Reklama

W Nowym Jorku miałbym się gdzie zatrzymać

Talenty obydwu aktorów rozbłysły w filmie Jacka Borcucha "Wszystko co kocham". O ile jednak Mateusz Kościukiewicz ma już za sobą kolejny ekranowy występ w filmie "Matka Teresa od kotów", o tyle dla Jakuba Gierszała pierwszoplanowym debiutem jest dopiero występ w "Sali samobójców" Jana Komasy. Z młodym aktorem o Hamlecie, farbowaniu włosów i miejscówce w Nowym Jorku w krakowskim kine ARS rozmawiał Tomasz Bielenia.

Być albo nie być?

Reklama

Jakub Gierszał: - Oto jest pytanie!

Skąd ten Hamlet się wziął w "Sali samobójców"?

- Jednym z tematów "Sali samobójców" jest przecież konfrontacja z matką. Być albo nie być? Dominik cały czas balansuje na tej cienkiej granicy między życiem i śmiercią, granicy braku zdecydowania. Stad, całkiem naturalnie, pojawił się Hamlet jako jedna z literackich inspiracji. Niejedyna, bo przecież jest też i Werter. Wydawało nam się, że jest to jakaś analogiczna sytuacja i że należy czerpać z tych kontekstów.

W tekst sztuki Szekspira dokładniej musiałeś wgryźć się jednak dopiero trochę później, kiedy w teatralnej inscenizacji w reżyserii Jana Peszka wcieliłeś się w tytułowego bohatera.

- Nie, ja już przy pracy nad "Salą samobójców" przeczytałem dość dokładnie "Hamleta", starając się jakoś zrozumieć o co może chodzić temu chłopakowi. Dopiero później Hamlet wyskoczył jako mój spektakl dyplomowy.

Czy rolę w "Sali samobójców" zawdzięczasz sukcesowi "Wszystko co kocham" Jacka Borcucha, gdzie debiutowałeś na ekranie?

- Jak poszedłem na casting, który odbywał się w krakowskiej PWST, filmu Borcucha jeszcze nie było w kinach. Janek [Komasa - reżyser "Sali samobójców"] ani wie widział mnie w tamtym filmie, ani zapewne nie wiedział, że ja w tym obrazie występuję. Zostałem więc wyłoniony na drodze castingu.

Po prostu okazałeś się najlepszy...

- Byłem po prostu we właściwym miejscu we właściwym czasie. To jest trochę tak, że ktoś po prostu w danym momencie najlepiej pasuje do roli. Akurat wtedy Janek potrzebował kogoś takiego jak ja.

W "Sali samobójców" wcielasz się w postać nastoletniego Dominika, który zatraca się w świecie wirtualnej rzeczywistości. Jan Komasa powiedział, że przygotowując scenariusz współpracował w rodzicami dziewczynki, której prawdziwa historia posłużyła za inspirację fabuły filmu. Jak dokładnie wyglądały twoje przygotowania do roli pod kątem środowiskowego researchu?

- Mnóstwo informacji mieliśmy z internetu. YouTube oferuje nawet nagrania, na których pogrążeni w depresji ludzie tłumaczą, dlaczego nie chcą już dłużej żyć. Można też trafić na filmy, na których ludzie popełniają samobójstwa - to jest przerażające. Starałem się tym otaczać, żeby jakoś zrozumieć tych ludzi. Brałem udział w różnych internetowych forach, na których ludzie opowiadają o swych depresjach i próbach samobójczych. Czytałem też wiersze Magdy, czyli dziewczyny, której historia posłużyła za impuls do zrobienia tego filmu. Mimo iż jej sytuacja była nieco inna, ona zmagała się z poważną depresją, to pomogło mi to zrozumieć motywację ludzi, którzy poddają w wątpliwość sens życia. Zrozumieć tę sytuację egzystencjalnego zagubienia.

Miałeś wpływ na to jak wygląda główny bohater "Sali samobójców"?

- Wzorujemy się tu na subkulturze emo, bo to jest grupa, która wydaje się reprezentatywna dla naszych czasów i problemów, o których opowiadamy. Współczesna młodzież po prostu. Oni często mają pofarbowane włosy, kolczyki. Stwierdziłem więc, że warto spróbować. W jakiejś rozmowie z Jankiem to zasugerowałem, ale reżyser nie był przekonany. Potem Robert Kupisz, który obcinał mi włosy, powiedział: "Nieee, blond włosy to jest to!". Uparłem się jednak i naciskałem na Janka, żeby to jednak były czarne włosy. Udało się. Dzięki temu powstała zupełnie inna postać. Fikcyjny bohater.

Ciężko było wczuć się emocjonalnie w tę rolę? Większość scen, które grasz z ekranową partnerką Romą Gąsiorowską, odgrywacie przecież przez ekran komputera. Brak tu typowej aktorskiej interakcji.

- Kiedy nagrywałem swoje partie, Roma była na planie, tylko siedziała w innym pokoju. Rozmawialiśmy przez Skype'a. Trudność techniczna polegała na tym, że byliśmy "kręceni" trzema kamerami. Ostatecznie do filmu weszły zdjęcia z kamery internetowej i kamery filmowej. No ale rzeczywiście byliśmy w osobnych pomieszczeniach, więc nasze relacje były trochę wyobrażone. To wszystko siedziało w głowie. To było bardzo ciekawe, ponieważ pomogło mi wczuć się w sytuację osoby kontaktującej się z kimś innym wyłącznie przy pomocy internetu. Taka relacja kształtuje się w twojej wyobraźni, to kwestia imaginacji. Nieskończoność domysłów może rzeczywiście dość łatwo doprowadzić do paranoi. Cała warstwa uczuć, która domaga się cielesnego wypełnienia, pozostaje jednym wielkim urojeniem.

Najpierw kręciliście "real"?

- Najpierw kręciliśmy "real", dopiero później wzięliśmy się za wirtualny świat. To było trudne, jeśli chodzi o emocjonalną ciągłość naszych ról. Po prostu część rzeczy musieliśmy grać intuicyjnie, nie wiedzieliśmy bowiem jak wypadną sceny, które odgrywać będziemy przy pomocy naszych awatarów. Ale okazało się, że to bardzo fajnie współgra ze sobą na samym końcu.

Byłem zaskoczony odważną fizycznością twojej roli. Nie tylko wyzwaniem, jakim musiała być scena homoseksualnego pocałunku. Przez większość "Sali samobójców" jesteś przecież półnagi.

- Byłem przygotowany na to, że wszystko co robię w ramach tej roli, robię w imieniu mojego bohatera - Dominika. To w jego imieniu pokazuję się półnago. To w jego imieniu całuję się z innym chłopakiem. Osobiście musiałem się przemóc: ani nie jestem przesadnym ekshibicjonistą, ani nie gustuję w chłopcach. To zawsze jest rodzaj prywatnego przełamania. Ale to, co cię prowadzi do przodu to fakt, że wszystko robimy na korzyść filmu, na rzecz postaci.


Jesteś niezłym szczęściarzem. Z debiutanckim "Wszystko co kocham" pojechałeś do Sundance, kolejny film - wizyta na następnym prestiżowym festiwalu, tym razem w Berlinie. Co dają takie wyjazdy?

- Poznajesz ludzi, to jest fajne. Masz takie wrażenie, będąc na wielkim festiwalu, że to jest świat filmowców... Okazuje się jednak, że tak łatwo zrobić film, wystarczy dobra wola. Bardzo przyjazna atmosfera. Nawiązałem kilka kontaktów, na przykład z aktorką, która jest również reżyserką. Przed Berlinem napisała mi, że zrobiła nową rzecz, żebym zerknął na YouTubie trailer. Odpisałem jej, że ja też mam nowy film. Poznaliśmy się więc w Sundance, zobaczyliśmy się też w Berlinie. Ale to są głównie kontakty towarzyskie. Na przykład jak bym teraz miał pojechać do Nowego Jorku, to miałbym się ewentualnie gdzie zatrzymać.

Ten rok, chciałbyś tego czy nie, będzie najprawdopodobniej należał do Jakuba Gierszała. Po głównej roli w "Sali samobójców" będzie kolejny występ w głównej kreacji w "Yumie" Piotra Mularuka.

- No tak, ale...

I już wszędzie trąbią, że jesteś polskim Jamesem Deanem.

- A to już ze względu na bohatera "Yumy", który jest w ten sposób reklamowany. To już bardziej medialna kreacja, niz prawda postaci. Gotowej postaci jeszcze nie ma, ponieważ cały czas pracujemy na planie.

- Z tą sławą to jest różnie. Może się okazać, że premiera "Yumy" zostanie przesunięta na kolejny rok. Może się okazać, że wypadną jeszcze inne rzeczy. Mój rok? Nie odczuwam tego w ten sposób. Raczej myślę o nowych wyzwaniach. Ciężko przewidzieć przyszłość. Co się wydarzy? Co się wydarzy, to się wydarzy.

Co się jeszcze wydarzy?

- Nie mam w planach żadnego kolejnego filmu.Trzymam się tego, żeby w jednym czasie robić tylko jedną rzecz. Jak koncentrujesz się tylko na jednym konkretnym zadaniu - to zawsze to jest na 100 procent. Jeśli robisz cztery rzeczy na raz, to tak naprawdę żadnej nie robisz porządnie. Nie mam więc żadnych planów, dopóki nie skończę "Yumy". Nie chcę, żeby mnie one nachodziły. Uważam, że to śmierć filmu.

Za śmierć filmu z pewnością odpowiada telewizja. Pewnie przyjdzie i taki moment, kiedy zaczną dzwonić producenci seriali.

- Nie mam telewizora, nie oglądam.

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Jakub Gierszał

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje