson obejrzała "Pâté" na którymś z festiwali, bo był pokazywany niemal wszędzie. Film bardzo się jej spodobał. Kiedy skontaktowała się ze mną przez mojego agenta, okazało się, że jesteśmy sąsiadkami. Laurie zaczynała wtedy pracę nad projektem, w którym miały wziąć udział trzy kobiety.

Projekt "O Composite", którego premiera odbyła się w paryskiej Operze Garnier, powstał w oparciu o wiersz Czesłewa Miłosza "Oda do ptaka".

- Pomysł polegał na tym, żeby znaleźć wiersz napisany w języku polskim, który zainspirowałby choreografię Trishy i muzykę Laurie. Początkowo ja bardzo chciałam zrobić coś z Herberta. Zaczęłyśmy rozmawiać. W Nowym Jorku jest takie fantastyczne miejsce, Poets House w Soho, stary loft pełen półek z książkami, tylko z poezją z całego świata. Poszłyśmy tam z Laurie, zaczęłyśmy wyciągać książki. Oczywiście znalazłam wśród nich tomiki Wisławy Szymborskiej, Zbigniewa Herberta, Czesława Miłosza, czytałam je i ona w pewnym momencie powiedziała: "To jest to!". Dalej spędziłyśmy kilka dni w jej studiu na nagraniach. Laurie poprosiła mnie o przeczytanie tekstu na wiele różnych sposobów i stworzyła potem muzykę do rytmu słów. Tych interpretacji było bardzo wiele, żadna z nich nie przypominała klasycznej recytacji, chodziło nam o stworzenie zupełnie nowej jakości.

- Kiedy muzyka wraz z recytacją była gotowa, nakręciłam film, który stał się częścią tego multimedialnego przedstawienia, a Trisha umieściła zaś klasyczne baleriny w choreografii tańca nowoczesnego. Każda forma została więc w pewien sposób przełamana. To była świetna współpraca i do tej pory się przyjaźnimy (posłuchaj jak Agnieszka Wójtowicz-Vosloo recytuje wiersz Czesława Miłosza).

W 2005 roku zaczęłaś pisać scenariusz pełnometrażowego debiutu "After.Life" z Liamem Neesonem. Słyszałem, że początkowo Alfred Molina miał zagrać główną rolę.

- Przypomniałeś mi o tym, bo było jeszcze kilku innych aktorów, którzy byli zainteresowani rolą Eliota, ale prasa o tym nie wiedziała. Alfred Molina był rzeczywiście jednym z tych, z którymi się spotkałam. To cudowny człowiek. Był jeszcze Ed Harris, Tim Robbins, Geoffrey Rush... Wszyscy znakomici. Ale moim marzeniem był zawsze Liam Neeson.

- Bardzo rzadko zdarza się, że debiutant w ogóle może wybierać aktora, zwłaszcza z tak wybitnej grupy. Liam był wtedy zajęty na planie innej produkcji, nie miał czasu na przeczytanie scenariusza, ja jednak cały czas czekałam. Wierzyłam, że jak przeczyta, będzie chciał wziąć udział w filmie. Oczywiście to było bardzo ryzykowne, bo on mógł wcale się tym nie zainteresować, a każdy z aktorów, z którymi się wcześniej spotkałam, już byłby zajęty i nic by z tego nie wyszło... Udało się jednak.

Recenzent "Variety" nazwał "After.Life" "eleganckim ćwiczeniem z filmowego horroru".

- Nie lubię niczego szufladkować, ale w Hollywood to nieuniknione. Myślę, że w tym filmie najmniej jest z gatunkowej tradycji horroru, ale "After.Life" jednocześnie bardzo łatwo jest podpisać etykietką "horror", bo sam temat filmu jest dość mroczny. Dla mnie to był zawsze film bardziej psychologiczny. Oczywiście producentom zależało, żeby pierwiastek horroru był w filmie jak najbardziej widoczny, a ja mam tendencję do przełamywania gatunkowych konwencji. Jest wiele osób, którym to bardzo się podoba, inni chcą mnie za to niemal ukrzyżować, bo nie każdy lubi na przykład otwarte zakończenie, woli, żeby wszystko było ładnie, prosto zamknięte.

- W "After.Life" kwestionuję wszystko to, co oczywiste. Zadaję pytanie o sens życia, o istotę życia. Zastanawiam się czy życie ogranicza się do fizycznego aspektu naszego bytu, czy jest czymś więcej. Zadaję tak dużo pytań, ale uważam, że wprowadzanie jednoznacznego zakończenia filmu nie byłoby na nie odpowiedzią. Chciałam raczej sprowokować widza do zastanowienia się samemu nad odpowiedziami. Stąd otwarte zakończenie, pozostawiające miejsce do interpretacji.

Zobacz zwiastun filmu "After.Life":


Liam Neeson powiedział w jednym z wywiadów, że przypominasz mu Kathryn Bigelow. Zastanawiam się, na jakim kinie się wychowałaś?

- Twórców, którzy mnie inspirują, jest tak wielu... Wychowałam się na polskim teatrze i myślę, że w nim wszystko miało swój początek. Przyznam się, że ja wcale od dzieciństwa nie marzyłam, aby być reżyserem. Chciałam zostać neurochirurgiem albo dyrygentem, ale nie miałam żadnych uzdolnień do przedmiotów ścisłych, nie mówiąc już o muzyce (śmiech). Zawsze jednak kochałam sztukę. Wiedziałam że w jakiś sposób będę z nią związana. Reżyseria jest dla mnie połączeniem tych wszystkich dziedzin, które mnie fascynują.

- Pamiętam, że kiedy mama nie wiedziała, gdzie jestem, mogła być pewna, że znajdzie mnie w teatrze. Nigdy nie zapomnę Warszawskich Spotkań Teatralnych, na które czekałam cały rok, spektakli Krystiana Lupy, które religijnie oglądałam trzy razy w tygodniu. Bardzo dużo przebywałam także w Iluzjonie, wychowałam się na europejskim kinie. Filmy amerykańskie poznałam dogłębnie dopiero w szkole w Stanach. Nie mam jednak jednego ulubionego reżysera, bardzo emocjonalnie podchodzę do filmów. Cenię wielu twórców, od Kieślowskiego, Hitchcocka, Felliniego, Tarkowskiego i Viscontiego, przez Cronenberga, Almodovara, Davida Finchera, Tima Burtona, Braci Coen do Ridleya Scotta, Kubricka i Polańskiego. Chcę jednak robić własne kino.

Między twoim krótkometrażowym debiutem "Pâté" (2002), a premierą pierwszego pełnometrażowego filmu "After.Life" (2009) minęło 7 lat. Kiedy możemy spodziewać się kolejnego filmu?

- Robienie filmów jest raczej życiowym maratonem, niż sprintem. "Pâté" zrobiłam na pierwszym roku, a "After.Life" zaczęłam kręcić w końcu 2008 roku, czyli trzy lata po ukończeniu studiów W międzyczasie pracowałam, robiąc reklamówki dla firmy Ridleya Scotta. Jeżeli chodzi o nowe projekty, to jeszcze jest trochę za wcześnie, żeby wszystko zdradzać. Po amerykańskiej premierze kinowej "After.Life" w 2010 roku dostałam dużo ofert i wybrałam z nich kilka projektów, nad którymi obecnie pracuję. Są one w różnej fazie.

- Jeden z nich to adaptacja dość prestiżowej książki science-fiction dla Paramount. To olbrzymi projekt, który na pewno nie będzie moim następnym filmem, bo dopiero w styczniu zabrałam się za pisanie scenariusza. Z kolei do innego projektu, opartego na prawdziwej historii, producenci mają już gotowy scenariusz i niedługo zaczniemy robić obsadę. To, który projekt będzie moim następnym filmem, w dużym stopniu zależy od terminów aktorskich. Jedno jest pewne, kolejny film będzie oparty na tekście kogoś innego, z czego bardzo się cieszę, bo to kolejny krok w mojej karierze.

Jest jakiś aktor, z którym chciałabyś pracować szczególnie?

- Jack Nicholson.

Masz już dla niego rolę?

- Znajdę (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje