Reklama

Taylor Kitsch: Nie mam rzeczy, których z zasady nie robię

Praga, gdzie kręciliście "Pokonanych" to miasto kultowe dla wielu polskich filmowców, ze względu na słynną szkołę FAMU, ale to też popularna, klimatyczna destynacja wycieczkowa. Jak panu spędzało się tam czas?

Reklama

- Cudownie. Znowu nawiąże do przywileju, jakim jest taka praca: sześć miesięcy w tak cudownym miejscu, przecież to wręcz niemoralne! Jedynym minusem był napięty grafik, więc nie odkryłem wszystkich zakątków, które miałem w planie. Na szczęście mój kierowca, facet koło pięćdziesiątki, był prażaninem z dziada pradziada, bardzo gadatliwym, od niego się dowiedziałem chyba najciekawszych rzeczy - opowieści o przygodach przodków, znajomych! Poza tym w Pradze jak człowiek ma ochotę na lekcję historii, to wychodzi dwadzieścia metrów przed drzwi wejściowe - i już się zaczyna. Kręciliśmy w lecie, przed Covidem. Mieliśmy międzynarodową ekipę - Czesi, Szwedzi, Rosjanie, Niemcy, Francuzi... W użyciu - nie tylko za kulisami, ale też na planie - kilka języków równocześnie. Naprawdę, jedyny problem stanowiła dla mnie dieta. Mąka, czerwone mięso, gulasze... Nie bardzo lubię tak jeść. Przynajmniej piwo było pyszne, naprawdę niesamowite! W ogóle bardzo mi się podobała ta kultura picia i jedzenia na zewnątrz, te ogródki, wspólnota... cudowna sprawa. 

Dzięki temu, że film powstawał w Europie, miał pan okazję na własne oczy zobaczyć miejsca związane z wojną. Co wywarło na panu największe wrażenie?

- Miałem to szczęście, choć to nie do końca adekwatne określenie, że podczas zdjęć udało się nam odwiedzić teren dawnego obozu Auschwitz. Oczywiście wiedziałem, czytałem o obozach koncentracyjnych wcześniej, ale ta bezpośrednia styczność z miejscem była bezcenna, dała mi dobitne wyobrażenie na temat tego, co się wydarzyło. Człowiekowi trudno jest uwierzyć w to, co widzi dokoła. Stoi tuż obok, a jednak do końca nie dowierza. Na mnie ogromne wrażenie zrobiła przestrzeń. Nie zdawałem sobie sprawy jak ogromne było Birkenau, jak doskonale zorganizowana była cała eksterminacja. Ta architektura, okoliczne domki, baraki. Ktoś to zaprojektował, przemyślał funkcję w najmniejszym detalu, a ja, podczas odwiedzin, miałem szansę prześledzić jak i gdzie odbywał się cały ten proces, krok po kroku. Stałem tam i czułem, jakbym się dusił, bolało mnie całe ciało. Takie przeżycia bardzo pomogły mi wlać życie w moją postać. Max sam nie przeżył obozu, ale pojawia się w naznaczonym tą tragedią, tragedią II wojny światowej miejscu, to ma na niego wpływ. Życzyłbym sobie, żeby każdy mógł odwiedzić to miejsce, bo to doświadczenie, które zmienia życie.

Filmy osadzone w przeszłości potrafią być doskonałym zwierciadłem dla tego co tu i teraz. Jakie analogie widzi pan między tamtą rzeczywistością a dzisiejszym światem?

- Podzielenie, dyktat strachu, lęk przed nieznanym, przed innością. Różne sposoby na przepracowywanie traumy. To wszystko są wątki które łączą przestrzeń "Pokonanych" z naszą rzeczywistością. Dla mojej postaci szczególnie doświadczenie traumy, wynikające z historii rodzinnej, z relacji z bratem, staje się kluczem. Obaj przeszli podobny wstrząs, ale ich reakcje były całkowicie odmienne. To wydało mi się bardzo ciekawe. Max wciąż ma nadzieję na zmianę, Moritzowi, jak to się mówi "odjechał peron". Mają całkowicie inne postrzeganie jednego, tego samego wydarzenia. I znowu, to też bardzo współczesny wątek - jedno wydarzenie, sytuacja, i skrajne odmienne opinie na jego temat.

Pana bohater pochodzi z Brooklynu, pan po przyjeździe z Kanady sporo czasu spędził w Nowym Jorku. Co jest wyjątkowego w atmosferze tego miasta, dzięki czemu ma ono taki "mityczny" status?

- Dla mnie miało od zawsze, w pełni się zgadzam! Taką filmową kwintesencją nowojorskości były dla mnie zawsze "Ulice nędzy" Scorsese z doskonałymi Keitelem i De Niro. Ten film osadzony jest w latach czterdziestych, czyli współczesności Maxa. Był dla mnie punktem odniesienia w kwestii akcentu. Tamte lata były trudne, mieszkańcy walczyli, by związać koniec z końcem, to też musiało wpłynąć na charakter mojego bohatera. Poza tym Nowy Jork ma w sobie szyk, nowojorczycy czują się dumni ze swoich korzeni. To też coś, co Maxa określa.

I tę nowojorskość musiał pan przenieść do Berlina...

- ... do zrównanego z ziemią Berlina, który dla Maxa staje się w pewnym sensie kolejną przestrzenią traumy, znowu osobistej, ale tym razem o wiele intensywniejszej.

Dowiedz się więcej na temat: Taylor Kitsch

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje