Teresa Palmer: Po prostu kocham pracować z facetami

- Moim zdaniem to, w jaki sposób Mel Gibson przedstawia okrucieństwo wojny, służy jego filmom, bo zmusza widza do konfrontacji. Osobiście na "Przełęcz ocalonych" zareagowałam bardzo emocjonalnie - mówi Teresa Palmer, która zagrała główną kobiecą bohaterkę filmu.

Teresa Palmer na festiwalu w Wenecji (2016)

Film "Przełęcz ocalonych" Mela Gibsona oparty jest na życiu Desmonda T. Dossa. Mężczyzna był pierwszym w historii lekarzem polowym, który, choć odmówił noszenia broni i zabijania, został za swoje zasługi odznaczony Medalem Honoru - najwyższym amerykańskim odznaczeniem wojskowym.

Reklama

Schyłek drugiej wojny światowej. Armia amerykańska toczy walki z Japończykami na Pacyfiku. Strategicz­nym celem jest wyspa Okinawa. Wśród setek tysięcy amerykańskich żołnierzy trafia tu Desmond T. Doss (w tej roli Adrew Garfield) - sanitariusz, który ze względu na wyznawa­ną religię odmawia noszenia broni. Traktowany z nieufnością, oskar­żany o tchórzostwo, wkrótce udowodni swoją wartość. Wielokrotnie ryzykując życiem, wydostaje z ognia walki ponad 70 rannych żołnierzy. Tak rodzi się le­genda bohatera.

Jednym z najpiękniejszych momentów w życiu Desmonda jest spotkanie pięknej młodej pielęgniarki Dorothei Schutt, w której zakochuje się od pierwszego wejrzenia i która zostaje jego żoną. Mel Gibson obsadził w tej roli australijską aktorkę Teresę Palmer. "Wypadła przepięknie przed kamerą i wniosła do tej postaci prawdziwe ciepło i emocjonalną szczerość. To dla Desmonda niemalże Anioł Miłosierdzia, a Teresa znakomicie uwypukliła ten aspekt jej osobowości" - wyznał reżyser.

Artur Zaborski: Miała pani dylemat - grać u Mela Gibsona czy nie grać?

Teresa Palmer: - Żartuje pan? Marzyłam o tym od lat. Byłam przekonana, że nie mam szans zagrać w jego filmie.

Przyzna pani jednak, że po antysemickich i homofobicznych wypowiedziach Gibson nie ma dobrej prasy.

- Palnął kilka głupstw, ale czy to powoduje, że jest gorszym reżyserem? Nie, jest świetny w swoim fachu, a kino, które robi, nie ma wydźwięku ani antysemickiego, ani homofobicznego. Uwielbiam jego filmy. O "Przełęczy ocalonych" dowiedziałam się, kiedy grałam w Australii w filmie "2:22". Jeden z jego producentów, Bill Mechanic, powiedział mi o nowym projekcie Gibsona. Pomyślałam wtedy: "Boże, co ja bym dała, żeby dostać angaż".

Udało się. W jaki sposób?

- Najpierw wydobyłam scenariusz, który okazał się po prostu fenomenalny. Potem zdobyłam informację o terminie przesłuchania, na które nie poszłam, bo nie mogłam. Okazało się, że przyjmowane są też zgłoszenia elektroniczne na tak zwany casting wirtualny. Nagrałam siebie na komórkę, a w zasadzie zrobił to mój mąż, który zarejestrował mnie swoim iPhonem w naszym domu. Przez kilka miesięcy nie dostałam żadnej odpowiedzi. Byłam przekonana, że odpadłam. I wtedy - stało się! Dostałam zaproszenie na rozmowę z samym Melem Gibsonem, którą odbyłam przez Skype’a. No i Mel zaangażował mnie w ten projekt.

Marzenie się spełnia. Dostaje pani rolę, trafia na plan, a tam...? Rozczarowanie czy potwierdzenie pozytywnych opinii o Gibsonie?

- Nie było mowy o rozczarowaniu. Od początku mieliśmy świetny kontakt. Mel jest takim "reżyserem aktorów". Rzecz jasna, zna aktorstwo z autopsji i wie, jak pracujemy, czego potrzebujemy, z czym mamy problemy czy jakie pytania sobie zadajemy. Co więcej, emanował niezwykle inspirującą energią. Przez cały czas był serdeczny i ciepły dla mnie. Wiedział, że tego potrzebuję, bo na planie byli niemal sami mężczyźni. Stworzył mi taką bezpieczną przestrzeń, w której mogłam swobodnie odegrać moją postać metodą prób i błędów. I tak jak innym dał mi po prostu wolną rękę w kreowaniu mojej bohaterki.

Pani postać oraz postać matki głównego bohatera są rzeczywiście jedynymi kobietami w tym filmie. Jak się pracowało na planie w wyłącznie męskim gronie?

- Powiem panu szczerze, że ja po prostu kocham pracować z facetami. Chcę, żeby napisał pan, że nie było męsko-centrycznie. Obecność jedynie dwóch pań na planie wywoływała poruszenie wśród męskiej obsady. Byłyśmy wspaniale traktowane przez kolegów, którzy chcieli nam nieba uchylić. Na początku nie byłam w prace w ogóle wdrażana. W zasadzie to zaczęłam pracę dopiero w czwartym miesiącu kręcenia zdjęć, bo przez pierwsze trzy dominowało pole bitwy, gdzie pokazano zawiązywanie się więzi braterstwa. Dopiero potem przeszliśmy do scen bardziej romantycznych, a także obrazu rodzinnego dramatu głównego bohatera, w których miałam już udział. To spowodowało, że panowie na planie zdążyli się wcześniej zżyć. Dołączyłam do zgranego zespołu, który przyjął mnie z otwartymi ramionami. Bardzo mi się współpraca z nimi podobała. Zwłaszcza z Andrew Garfieldem, z którym występuję w większości swoich scen.

Mówi się, że jest jednym z najzdolniejszych młodych aktorów.

- Złożoność jego gry aktorskiej zapiera dech w piersiach. Budowanie relacji między jego i moją postacią było czystą przyjemnością. On tak dobrze rozumie ten fach. Trzeba pamiętać, że jest to historia oparta na faktach. Dlatego musieliśmy niejako ożywić postacie, które kiedyś naprawdę istniały. Mamy taką scenę, w której w całości oddajemy się tańcu. W jej trakcie próbowaliśmy zrozumieć, co sprawiło, że tych dwoje ludzi zakochało się w sobie, dlaczego byli dla siebie stworzeni. Staraliśmy się odtworzyć historię ich romansu, co było dla mnie samej o tyle istotne, że Andrew sam okazał się wielkim romantykiem. Rzadko zdarzają się mężczyźni, którzy na miłość patrzą w taki sposób. Świetnie rozumiał, co kieruje naszymi bohaterami.

Czy mieliście jakieś materiały, z których mogliście odtworzyć to, jacy w rzeczywistości byli Desmond T. Doss i jego żona?

- Niestety, było ich bardzo niewiele. Natomiast sami państwo Doss zmarli, zanim wyruszyliśmy na plan.

Próbowaliście się obyć bez tego? W końcu państwo Doss prowadzili życie niedostępne dla postronnych obserwatorów.

- To prawda. Wspomniany przeze mnie Bill Mechanic dowiedział się, że Desmond T. Doss miał kamerę Super 8, którą nakręcił siebie i żonę. Bardzo chcieliśmy ten materiał zobaczyć. Kiedy do niego dotarliśmy, okazało się, że tak naprawdę Desmond w ogóle nie zarejestrował siebie, a jedynie swoją żonę. Tak bardzo był w niej zakochany i w nią wpatrzony. Chciał, żeby dla potomnych przetrwała wyłącznie ona. Nie mając audiowizualnych materiałów, musieliśmy korzystać z czego innego. Pomocne były zwłaszcza relacje członków ich rodzin i zdjęcia. Uwielbiam szczególnie jedną z tych fotografii, na której każde z nich jest ubrane w strój drugiego: on ma na sobie jej sukienkę, a ona nosi jego rzeczy. Oboje są na jakimś festynie kościelnym i wygłupiają się przed sobą. To zdjęcie ma w sobie niesamowitą energię, bardzo dużo nam na ich temat powiedziało. Mając takie małe fragmenty z ich życia, musieliśmy niejako uzupełnić je naszymi pomysłami, wypełnić luki własnym wyobrażeniem na ich temat. Uważam, że osiągnęliśmy sukces, bo między mną a Andrew była ogromna chemia. Dzięki niej zbudowaliśmy bohaterów autentycznie.

Czy rola w tego typu filmach każe odpowiedzieć aktorowi na pytanie, jak zachowałbym się na miejscu mojego bohatera? Pani postać musi zaakceptować i zrozumieć to, że jej ukochany zaciąga się do wojska bez konsultacji z nią.

- Dużo się nad tym zastanawiałam. Oczywiście, że pytałam siebie, co ja bym zrobiła. Odpowiedziałam sobie dopiero po tym, jak zobaczyłam film w całości. Wtedy dopiero zrozumiałam motywację Desmonda. Byłam poruszona jego poświęceniem dla własnych zasad i przekonań. Potraktowałam ten film jako prezent. Przypomniał mi, jak ważne jest pozostanie  w pełni sobą, a także pozostanie wiernym temu, na czym nam naprawdę zależy. Uważam, że dziś, w czasach, kiedy zabija się indywidualne myślenie i kiedy rządzi populizm, to przesłanie jest szczególnie ważne.

Co sądzi pani o zarzutach kierowanych pod adresem kina Mela Gibsona, który miałby w swoich filmach gloryfikować przemoc i wojnę?

- Moim zdaniem to, w jaki sposób Mel przedstawia okrucieństwo wojny, służy jego filmom, bo zmusza widza do konfrontacji. Osobiście na "Przełęcz ocalonych" zareagowałam bardzo emocjonalnie. Jestem w końcu matką dwóch chłopców. Film bezwzględnie uświadomił mi, jaką szczęściarą jestem, bo gdybym przyszła na świat kilkadziesiąt lat wcześniej, sama mogłabym się mierzyć z tym, że któregoś z nich odebrała mi wojna. Widząc, w jaki sposób Mel przedstawia wojnę, jak bardzo dobitnie pokazuje jej przebieg, mam nadzieję, że inne osoby, które ten film zobaczą, zastanowią się pięć razy, zanim powiedzą, że wojna jest potrzebna, że jest rozwiązaniem, że ma swoje uzasadnienie. Przedstawiliśmy historię opartą na faktach, dlatego ważne było, by i rzeczywistość wojenna była bliska tej prawdziwej.

Poznała pani kombatantów wojennych, żeby zbliżyć się do rzeczywistości?

- Oczywiście, pracowaliśmy nawet z takimi osobami. Na planie pojawił się choćby mężczyzna, który na wojnie stracił obie nogi. W "Przełęczy ocalonych" zagrał właśnie żołnierza po amputacji. W scenie, w której się pojawia, odgrywa dokładne okoliczności, w jakich stracił swoje kończyny. Musiał zmierzyć się z okrutnymi wspomnieniami, przeżyć ten koszmar na nowo. Nie wyobrażam sobie, co musiał przejść. To musiało być dla niego arcytrudne wyzwanie. Trudno mi było na to wszystko patrzeć. Kiedy okazało się, że odegranie tej sceny było dla niego bardzo ważne, bo chciał, aby ludzie, widzowie, dowiedzieli się, jaka jest rzeczywistość wojny, po prostu pokochałam autentyczność tego filmu. Jestem przekonana, że ci, którzy zobaczą "Przełęcz...", będą mieli podobnie. Bo najgłośniej o gloryfikacji przemocy w kinie Gibsona krzyczą ci, którzy jego filmów nie widzieli, tylko bazują na krwawym urywku z trailera bądź drastycznej stopklatce. Ich szczególnie zapraszam do kina.

Dowiedz się więcej na temat: Teresa Palmer | Przełęcz ocalonych

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje