Reklama

Taylor Kitsch: Nie mam rzeczy, których z zasady nie robię

Musiał pan do tej roli opanować nie tylko brooklyński akcent, ale też język niemiecki. Było trudno?

Reklama

- Miałem niesamowitą nauczycielkę akcentu, pochodzącą z Berlina Simone. Moja opoka! Na szczęście Max jest Amerykaninem słabo mówiącym po niemiecku, a nie Niemcem, bo gdybym musiał grać Niemca, tobym przeszedł załamanie nerwowe! Niemiecki to cholernie trudny język, szczególnie dla kogoś, kto nie miał na takie dźwięki ekspozycji w okresie dorastania. Wszystkiego uczyłem się fonetycznie. Czasami zdarzało mi się podczas sceny "zawiesić" i wtedy ratowała mnie Nina [Hoss, świetna niemiecka aktorska i ekranowa partnerka Kitscha - red.]. W swojej karierze musiałem już grać z akcentem południowoafrykańskim, teksańskim, nowojorskim... Nauczyłem się, że nie ma czegoś takiego jak optymalny efekt, ktoś zawsze jest niezadowolony. Ja skupiam się na ustalonej z twórcami wizji i tego się trzymam. Język to niesamowity łącznik aktora z bohaterem, daje unikalny wgląd w jego stan umysłu i ogląd świata. Zdecydowanie wolę grać postać z akcentem niż mówić tak, jak na co dzień. To świetne narzędzie transformacji. Zmienia się układ ust, wygląd twarzy, kadencja. W "Waco" mój bohater, guru sekty David Koresh, miał nienaturalnie wysoki, miękki głos, co od razu inaczej nastawiało do niego widza.

Kojarzymy pana z amerykańskich hitów, ale jest pan, podobnie jak Ryan Reynolds czy Ryan Gosling, Kanadyjczykiem. Czuje się pan Amerykaninem, czy Kanada to jednak stan umysłu?

- Zacząłem swoją przygodę z USA jako dwudziestolatek, przyjechałem do szkoły. Teraz dobiegam czterdziestki, spędziłem tu zatem pół życia. Szaleństwo! Z czasem wrosłem w tę przestrzeń, umościłem się i czuję się jak u siebie. Rozmawiam z panią ze swojego domu w Austin w Teksasie. Ale jednocześnie zawsze będę Kanadyjczykiem. Jeżdżę tam często, odwiedzam rodzinę i znajome kąty. Może kiedyś wrócę, kto wie?

Miał pan w karierze momenty, które z obietnicy triumfu zmieniały się w porażkę - jak choćby wysokobudżetowy "John Carter", który poniósł porażkę w box-office. Ma pan coś takiego, że już pan wie: "Tego unikam"?

- Nie mam rzeczy, których z zasady nie robię lub wiem, że nigdy nie zrobię. Ale są takie, za którymi nie przepadam. Należą do nich radykalne zmiany wagi. Mój serdeczny przyjaciel musiał przybrać dwadzieścia pięć kilogramów do małego, niezależnego filmu. Pierwszy tydzień był wspaniały, bo jesz co chcesz, a potem się zaczęła depresja, problemy ze stawami, skaczący cukier... Ja nigdy nie tyłem, ale za to chudłem. Zrzucałem kilkanaście kilo do roli w "Waco", wcześniej tyle samo do "Bractwa Bang Bang". To cholernie trudne i bardzo wyczerpujące, szczególnie im starszy się robię. Moje ciało i głowa tego nie cierpią! Także dopóki nie zadzwoni Scorsese z jakąś super propozycją to chudnięciu mówię: dość.

Rozmawiała Anna Tatarska

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Taylor Kitsch

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje