Reklama

Wpaść na dzień do Tomaszowa

Cezary Pazura świętował niedawno 25-lecie pracy artystycznej. - Najbardziej żałowałem "Kilera", bo ten film osiągnął wielki sukces a ja nawet nie miałem czasu się tym nacieszyć. Zaproszono mnie nawet do mojego Tomaszowa, ale nie pojechałem, bo pracowałem - wspomina aktor.

Pamięta pan, jak postanowił zostać aktorem?

Reklama

Cezary Pazura: - Kiedyś bycie aktorem to było absolutnie nieosiągalne marzenie. Teraz ludzi do filmu zupełnie inaczej się rekrutuje. Są różne programy wyszukujące talenty. Młodzież ma większą możliwość zaistnienia. A za moich czasów aktor to był ten pan z telewizji, którego wszyscy znają. To było coś niewyobrażalnego.

Jednak panu się udało.

- Zawsze lubiłem występować. Prowadziłem wszystkie akademie szkolne i apele. U nas w Niewiadowie mówili, że nadaję się na aktora. W liceum dostaliśmy przewodniki po wyższych uczelniach no i otworzyłem sobie na stronie PWSFTviT - szkoły filmowej w Łodzi. Tam było napisane jak wyglądają egzaminy, co trzeba zrobić. Wcześniej brałem udział w wielu konkursach recytatorskich, więc miałem wprawę.

Postanowił pan zdawać?

- Tak. Pojechałem na egzamin i pamiętam, że wyglądałem inaczej niż wszyscy. Rodzice kazali mi się ładnie ubrać. Pojechałem w garniturze ze studniówki. A tam wszyscy chłopcy wyglądali, jakoś tak dorośle. Byli nieogoleni, mieli niskie głosy... Bardzo mi imponowali. I pomyślałem, że pewnie nie pójdzie mi dobrze na tych egzaminach.

Zdał pan?

- Nie. Przeszedłem wszystkie etapy, ale jak ogłosili listę przyjętych osób, to byłem drugi pod kreską. Ostatni był Zamachowski, to pamiętam jak dziś. Mi zabrakło punktów za pochodzenie. Wtedy także to oceniano. Byłem z rodziny inteligencko-robotniczej, bo mój tata jest nauczycielem. Jak odbierałem dokumenty, to pani w sekretariacie powiedziała, że oblałem z rytmiki. Wiedziałem, że to jest niemożliwe, bo skończyłem szkołę muzyczną i rytmika była dla mnie najprostsza. Rozczarowałem się bardzo, to mi podcięło skrzydła.

I spróbował pan za rok?

- Tak. Ale wcale mi się już nie chciało. Żeby nie iść do wojska, poszedłem do szkoły gastronomicznej i za rok byłem na praktykach w Podklasztorzu koło Sulejowa. Były mistrzostwa świata w piłce nożnej, oglądałem telewizję, było lato, zarabiałem pieniądze i wcale nie myślałem o zdawaniu. Ale mój ojciec wcześniej zawiózł dokumenty do szkoły w Łodzi, koledzy wsadzili mnie siłą do autobusu i kazali jechać. A dzień wcześniej był mecz Polska-Belgia i Zbigniew Boniek strzelił trzy bramki, strasznie darliśmy się z kolegami i straciłem głos. Ale poszedłem na te egzaminy, chociaż byłem przekonany, że nie mam żadnych szans.

Tym razem się udało?

- Tak, ale wcale nie było łatwo. Jak wszedłem na te egzaminy z tym zachrypniętym głosem, to się Jan Machulski zapytał, co mi się stało. Powiedziałem, że był wczoraj mecz i trochę sobie krzyknąłem no i mi podziękowali. Nawet nie powiedziałem żadnego tekstu. Więc ustawiłem się w kolejce po dokumenty i już chciałem wracać. A tu się okazało, że pamiętali mnie z zeszłego roku i przepuścili do następnego etapu. Bardzo ładnie się zachowali. Ten drugi etap był dopiero za tydzień, więc już wtedy powalczyłem. Ale znów byłem drugi pod kreską, bo miałem mało punktów za pochodzenie. Ale, że razem ze Zbyszkiem Suszyńskim, mieliśmy tyle samo punktów, co ostatnia osoba na liście, to poszliśmy do dziekana i napisaliśmy podanie z prośbą o warunkowe przyjęcie. Rektor się zgodził, ale postawił warunek, że po roku musi dwóch odpaść. No i przez cały rok bardzo się nam przyglądali, ale okazało się, że później to nie nas wyrzucili.

No i studiował pan już ze spokojem...

- Nie do końca. Na trzecim roku rodzice powiedzieli, że nie dadzą rady mi już pomagać finansowo, bo mieliśmy w domu bardzo ciężką sytuację. Musiałem zacząć pracować. Dorabiałem, jako kelner na weselach, prawie nie spałem. Pamiętam wtedy, jak przyjechał do nas Adam Hanuszkiewicz obsadzać spektakl "Maria i Woyzeck" według Buchnera. Każdemu z nas dawał zadania aktorskie i teksty, a jak ktoś nie miał tekstu, to wydzierał z książki całą stronę i nam dawał. Zapytałem się, dlaczego on tak niszczy tę książkę, a on odpowiedział, że to jest jego książka i on z nią tak pracuje. Żeby ta książka mogła być pokazana na scenie, to można ją podrzeć, natomiast darcie książek w innym wypadku jest niedozwolone. Tak wyglądał casting u Hanuszkiewicza.

Dostał pan tę rolę?

- Hanuszkiewicz miał już w głowie swoją obsadę, ale w związku z tym, że nas nie znał, a my się znaliśmy nawzajem, kazał nam też na kartkach napisać swoją wizję obsady. Okazało się, że sprawdziło się w ponad 90 proc. Można powiedzieć, że wygrałem ten casting i zagrałem tam wiodącą rolę. Teraz, gdy Adam Hanuszkiewicz odszedł, pomyślałem sobie, że zrobił dla mnie więcej niż cztery lata studiów. Dał mi wiarę w siebie. "Pazura! Ciebie wybrał Hanuszkiewicz!". Zawsze mi brakowało pewności siebie, nie umiałem nigdy przepychać się łokciami.

A mimo wszystko zrobił pan wielką karierę...

- Ale na początku byłem aktorem epizodycznym. Był taki festiwal w Gdyni, na którym prezentowano kilkanaście filmów, w których zagrałem epizody. Wychodziłem tylko na scenę, co chwilę i się kłaniałem. Dobrze się czułem jako taki aktor. Mało się zarabiało pieniędzy w ten sposób, ale jakoś szło.

"Kroll" był początkiem sukcesu?

- "Kroll" to był początek mojego życia w filmie fabularnym. Wtedy na koncie miałem tylko "Pogranicze w ogniu", w którym zresztą przeszedłem wszystko, bo kręciliśmy to chyba z pięć lat. Ten serial był kręcony na taśmie światłoczułej. To był jakiś rekord świata. A potem nagle przyszedł taki okres, że robiłem kilka filmów w jeden rok. Był taki czas w latach 90. kiedy co tydzień miałem premierę jakiegoś filmu. Wychodziłem tylko na scenę i się kłaniałem.

To był złoty okres. Jak się pan wtedy czuł?

- Cieszyłem się, ponieważ brałem udział w odrodzeniu polskiego kina. Do "Krolla" ludzie w ogóle nie chodzili na polskie filmy. A potem nagle szturmem ruszyli do kin, bo widzieli tam ludzi z krwi i kości. Władek Pasikowski wspiął się wtedy na wyżyny. Te postaci były świetnie wymyślone, skrojone na miarę. "Kroll" był naprawdę dobry. Pamiętam, że nie mieliśmy pieniędzy na zakończenie tego filmu i musieliśmy prosić o fundusze na napisy.

Po "Krollu" pańska kariera bardzo się rozwinęła. Czuł się pan wtedy spełniony, szczęśliwy?

- W pewnym sensie tak. Pamiętam, że najbardziej żałowałem "Kilera", bo ten film osiągnął wielki sukces a ja nawet nie miałem czasu się tym nacieszyć. Zaproszono mnie nawet do Tomaszowa, do mojego Tomaszowa, w którym się wychowałem. Miałem tam przyjść, ukłonić się po projekcji, a nie pojechałem, bo pracowałem. W tym kinie w Tomaszowie, do którego mnie zaproszono, spędziłem pół życia. Brałem udział w akademiach, w konkursach i nagle nie przyjechałem tam na premierę filmu. Mama dzwoniła i mówiła, że wszyscy żałowali, a podobno były dzikie tłumy. Potem pomyślałem, że mogłem to wszystko rzucić i przyjechać do mojego Tomaszowa.

Podejrzewam, że nie tylko w Tomaszowie Mazowieckim na pokazy pańskich filmów i występy przychodziły tłumy...

- Gdy zacząłem wtedy swoje recitale estradowe, to zaproponowano mi występ w kinie w Jastarni. Stało tam około 2 tys. ludzi. Nie mogłem wejść na swój występ. Wtedy zdałem sobie sprawę, że to już nie są żarty. Czułem się niemalże jak "Bitels". Ale co z tego, skoro występ kończył się późno, a ja szedłem spać, bo trzeba było rano wstać i jechać dalej. Czasem jest tak, że artysta nie może skonsumować sukcesu i nawet nie zdaje sobie z niego sprawy. Poza tym wtedy to było bardzo męczące, ponieważ wszyscy mnie zaczepiali. Nie mogłem spokojnie przejść przez ulicę. Teraz jest już inaczej.

Nie tylko w Polsce był pan znany. Jeździł pan też za granicę...

- Tak. W połowie lat 90. zagrałem w niemieckim filmie "Aniołek". Grałem tam główną rolę u boku Susanne Lothar. Ten film dostał chyba 14 nagród na festiwalach na świecie. W Kairze, Hong-Kongu, San Sebastian, gdzieś w Japonii i na wielu europejskich festiwalach. Do dziś mam bilety lotnicze na te wszystkie festiwale. Dostawałem te bilety, ale nie było mnie stać na to, żeby jechać. Żyłem za to, co zarobiłem i trzeba było dalej grać, żeby żyć. Wstydziłem się jechać za granicę, bo nie miałbym się z czego tam utrzymać. Zostałem wtedy sam z małym dzieckiem. Nie miałem jak jechać. To były inne czasy.

Na żaden festiwal pan wtedy nie poleciał?

- Poleciałem do Ameryki. Wyrobiłem wtedy pierwszą kartę kredytową, ponieważ trzeba było wpłacić tysiąc dolarów. Dali mi wtedy limuzynę z kierowcą, a ja miałem gorszy garnitur od niego. To był ten sam garnitur ze studniówki. Nawet telewizor miałem w tym samochodzie, ale siedziałem koło kierowcy, bo mi jakoś raźniej było. Gdzie będę tam sam z tyłu siedział? Pamiętam, jak wiozłem tą limuzyną zupę pomidorową, którą dostałem od Polaków, żebym nie głodował w hotelu. Dostałem jakiś wielki apartament z oddzielną windą, sypialnią, kuchnią, gdzie zobaczyłem po raz pierwszy mikrofalę, ale nie miałem co jeść. No i pojechałem do polskiej dzielnicy do stołówki i dali mi pomidorową, schabowego, bigos, pierogi. Wiozłem to tą limuzyną. Tam nikt nie miał pojęcia, że przyjeżdża wielki aktor z Polski i nie ma nawet na popcorn w kinie. Jakiś absurd. Ale takie były czasy. Teraz to się śmiesznie wspomina, ale naprawdę czułem się z tym źle.

Ale już pod koniec lat 90. zmieniły się zarobki. Życie nabrało wtedy koloru?

- Tak. Jak miałem 33 lata, to kupiłem sobie pierwsze mieszkanie na Pradze. Potem grałem w "13 posterunku" i pierwszy raz dostałem pieniądze, które mogłem odłożyć. Do tej pory przejadałem je na bieżąco. Miałem małe dziecko, które sam wychowywałem, różne koleje życiowe i cały czas byłem w pracy. Trzeba było płacić rachunki.

Więc można powiedzieć, że "13 posterunek" bardzo panu pomógł. Jak pan wspomina ten projekt?

- Nikt nigdy żadnym wydarzeniem nie odniósł takiego komercyjnego sukcesu, jak "13 posterunek". Mam wycięte z gazety tamtejsze wyniki oglądalności. Ten serial wygrywał ze wszystkim. Z wiadomościami, z programami publicystycznymi. To był nasz serial, nasz format. Odnieśliśmy wielki sukces.

Przyszedł kiedyś moment, w którym zrozumiał pan, że teraz trzeba grać poważne role?

- Na pewno rola w "Oficerach" to było coś innego. Maciej Dejczer jest bardzo dobrym reżyserem, który widzi aktora. Żaden reżyser nie dawał mi możliwości zagrania czegoś innego. No może kiedyś Waldek Krzystek, u którego zagrałem w filmie "Polska śmierć". Ale jakoś nie potrzebowałem nigdy grać bardzo poważnych ról. Mam taki temperament i już.

Rozmawiała: Dominika Gwit

- - - - - - - - - - - - -

Cezary Pazura ukończył studia na Wydziale Aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. Jest jednym z najpopularniejszych i najbardziej lubianych polskich aktorów i twórcą autorskiego kabaretu. Zagrał w ponad 55 filmach produkcji polskiej, austriackiej, niemieckiej. Cezary Pazura to wielokrotny laureat Złotej Kaczki. W 1991 i 1996 roku otrzymał Złote Lwy Gdańskie. Rola w filmie "Psy 2. Ostatnia krew" przyniosła mu nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu Filmów w Valenciennes. Grał m.in.: u Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Kieślowskiego, Juliusza Machulskiego, Władysława Pasikowskiego. Komedia gangsterska "Weekend", która w 2011 roku weszła na ekrany kin, jest jego debiutem reżyserskim, wyprodukowanym przez założoną przez Cezarego Pazurę firmę producencką Cezar 10. Ma 49 lat.

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Cezary Pazura

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje