Reklama

Reklama

Tomasz Kot o filmie "Wróg doskonały": Nie było mi łatwo być jedynym Polakiem na planie

"W końcu moje marzenia się spełniły. Jestem tu, gotów, żeby zmierzyć się z nowymi wyzwaniami" - prosto z festiwalu w Sitges mówi Tomasz Kot. W Hiszpanii odbyła się światowa premiera pierwszej zagranicznej produkcji, w której polski aktor wystąpił w głównej roli - filmu "Wróg doskonały".

Tomasz Kot w filmie "Wróg doskonały"

"Wróg doskonały" ("A Perfect Enemy") jest adaptacją bestsellerowej powieści Amélie Nothomb - książkę przetłumaczono na 24 języki. Rozeszła się w 700 000 egzemplarzy. Na festiwalu w Stiges, który odbył się nie online, jak wiele imprez ostatnio, a "stacjonarnie", z udziałem gości i z pokazami w kinie, z widownią - dzieło znalazło się w konkursie. Za jego reżyserię odpowiada Kiké Maíllo, który jest również współautorem scenariusza. W obsadzie znaleźli się także Athena Strates, Dominique Pinon i Marta Nieto. Zdjęcia realizowano w Hiszpanii, Francji i Niemczech.

Reklama

Tomasz Kot gra rozchwytywanego architekta Jeremiasza Angusta, który wraca do Polski po gościnnym wykładzie w Paryżu. W drodze na lotnisko do jego samochodu wsiada niespodziewanie nieznajoma (w tej roli Athena Strates) - leje, a że rzekomo udaje się w to samo miejsce, Jeremiasz oferuje jej podwózkę. Przyjazna rozmowa wkrótce nabiera najpierw dziwnego, potem niepokojącego charakteru. Kim właściwie jest Texel Textor - o ile to jej prawdziwe imię. Czego chce?

Chociaż zabiegani, Tomasz Kot i Athena Strates znaleźli chwilę, żeby porozmawiać o filmie i pracy nad nim. Po angielsku. Widzimy się na Zoomie. Jest jeszcze z nami dziennikarz z Meksyku. W Barcelonie piękne słońce, choć - jak zauważa nasz aktor - z rana było "rześko". W Meksyku mgła i koronawirus. Ale jesteśmy tu przecież po to, żeby rozmawiać o kinie, nie o pandemii.

Dagmara Romanowska: Jak podoba się wam w Sitges?

Athena Strates: - To pierwsza w moim życiu premiera festiwalowa, w związku z czym wszystko mnie bardzo ciekawi i ekscytuje. Cieszę się przede wszystkim z tego, że tu jesteśmy. Jestem przeszczęśliwa!

Tomasz Kot: - To wielka przyjemność tu być, zwłaszcza teraz. Oboje znamy wielu twórców, którzy nie mogli skończyć pracy nad swoimi filmami ze względu na pandemię. A my tu dotarliśmy. To olbrzymia satysfakcja. I zobaczyć swój film w kinie. Wszyscy dookoła mówią, że normalnie dzieje się tu dużo więcej - jest więcej ludzi, a teraz w hotelu pustki. Wiele wydarzeń musiało zostać odwołanych. Ale jesteśmy tutaj - to najważniejsze.

Ale są jakieś restrykcje?

AS: - Cały czas chodzimy w maskach - teraz tylko na chwilę pozwolono je nam zdjąć, żeby coś wypić.

TK: - To jedyny moment, kiedy możemy siedzieć bez nich.

AS: - Są też ograniczenia w kinie.

"Wróg doskonały" to film, który do ostatniej sceny trzyma w napięciu - po drodze mnożą się pytania i zagadki. Co was najbardziej zaintrygowało? Jak znaleźliście się w produkcji u Kiké Maíllo?

AS: - Właśnie to. To był niesamowity scenariusz, który przeczytałam jednym tchem, a kiedy skończyłam i wreszcie odkryłam odpowiedź, natychmiast wróciłam do pierwszych stron, żeby zacząć szukać jakichś tropów. To była szalenie wciągająca lektura, w której odnalazłam wiele ciekawych tematów i obszarów do eksploracji. Zachwyciłam się Texel, która jest postacią wielowymiarową, skomplikowaną. Dzięki niej mogłam odkryć wiele stron własnej osobowości i uwolnić swój potencjał. Świetnie się przy tym bawiłam.

TK: - Dla mnie ta przygoda rozpoczęła się od "Zimnej wojny". Kiké Maíllo zobaczył mnie u Pawła Pawlikowskiego i zaprosił do współpracy. Obawiałem się, czy uda się nam pogodzić terminy... Dziwnie się tak rozmawia z tobą po angielsku.

DR: - Uroki międzynarodowej produkcji!

TK: - Bałem się o terminy, bo przygotowywałem się również do filmu o Nikoli Tesli, ale ostatecznie tam przesunięto terminy i mogłem porwać się na to wyzwanie. Bardzo spodobało mi się w scenariuszu to, że widzowie mogą skoncentrować się na relacji pomiędzy bohaterami, poznać ich, zgłębić całą sytuację. Poza tym... nigdy nie grałem w thrillerze psychologicznym, a bardzo chciałem.

To była bardzo międzynarodowa ekipa. Kiké Maíllo pochodzi z Hiszpanii, Atheno - ty z RPA. Tomek - Polska. Każdy z was przyjechał na plan z jakimś bagażem doświadczeń kulturowych. A do tego graliście po angielsku - praca w obcym języku zawsze niesie nowe wyzwania...

AS: - Ja miałam okazję występować po niemiecku. Odkryłam wtedy, że gdy przechodzisz na inny język, coś się w tobie, twojej osobowości i ekspresji zmienia. Zmienia się nawet twoja fizyczność - poniekąd musisz się na nowo nauczyć grać. To duże wyzwanie. Jestem bardzo dumna z Tomka.

TK: (Śmiech) - Paweł Pawlikowski powiedział mi kiedyś na planie "Zimnej wojny" rzecz, o której i teraz starałem się pamiętać. Jeżeli znasz drugi język, zyskujesz nową perspektywę i poszerzasz swój świat, możesz to wykorzystać w swojej pracy. Nie sądziłem, że kiedyś coś takiego mi się przytrafi. W Cannes czułem się jak turysta, który przyjechał obejrzeć kawałek wielkiego świata, wspaniałych aktorów. Po festiwalu musiałem na nowo zrozumieć swoją sytuację - zaczął dzwonić telefon, pojawiły się zagraniczne propozycje współpracy. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Pomyślałem tylko, że teraz muszę być szybszy sam od siebie. W końcu moje marzenia się spełniły. Jestem tu, gotów, żeby zmierzyć się z nowymi wyzwaniami. Z naszej polskiej perspektywy to coś zupełnie niezwykłego. Jestem naprawdę szczęśliwy.

Każdy thriller musi być bardzo precyzyjny - dokładnie zaplanowany i skonstruowany, aby najpierw rozbudzić ciekawość, a potem utrzymać widza w napięciu. Jak wyglądały przygotowania? Czy mieliście jakąś przestrzeń do improwizacji?

AS: - Przez tydzień czy dwa przed zdjęciami, teraz już nie pamiętam, odbyliśmy intensywne próby. Poznawaliśmy siebie i naszych bohaterów. Mieszkaliśmy w jednym hotelu, jedli w tej samej wietnamskiej restauracji. Potem Kiké wiedział, że bardzo dobrze przepracowaliśmy całą sytuację. Pozwalał nam na odrobinę spontaniczności. Z drugiej strony przypominał, że są punkty, które zmienić się nie mogą.

TK: - Po tym okresie wiedzieliśmy bardzo dokładnie, co i dlaczego robimy. Tę pewność, co najważniejsze, zyskał też Kiké. Jego uwagi były dla mnie bardzo czytelne. Czasami nawet oczekiwałem od niego więcej, a on mówił tylko: "Bardzo dobrze", "Ale może coś... więcej?", "Jest doskonale!". Z improwizacji raczej rezygnowałem. Nie było mi łatwo być jedynym Polakiem na planie i pracować w obcym języku. Wolałem ściśle trzymać się tekstu. Każdego wieczoru, po zdjęciach, gdy inni odpoczywali, siadałem razem z trenerem językowym i ćwiczyłem kwestie na następny dzień. Zupełnie inaczej niż po polsku. U nas ciągle gadam i staram się coś w danej scenie poprawić. Tu musiałem się powstrzymywać i czekać na komentarze reżysera.

W filmie jest między wami niepokojąca chemia - przyciągacie się i odpychacie, jest groza i ciekawość. Jak osiągnęliście ten efekt?

AS: - Chyba po prostu jest między nami taka dynamika. Jesteśmy bardzo różnymi ludźmi...

TK: - Z bardzo różnych miejsc.

AS: - Tworzymy zabawny miks. Tak dobrali nas w castingu - w tym może tkwi sekret?

TK: - Pamiętam taką zabawną rozmowę między nami. Był grudzień. Na zewnątrz 17 stopni.

AS: - Znacznie zimniej!

TK: - Siedziałem przed hotelem, szczęśliwy, że rozmawiam z żoną. Powiedziała mi właśnie, że w Polsce jest minus jeden. W tym momencie zjawiła się Athena. "Co ty tutaj robisz, przecież jest..."

AS: - ... strasznie zimno!

TK: - "Zimno? Jakie zimno? 17 stopni. W Polsce jest zimno, nie tu". "A u mnie w domu jest teraz 40 stopni" - odpowiedziała.

AS: - Wiele jest między nami różnic (śmiech).

Film tylko na tym zyskuje. Czasami to było chyba też zadanie fizyczne - jest np. scena z betonem...

TK: - Zapamiętam dzień jej kręcenia do końca życia. Z rana poszedłem do studia i zobaczyłem wielką ciężarówkę, niczym na placu budowy. W środku było coś, co przypominało beton. Ktoś z produkcji krzyknął za mną: "To dla was!".

AS: - Trafiliśmy do boksu-basenu i ten sztuczny beton zaczął się tam na nas lać. Bardzo zimy. Lodowaty. A my musieliśmy w tym stać, starając się przeżyć. Na nic zdała się ocieplająca pianka. To było surrealistyczne doświadczenie.

TS: - Spędziliśmy tam dobrych kilka godzin. Mocno niecodzienne przeżycie.

Co dał wam udział we "Wrogu doskonałym"? Czegoś nauczył? Coś zmienił?

AS: - To była moja pierwsza główna rola, w dodatku tak rozbudowana i wielowymiarowa. Musiałam się nauczyć jak być postacią, potem wracać do siebie, wyspać się, odpocząć i od nowa - to samo, ze świeżą energią. I tym razem to nie było kilka dni, jak wcześniej, tylko cały plan - raczej maraton niż sprint. Później musiałam odpocząć. Teraz chłonę tę drugą, nieznaną mi wcześniej część tego zawodu - festiwal, wywiady. Dla mnie to wszystko jest niesamowite.

TK: - Technicznie byłem do roli Jeremiasza gotowy - grałem już przecież głównych bohaterów w polskich filmach. Nigdy jednak w obcym języku. Na początku dopadł mnie kryzys, jakieś wątpliwości. Zastanawiałem się czy to jednak nie za dużo, czy będę potrafił, czy sprostam oczekiwaniom Kiké... Teraz, siedząc tu, pod koniec tej przygody, jestem o wiele bardziej pewien siebie.

"Wróg doskonały" ma wkrótce trafić do polskich kin. 53. Kataloński Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Sitges trwał w dniach 8-18 października.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Kot

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama