Reklama

"Waszyngton. Wojna i pokój": Nowy serial na kanale HISTORY. "Przykład dla wszystkich kolejnych prezydentów"

Prawdziwi liderzy wykuwają się w trudnych czasach?

Reklama

- Tak, ale kryzys sprzyja też wzmocnieniu władzy rozmaitych tyranów i dyktatorów, choćby dlatego, że łatwo go wykorzystać jako pretekst dla nowych, drakońskich regulacji. Jak pani zauważyła, obserwujemy to dziś w rozmaitych zakątkach świata. Ale choć dyktatorzy zyskują większą władzę to, jak pokazuje historia, obywatele tracą dla nich następnie szacunek. Moment weryfikacji takiego autorytarnego mandatu przez społeczeństwo może być odsunięty w czasie, ale pewny.

Skala obecnego kryzysu wydaje się być bezprecedensowa. Czy wydaje się pani, że wspomniany wyżej proces weryfikacji mandatu władzy już ruszył?

- Trudno powiedzieć, bo typy przywództwa się diametralnie różnią w zależności od kraju. Media koncentrują się na sensacyjnych newsach i lokalnych statystykach, a mi brakuje przekrojowej analizy różnych strategii, popartej informacjami na temat charakterystyki danego państwa i wpływających na walkę z pandemią czynników. Chciałabym, by w Amerykańskiej telewizji więcej mówiono nie tylko o kolejnych dziwactwach Donalda Trumpa ale też o tym, dlaczego Nowa Zelandia poradziła sobie tak dobrze z pandemią i dlaczego Szwecja podjęła takie, a nie inne decyzje. I jak można odnieść to do sytuacji w USA. Niektóre kraje reagowały na kryzys szybciej, inne wolniej. W niektórych testuje się na dużą skalę i bardzo szybko wykrywa miejsca kontaktu z chorobą, w innych testów są śladowe ilości. Niektóre kraje przeprowadzają restart ekonomii bezpieczniej niż inne... Kiedy uda nam się przez to już przejść, interesującym będzie patrzenie na różne scenariusze powrotu do normalności. Dopiero odmrażanie będzie prawdziwym testem obywatelskim. Oczywiście liczę na to, że wkrótce zostanie wynaleziona szczepionka i będziemy mogli to porównanie przeprowadzić dość szybko. Ono nam bardzo wiele powie na temat przywództwa.

W serialu nie wspomina się wprost o Donaldzie Trumpie i jego administracji. Ale echo historii jest bardzo sugestywne, szczególnie, gdy pomyślimy o uwagach, które zawarł Waszyngton w swojej mowie pożegnalnej. Co z pani perspektywy łączy przełom wieków XIX. I XX z naszym tu i teraz?

- Wspomniana przez panią mowa pożegnalna czyni całą historię Waszyngtona niezwykle współczesną. Jej waga symboliczna jest nie do przecenienia. Proszę pamiętać, że list "do przyjaciół i obywateli" z 1796 roku rokrocznie czyta się w amerykańskim Senacie, ta tradycja trwa od 1862 r. Waszyngton jako prezydent cieszył się tym, że na jego oczach powstaje nowe państwo. Dopiero w połowie jego kadencji zaczęły formować się partie polityczne. Było oczywiste, że ludzie o różniących się poglądach będą chcieli mieć swoje stronnictwa, ale on nie chciał, żeby polityczna afiliacja dzieliła obywateli i sprowadzała się do dyskusji, która część kraju jest lepsza. W swojej mowie ostrzegał przed destrukcyjną siłą geograficznego partykularyzmu i politycznego frakcjonowania. Według niego otwierało to pole do ingerencji obcych mocarstw w sprawy wewnętrzne narodu i zagrażało stabilności kraju. Otwarcie wzywał Amerykanów do podporządkowania swoich partykularnych zazdrostek wspólnemu narodowemu interesowi. To bardzo aktualne postulaty. Stronniczość jest wciąż realnym problemem. Ale być może jeszcze bardziej niebezpieczne jest to, co obserwujemy zarówno w tym kraju, jak i w innych, czyli intensyfikacja animozji pomiędzy partiami i frakcjami politycznymi. Przed tym samym ostrzegał Roosevelt: jeśli zaczniemy postrzegać daną grupę krajan jako Obcych, Innych, a nie równorzędnych obywateli twojego kraju, to otwieramy pole do porażki całej demokracji.

Dowiedz się więcej na temat: Waszyngton | History

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje