Reklama

Reklama

Twórcy o "Ciemno, prawie noc": Nie możemy być obojętni na zło

W piątek 22 marca 2019 roku do polskich kin wszedł film "Ciemno, prawie noc". Najnowsze dzieło Borysa Lankosza, twórcy "Rewersu" i "Ziarna prawda", jest adaptacją uhonorowanej Nagrodą Literacką Nike powieści Joanny Bator. W wywiadzie dla Interii reżyser oraz współscenarzystka obrazu Magdalena Lankosz mówią między innymi o pracach nad adaptacją, jej przesłaniu oraz zrealizowanym niedługo później średnim metrażu.

W piątek 22 marca 2019 roku do polskich kin wszedł film "Ciemno, prawie noc". Najnowsze dzieło Borysa Lankosza, twórcy "Rewersu" i "Ziarna prawda", jest adaptacją uhonorowanej Nagrodą Literacką Nike powieści Joanny Bator. W wywiadzie dla Interii reżyser oraz współscenarzystka obrazu Magdalena Lankosz mówią między innymi o pracach nad adaptacją, jej przesłaniu oraz zrealizowanym niedługo później średnim metrażu.
Magdalena Lankosz i Borys Lankosz /Kurnikowski /AKPA

Jakub Izdebski, Interia.pl: Książka Joanny Bator ma wiele wątków i postaci, które z racji ograniczeń czasowych nie mogły znaleźć się w filmie. Jak decydowali państwo co wyciąć, a co zostawić?

Magdalena Lankosz: W przypadku Joanny Bator pytanie "co wyciąć, a co zostawić" jest bardzo trudne, bo to piękna proza. Nie tylko jest ładnie napisana, ale również przedstawia obrazy. Były takie sceny w wątkach, które zostały ze scenariusza usunięte, które bardzo rozbudzały wyobraźnię reżysera. Natomiast nas interesowało to, co jest w tekście Bator unikatowe, czyli propozycja baśni dla dorosłych. Nie spotkaliśmy się z takim tekstem od bardzo dawna. Takim, który przeprowadzałby nas przez ciemny las naszych leków, a potem je odczarowywał. Wydaje nam się, że dzisiejsze czasy to jest taki moment, kiedy warto opowiadać baśnie, bo świat jest pełen lęków, zastraszania, jakiejś takiej niewytłumaczalnej nienawiści, z którą należało by oswoić również dorosłych.

Reklama

Borys Lankosz: Pięknie powiedziałaś. Nie wiem, co do tego mógłbym dodać.

Wśród pominiętych wątków znalazły się między innymi historia fałszywego proroka Jerzego Łabędzia czy też rozmowy czatowe.

Borys Lankosz: Czatowe bluzgi były nie do zrealizowania. Nie wyobrażam sobie sposobu, a jakim można by to przedstawić na ekranie, tak żeby to nie przypominało jakiegoś głęboko alternatywnego kina. Ale potrafię je sobie wyobrazić na scenie teatru. Jeśli chodzi o wątek Kołka i Łabędzia, wątek fałszywej religii, to była nasza pierwsza, intuicyjna decyzja. Nas najbardziej ciągnęła opowieść o Alicji Tabor, która decydując się na podróż do rodzinnego miasta, musi podjąć trud podróży do własnego wnętrza, do zepchniętych do podświadomości przeżyć z dzieciństwa.

Nie myśleli państwo, by zamiast filmu zrealizować serial?

Magdalena Lankosz: Był taki moment, kiedy pomyśleliśmy o serialu, ale już bardzo daleko w pracach nad scenariuszem. Mówi się, że film musi mieć bohatera i to jest prawda. Tam bohaterów było za dużo. Chcieliśmy skupić się na Alicji i na jej drodze na zewnątrz, czyli śledztwie dziennikarskim, które prowadzi w Wałbrzychu, i drodze wewnątrz, czyli do swojej prywatnej historii, o której powiedział Borys.

Borys Lankosz: Myślę, że w Polsce o ambitnych i poważnych serialach mówimy od bardzo niedawna. W dalszym ciągu nie znajduję przykładu polskiego serialu, który wytrzymałby taki ciężar gatunkowy i taki kaliber opowieści, jak serwuje Bator.

Magdalena Lankosz: Parę razy spotkałam się z zestawieniem "Ciemno..." z serialem HBO "Ostre przedmioty". W obu przypadkach mamy do czynienia z adaptacją powieści. W obu bohaterka jest dziennikarką, która wraca do rodzinnego małego miasta i musi zmierzyć się z rodzinną traumą, duchami bliskich, którzy odeszli i przepracować relację z matką. Ciekawa historia, bo my o sobie na wzajem nie wiedzieliśmy. Znałam Gillian Flynn jako autorkę hitu "Zaginiona dziewczyna". Nie miałam pojęcia o istnieniu "Ostrych przedmiotów", zanim nie pojawił się serial. On debiutował po tym, jak już nakręciliśmy "Ciemno...". Ale wracając do pana pytania: serial z Bator byłby dużo bardziej szalony, odważny i wymagający. Borys miał taki pomysł, żeby w filmie bohaterka przyjeżdżając do Wałbrzycha skręcała w prawo, a w serialu w lewo. Tak, żeby to były rzeczy suplementarne, uzupełniające się jakoś. Opowiadające troszkę inną historię, a stykające się tylko w najważniejszych punktach. To było bardzo kuszące.

Borys Lankosz: I tam było miejsce na i na rynek, i na Łabędzia, i na to wszystko. Myśleliśmy o sześciu godzinnych odcinkach. To jest mniej więcej ten rozmiar, który uniósłby wątki, które nie znalazły się w fabule.

Magdalena Lankosz: Zdradzę panu, że serialem na podstawie Bator wydawcy próbowali zainteresować producentów telewizyjno-serialowych od wielu lat. O "Piaskowej górze", debiucie Bator, bardzo często wspominała Beata Stasińska, ówczesna szefowa wydawnictwa W.A.B. jako o materiale na świetny serial.

Na bali się państwo, że widzów odrzuci nagromadzenie negatywnych emocji, wszystkich traum bohaterów "Ciemno, prawie noc"?

Magdalena Lankosz: Dlaczego mielibyśmy się bać? Lęk nie jest dobrym doradcą. Gdybyśmy się bali, to nie moglibyśmy podjąć się bycia przekaźnikiem między tekstem, filmem a odbiorcą.

Borys Lankosz: Ważne chyba, żeby sobie od razu wyjaśnić pewną sprawę. Myślę, że ani powieść Joanny, ani nasz film nie miał nigdy na celu stania się czymś, co w anglosaskiej kulturze jest zgrabnie nazywane "crowdpleaser" - czyli coś, co ma zadowalać tłumy. Raczej myślałem o tym w kategoriach pewnego doświadczenia, pewnego testu na empatię, na inteligencję emocjonalną.

Magdalena Lankosz: Żyliśmy z tą historią pięć lat. Musieliśmy przyjąć te wszystkie emocje, żeby próbować je państwu przekazać. Epatowanie złem czy okrucieństwem nie było naszym celem. Było nim katharsis, które jest na końcu filmu. A nawet zaapelowanie do ludzi: Nie możemy być obojętni! Jeśli wszyscy zasłonimy oczy i uszy na krzywdę, niesprawiedliwość, to będą się tu działy straszne rzeczy. Trochę mnie zaskakują takie pytania: większość z nas włącza wieczorem serwisy informacyjne w telewizji. Dzień w dzień ładują nas one potworną dawką złych wiadomości i krzywdy ludzkiej. Wchłaniamy bezrefleksyjnie wiadomość, że w Jemenie umarło z głodu i braku wody tysiące dzieci. I pan nie dzwoni do wydawcy niusów zapytać czy on się nie bał tego powiedzieć. Tymczasem nasz film przynosi receptę na wyzwolenie się z tego kręgu zła, mówi ludziom, że nie jest za późno. Słowem, moim zdaniem trudniejsze jest codzienne oglądanie kanałów informacyjnych niż oglądanie naszego filmu.

Borys Lankosz: To zależy czego oczekujesz. Wiesz, czego oczekiwać od wiadomości, i nagromadzenie doświadczenia, czyli ta codzienność w przyjmowaniu złych informacji, powoduje pewien rodzaj znieczulenia. Najłatwiejszym wyjściem z tego świata jest ucieczka, czyli na przykład obcowanie ze sztuką powierzchowną, eskapistyczną rozrywką. Natomiast my myśleliśmy w trochę poważniejszy sposób o widzach. Chcemy, żeby byli partnerami w rozmowie, do której ich zapraszamy.

Magdalena Lankosz: Tak, myśleliśmy o tym filmie jako doświadczeniu emocjonalnym dla widza.

Wydaje mi się, że tak jak intuicyjne było pominięcie niektórych wątków, tak oczywiste było pozostawienie w filmie postaci kociar.

Magdalena Lankosz: One są elementem tajemnicy, niewytłumaczalnego, świata magii. Nasz film i powieść Bator to historia o starciu dobra i zła. I o tym, że jakąś część dobra, która została na świecie, warto chronić. Więc my nie mogliśmy wyrzucić naszych aniołów, które tego dobra strzegły.

Z tą historią żyli państwo pięć lat, czyli prace nad filmem zaczęły się już w czasie produkcji "Ziarna prawdy"...

Borys Lankosz: Trudno będzie dokładnie to zrekonstruować. Właściwie decyzja o tym, że to są te dwie powieści, była w podobnym momencie. Warto tutaj zwrócić uwagę, że "Ziarno" jest ekranizacją. Tekst łatwiej poddawał się transformacji w kino i jest właściwie wiernym przeniesieniem historii na ekran. Natomiast w przypadku "Ciemno" mówimy o adaptacji, więc jest to autorskie widzenie powieści Bator.

Między "Rewersem" a "Ziarnem" było ponad pięć lat, "Ciemno" wchodzi do kin po czterech latach. Czy na pana kolejny film też będziemy musieli tak długo czekać?

Magdalena Lankosz: A my nakręciliśmy inny film w między czasie. Średni metraż "Kobro/Strzemiński. Opowieść fantastyczna" - zupełnie wyzwalające doświadczenie. Widzowie w Polsce będą go mogli zobaczyć w maju na Millennium Docs Against Gravity. Stało się to tuż po zdjęciach do "Ciemno, prawie noc". To historia dwójki awangardowych artystów: Katarzyny Kobro i Władysława Strzemińskiego. O Strzemińskim opowiadał ostatni film Andrzeja Wajdy "Powidoki". A myśmy do tego podeszli... Może ty lepiej powiesz? Ja tam byłam producentką, brałam udział w procesie kreatywnym w inny sposób niż przy "Ciemno...".

Borys Lankosz: To było bardzo wyzwalające doświadczenie, takie z zupełnie innego rozdania. Mam takie poczucie, że zaczynam iść w trochę inną stronę. Że moje trzy filmy fabularne, które mają dla mnie wspólny mianownik, są pewnym etapem, a coraz bardziej - i to już widać w "Ciemno" - zaczynają interesować mnie inne przestrzenie. Coś, co ma w sobie dużo więcej wolności. Jest dużo mniej sformalizowany i w tym sensie trudniejszy do skategoryzowania. Myślę, że zważywszy na tematy, które podejmowałem - pewną trudność, które ze sobą niosą - to zrobienie trzech filmów w ciągu dziesięciu lat nie jest, jak na polskie warunki, złym wynikiem. Natomiast pomysłów i planów mam znacznie więcej.

Magdalena Lankosz: Czuję, że Borys skłania się w kierunku bardziej medytacyjnym. To jest ten moment w jego życiu. Zawsze twórcy kina mierzącego się z duchowością, tacy jak Andriej Tarkowski, byli dla niego bardzo ważni. Czuję, że to jest też taki moment w jego życiu, żeby to kino było troszkę inne.

Borys Lankosz: Myślę, że jestem w momencie, w którym mam potrzebę wymyślić się na nowo.

Kończąc chciałem trochę cofnąć się w czasie. To prawda, że studiował pan filmoznawstwo?

Borys Lankosz: Ale to było tak dawno i nieprawda. (śmiech) Widzi pan, przychodziło mi zdawać maturę w momencie, gdy człowiek był zagrożony obowiązkową służbą wojskową. Więc fakt, że nie dostałem się do Łódzkiej Szkoły Filmowej, wywołał pewien rodzaj paniki. Dostałem się na filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim, natomiast niewiele z tych zajęć pamiętam. Myślę, ze nie uczęszczałem na nie za chętnie, bo wydawało mi się to obcym doświadczeniem. Miło wspominam z tego okresu fakt, że przyjąłem jako drugi kierunek historię sztuki.

Mówi się, że filmoznawcy to jedna z najgorszych możliwych osób na planie...

Magdalena Lankosz: (śmiech) My słyszeliśmy, że najgorsza osoba na planie to autor scenariusza. Ja na planie "Ciemno, prawie noc" - chociaż nie przeszkadzam mężowi w pracy, bardzo to rozróżniam, to on wie, czym jest reżyseria, nie ja - byłam tylko raz. Chociaż żałuję. Lubię to obserwować. Ale wiem, że nie umiałabym tam pracować.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Borys Lankosz | Magdalena Lankosz | Joanna Bator

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL