Reklama

"W PRL-u nie było taśmy, a teraz nie ma czasu"

Czego panu najbardziej brakowało podczas kręcenia "Rysia"?

Reklama

Stanisław Tym: Brakowało mi czasu. Taki film trzeba kręcić bardzo spokojnie. Jak zawsze mówię, że w PRL-u nie było taśmy, a teraz nie ma czasu.

 Jak dużo sytuacji, dialogów, które pojawiają się w filmie, rodziło się na planie? Czy tez może wszystko było od początku napisane w scenariuszu?

Stanisław Tym: Zawsze jest tak, że ma się świadomość, iż rzecz, którą się napisało, np. jakiś dialog, można napisać lepiej. Czasami czeka się do ostatniego momentu, aż coś błyśnie. Jak błyśnie - to dobrze, a jak nie błyśnie, to też nie jest źle. Z doświadczenia wiem, że często puenta felietonu też przychodzi w ostatniej chwili i czasami się dzwoni do drukarni, tuż przed drukiem z informacją: "czekajcie, czekajcie, bo on chce coś zmienić".

A w przypadku "Rysia" korzystałem z tego, że znam dobrze aktorów i nie obrażali się, kiedy w ostatniej chwili mówiłem do nich: "Słuchaj wiesz, a tu teraz będzie tak".

Ile czasu zajęło panu napisanie "Rysia" i jak się pisze taką komedię?

Stanisław Tym: Pisałem w sumie parę lat, oczywiście z przerwami. To nie jest tak, że się siedzi przy biurku i cały czas pisze się jedną rzecz. Dobrze jest czasami to, co się pisze, odłożyć na chwilę, a potem do tego wrócić. Jak lubię tak właśnie pisać.

A jak się pisze? Trudno, nawet czasami bardzo trudno. Zresztą reżyseruje się też trudno.

Za komuny nie było wolności słowa, była cenzura. Dziś można pisać o czym się chce. Jednak kiedy łatwiej sunęło panu pióro po kartce - teraz czy wtedy?

Stanisław Tym: Wtedy było o tyle trudniej, że w tamtych czasach to, co napisałem, było jeszcze ocenzurowane przez licznych specjalistów od tego, żeby było tak, jak oni chcą, a nie tak, jak ja chcę. W związku z czym było trudniej.

A to, że było trudniej, nie motywowało bardziej? A może wtedy było śmieszniej?

Stanisław Tym: Za cenzury było śmieszniej? Bardzo możliwe. Przede wszystkim ja wtedy byłem młodszy. A to jest jednak zupełnie inny rodzaj temperamentu i widzenia świata, i być może to zderzenie rzeczywistości dość okrutnej, komunistycznej,  bolszewickiej, z młodym człowiekiem, odbiło się czymś bardzo  interesującym, ciekawym, co w tej chwili u starca  jest rzeczywistością dość spokojną i nie specjalnie ostrą.

Od wielu lat wiedzie pan spokojne życie na Suwalszczyźnie, z dala od wielkomiejskiego szumu i zabiegania. Po co tak naprawdę teraz rzucił się pan w film?

Stanisław Tym: Ja pierwszy raz wystąpiłem w filmie 50 lat temu, potem długo uczyłem się pisania komedii teatralnych i filmowych oraz reżyserowania tychże komedii. Byłem dyrektorem teatru i pracowałem w kabaretach. Krótko mówiąc, komedia to jest mój zawód. Ja po prostu to robię nie dlatego, że mam nagle pomysł, żeby zrobić film komediowy, tylko ja to robię zawodowo - po prostu się tego nauczyłem.

Pisanie komedii jest moim zawodem. Dziadek był szewcem - robił buty, drugi dziadek był kucharzem - gotował. A ja jestem komediopisarzem i piszę komedie.

Jednak oprócz pisania komedii, pisał pan felietony, ostatnio napisał pan książkę...

Stanisław Tym: Felietonów już nie piszę. Książkę napisałem z konieczności, ponieważ uznano, że potrzebna jest książka, na podstawie której powstał film "Ryś". Jednak jeśli weźmie pani tę książkę do ręki, to można przeczytać w pierwszych słowach ode mnie, że to nieprawda - że to nie jest książka na podstawie, której powstał film. Ta właśnie książka powstała na podstawie filmu, który został nakręcony.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje