Reklama

"Waszyngton. Wojna i pokój": Nowy serial na kanale HISTORY. "Przykład dla wszystkich kolejnych prezydentów"

Superprodukcja "Waszyngton. Wojna i pokój" to fabularyzowana historia niezwykłego życia Jerzego Waszyngtona. Trudno w to uwierzyć, ale w pewnym momencie, będąc u szczytu jako zwycięski generał, był on o krok od porzucenia świata polityki. Jednak zamiast zostać farmerem, wrócił do służby krajowi, gdy ten stanął przed wielkim kryzysem i dziś uznawany jest za twórcę najpotężniejszej demokracji w historii. Serial od 3 lipca można oglądać na kanale HISTORY.

Jedną z ekspertek, wypowiadających się na ekranie obok m.in. Billa Clintona i Colina Powella jest Doris Kearns Goodwin, czołowa ekspertka w temacie przywództwa i władzy, która od ponad pół wieku obserwuje amerykańską politykę z pierwszego rzędu. W serialu HISTORY laureatka Pulitzera debiutuje w roli producentki.

Reklama

Doktorat na Uniwersytecie Harvarda kończyła w czasach, gdy dla statystycznej Amerykanki ten poziom edukacji był niemal nieosiągalny. Za książkę o Eleanor i Franklinie Rooseveltach otrzymała w 1995 roku nagrodę Pulitzera, jest też autorką świetnie przyjętych biografii Williama Tafta czy Lyndona B. Johnsona, w którego administracji rozpoczynała zresztą karierę. Na podstawie napisanej przez nią biografii prezydenta Lincolna Steven Spielberg tworzył scenariusz swojego oscarowego filmu.  

- W kryzysie władza dyktatorów się umacnia. Ale, jak pokazuje historia, obywatele tracą dla nich następnie szacunek. Moment weryfikacji autorytarnego mandatu przez społeczeństwo jest pewny - mówi Goodwin.

"Waszyngton: wojna i pokój" już od piątku do niedzieli o 20:00 od 3 do 5 lipca na HISTORY.

Z Doris Kearns Goodwin rozmawia Anna Tatarska.

Anna Tatarska: Jerzy Waszyngton uznawany jest za ojca narodu amerykańskiego. Aż dziwne, że pani, autorka biografii najbardziej wpływowych amerykańskich prezydentów, zajęła się nim dopiero teraz. Dlaczego?

Doris Kearns Goodwin: - Wśród dotychczas urzędujących amerykańskich prezydentów można wyróżnić tych, którzy wyjątkowo znacząco zapisali się na kartach historii. Na przestrzeni swojej kariery pisałam już o laureacie Pokojowej Nagrody Nobla Teodorze Roosevelcie, o Johnie F. Kennedym i Lyndonie B. Johnsonie, którzy doprowadzili do przyjęcia ustawy o prawach obywatelskich w 1964 roku. Waszyngton bez wątpienia jest w tej grupie i zawsze chciałam mu poświęcić książkę. Nigdy się jednak tak nie układało, a potem byłam przekonana, że, biorąc pod uwagę mój wiek, nie zostało mi wystarczająco dużo czasu, by napisać o nim należycie wnikliwie. Z pomocą przyszła, o wiele szybsza w realizacji, formuła miniserialu.

Co fascynuje panią w nim jako liderze?

- Po pierwsze nigdy nie zamknął się na rozwój. Na wczesnym etapie życia popełnił wiele błędów, doświadczył wielu strat. Ale potrafił przyznać się do błędu i wyciągnąć wnioski. Po drugie, potrafił otoczyć się doradcami, którzy nie byli ledwie grupą przyklaskują cech mu klakierów, a mogli go kontrować, wyrażać opozycyjne głosy. On ich słuchał i wciągał z tych starć wnioski. Mam wrażenie, że dla wielu mężczyzn ambicja potrafi być czynnikiem destrukcyjnym, a jemu udało się pokonać frustrację. Wraz z rozwojem politycznej kariery dojrzał, dorósł do miana lidera i stał się przykładem dla wszystkich kolejnych prezydentów.

Kiedy w wywiadach mówi pani o Waszyngtonie, często kładzie nacisk na kwestię mocnego przywództwa. Jest ono szczególnie trudne w kryzysie.

- W kryzysie ludzie mocniej niż zwykle pragną uwspólnotowienia. Chcą poczuć, że wspólnie pracujemy na jakiś większy cel. Statystycznie na to patrząc, w trudnym czasie wyjątkowo mocno łakniemy mocnego przywództwa. Ludzie chcą na liderze złożyć choć część trosk, jakie przynosi im ten trudny czas. Kryzys otwiera możliwości przed tymi, którzy mają w sobie potencjał i weryfikuje przywódcze zdolności tych, którym dotąd jako tako udawało się rządzić w czasach względnego spokoju. Naświetla atuty i obnaża słabości.

- Wystarczy spojrzeć na historię Stanów Zjednoczonych, by zobaczyć, jak ta weryfikacja przebiegała dotąd. Człowiek, który rządził Ameryką przed Lincolnem, czyli James Buchanan (1857-61), tylko zaogniał zastany już konflikt pomiędzy Północą a Południem i dziś pamiętamy go jako jednego z najgorszych prezydentów w historii USA. Herbert Hoover, którego rządy poprzedzały kadencję Franklina Roosevelta, nie był w stanie nadać rządowi wystarczającej mocy sprawczej, by poradzić sobie z Wielkim Kryzysem - i jego także wspominamy negatywnie.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Waszyngton | History

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje