Reklama

Reklama

Taylor Kitsch: Nie mam rzeczy, których z zasady nie robię

Taylor Kitsch, aktor znany z ról w takich hollywoodzkich produkcjach, jak "Battleship: Bitwa o Ziemię" czy "X-Men Geneza: Wolverine", gra główną rolę w nowym serialu Canal+ "Pokonani". W wywiadzie aktor zdradza, co zapamiętał z lekcji historii, co łączy serialową historię ze współczesnym światem. Wyjaśnia też, dlaczego według niego każdy człowiek powinien odwiedzić były obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau.

Przygodę w Hollywood Taylor Kitsch zaczynał jako "hottie" - aktor kojarzony ze świetnym ciałem i piękną twarzą. Wszystko dlatego, że pierwszą rolą, która przyniosła popularność byłemu modelowi Abercrombie and Fitch była postać niegrzecznego lowelasa Tima Rigginsa w kultowym dziś serialu "Friday Night Lights".

Kitsch nie uniknął w karierze momentów trudnych - na przykład, gdy zrealizowany za 250 mln dolarów "John Carter", jego pierwsza tak duża rola, poniósł w box-office sromotną porażkę. Ale ten smak Kanadyjczyk już znał - w końcu po przyjeździe do USA, zanim znalazł pracę, przez jakiś czas był bezdomny.

Reklama

Od lat z powodzeniem grywa w dużych tytułach i u boku dużych nazwisk. Oliver Stone ("Savages"), Ryan Murphy ("Odruch serca"), role u boku Chadwicka Bosemana ("21 mostów"), Michaela Shannona ("Waco"), Michaela Keatona ("American Assassin") czy Rihanny ("Battlefield), serial HBO "Detektyw" z Vincem Vaughnem i Rachel McAdams. W międzyczasie Kitsch spełnia się w działalności charytatywnej, szczególnie tej nakierowanej na dzieci.

Od 1 stycznia 2021 roku będziemy oglądać go w "Pokonanych". Wciela się tam w brooklyńskiego policjanta Maxa McLoughlina, który latem 1946 roku zostaje wysłany do podzielonego na cztery strefy wpływów Berlina. Jego zadaniem jest wspieranie tworzących się w gruzach policyjnych struktur. Ale stanie na straży porządku w przestrzeni brutalności i bezprawia i ścierających się politycznych sił - francuskich, amerykańskich, angielskich i radzieckich - nie będzie łatwe. Tym bardziej, że Max nie wie, że jest wykorzystywany jako pionek w grze o otwarcie zimnej wojny, a gdzieś w labiryncie berlińskich gruzów czai się jego brat Moritz, samozwańczy łowca nazistów, który nie cofnie się przed niczym...

Poza Kitschem w głównych rolach zobaczymy: Ninę Hoss (lokalna policjantka Elsie Garten), Sebastiana Kocha (przestępca o pseudonimie Engelmacher, Al Capone powojennego Berlina), Logana Marshall-Greena (zaginiony brat Maxa, Moritz) i Michaela C. Halla (konsul Tom Franklin).

Anna Tatarska: Akcja "Pokonanych" rozgrywa się w Berlinie, zaraz po wojnie. Czy decydując się na rolę Maxa McLoughlina miał pan jakkolwiek wiedzę na temat tego, jak wyglądała wówczas sytuacja w Niemczech?

Taylor Kitsch: - Akcja rozpoczyna się sześć miesięcy po końcu wojny. Mam wrażenie, że to taki moment, który umyka w procesie edukacyjnym - uczy się nas dużo o samej wojnie, ale o tym, co działo się bezpośrednio po niej ja na przykład nie miałem pojęcia. Fabuła "Pokonanych" jest wymyślona, ale nasz reżyser Måns Mårlind (współtwórca hitowego serialu "Most nad Sundem") konstruował ją na kanwie wielu prawdziwych historii. Mam wrażenie, że fakty i fikcja są tu doskonale zrównoważone. W procesie przygotowań podrzucił nam wiele filmów dokumentalnych czy artykułów, które pomogły zbudować wyobrażenie odnośnie klimatu miasta z 1946 roku. Odkrywanie kolejnych szczegółów historii było dla mnie pasjonujące.

Pana praca daje mu szansę poznawać świat, jego historię, niezwykłe miejsca, ludzi. Ceni pan to sobie?

- To jest w mojej pracy najlepsze! Przy każdej nowej produkcji mam szansę zanurzyć się w jej świat i dogłębnie go poznać. Może to być film wojenny jak "Ocalony", opowieść o liderze kultu ("Waco"), świat detektywa ("Detektyw") albo początki epidemii AIDS, jak w "Odruchu serca". Kiedy byłem początkującym aktorem, uczącym się aktorstwa w Nowym Jorku, nie przypuszczałem, że będzie mi dane tak żyć i pracować. Trenować z Navy Seals czy spotykać się z Larrym Kramerem [amerykański dramaturg, pisarz i działacz na rzecz praw osób LGBT - red.]. Wielki ze mnie szczęściarz! 

Praga, gdzie kręciliście "Pokonanych" to miasto kultowe dla wielu polskich filmowców, ze względu na słynną szkołę FAMU, ale to też popularna, klimatyczna destynacja wycieczkowa. Jak panu spędzało się tam czas?

- Cudownie. Znowu nawiąże do przywileju, jakim jest taka praca: sześć miesięcy w tak cudownym miejscu, przecież to wręcz niemoralne! Jedynym minusem był napięty grafik, więc nie odkryłem wszystkich zakątków, które miałem w planie. Na szczęście mój kierowca, facet koło pięćdziesiątki, był prażaninem z dziada pradziada, bardzo gadatliwym, od niego się dowiedziałem chyba najciekawszych rzeczy - opowieści o przygodach przodków, znajomych! Poza tym w Pradze jak człowiek ma ochotę na lekcję historii, to wychodzi dwadzieścia metrów przed drzwi wejściowe - i już się zaczyna. Kręciliśmy w lecie, przed Covidem. Mieliśmy międzynarodową ekipę - Czesi, Szwedzi, Rosjanie, Niemcy, Francuzi... W użyciu - nie tylko za kulisami, ale też na planie - kilka języków równocześnie. Naprawdę, jedyny problem stanowiła dla mnie dieta. Mąka, czerwone mięso, gulasze... Nie bardzo lubię tak jeść. Przynajmniej piwo było pyszne, naprawdę niesamowite! W ogóle bardzo mi się podobała ta kultura picia i jedzenia na zewnątrz, te ogródki, wspólnota... cudowna sprawa. 

Dzięki temu, że film powstawał w Europie, miał pan okazję na własne oczy zobaczyć miejsca związane z wojną. Co wywarło na panu największe wrażenie?

- Miałem to szczęście, choć to nie do końca adekwatne określenie, że podczas zdjęć udało się nam odwiedzić teren dawnego obozu Auschwitz. Oczywiście wiedziałem, czytałem o obozach koncentracyjnych wcześniej, ale ta bezpośrednia styczność z miejscem była bezcenna, dała mi dobitne wyobrażenie na temat tego, co się wydarzyło. Człowiekowi trudno jest uwierzyć w to, co widzi dokoła. Stoi tuż obok, a jednak do końca nie dowierza. Na mnie ogromne wrażenie zrobiła przestrzeń. Nie zdawałem sobie sprawy jak ogromne było Birkenau, jak doskonale zorganizowana była cała eksterminacja. Ta architektura, okoliczne domki, baraki. Ktoś to zaprojektował, przemyślał funkcję w najmniejszym detalu, a ja, podczas odwiedzin, miałem szansę prześledzić jak i gdzie odbywał się cały ten proces, krok po kroku. Stałem tam i czułem, jakbym się dusił, bolało mnie całe ciało. Takie przeżycia bardzo pomogły mi wlać życie w moją postać. Max sam nie przeżył obozu, ale pojawia się w naznaczonym tą tragedią, tragedią II wojny światowej miejscu, to ma na niego wpływ. Życzyłbym sobie, żeby każdy mógł odwiedzić to miejsce, bo to doświadczenie, które zmienia życie.

Filmy osadzone w przeszłości potrafią być doskonałym zwierciadłem dla tego co tu i teraz. Jakie analogie widzi pan między tamtą rzeczywistością a dzisiejszym światem?

- Podzielenie, dyktat strachu, lęk przed nieznanym, przed innością. Różne sposoby na przepracowywanie traumy. To wszystko są wątki które łączą przestrzeń "Pokonanych" z naszą rzeczywistością. Dla mojej postaci szczególnie doświadczenie traumy, wynikające z historii rodzinnej, z relacji z bratem, staje się kluczem. Obaj przeszli podobny wstrząs, ale ich reakcje były całkowicie odmienne. To wydało mi się bardzo ciekawe. Max wciąż ma nadzieję na zmianę, Moritzowi, jak to się mówi "odjechał peron". Mają całkowicie inne postrzeganie jednego, tego samego wydarzenia. I znowu, to też bardzo współczesny wątek - jedno wydarzenie, sytuacja, i skrajne odmienne opinie na jego temat.

Pana bohater pochodzi z Brooklynu, pan po przyjeździe z Kanady sporo czasu spędził w Nowym Jorku. Co jest wyjątkowego w atmosferze tego miasta, dzięki czemu ma ono taki "mityczny" status?

- Dla mnie miało od zawsze, w pełni się zgadzam! Taką filmową kwintesencją nowojorskości były dla mnie zawsze "Ulice nędzy" Scorsese z doskonałymi Keitelem i De Niro. Ten film osadzony jest w latach czterdziestych, czyli współczesności Maxa. Był dla mnie punktem odniesienia w kwestii akcentu. Tamte lata były trudne, mieszkańcy walczyli, by związać koniec z końcem, to też musiało wpłynąć na charakter mojego bohatera. Poza tym Nowy Jork ma w sobie szyk, nowojorczycy czują się dumni ze swoich korzeni. To też coś, co Maxa określa.

I tę nowojorskość musiał pan przenieść do Berlina...

- ... do zrównanego z ziemią Berlina, który dla Maxa staje się w pewnym sensie kolejną przestrzenią traumy, znowu osobistej, ale tym razem o wiele intensywniejszej.

Musiał pan do tej roli opanować nie tylko brooklyński akcent, ale też język niemiecki. Było trudno?

- Miałem niesamowitą nauczycielkę akcentu, pochodzącą z Berlina Simone. Moja opoka! Na szczęście Max jest Amerykaninem słabo mówiącym po niemiecku, a nie Niemcem, bo gdybym musiał grać Niemca, tobym przeszedł załamanie nerwowe! Niemiecki to cholernie trudny język, szczególnie dla kogoś, kto nie miał na takie dźwięki ekspozycji w okresie dorastania. Wszystkiego uczyłem się fonetycznie. Czasami zdarzało mi się podczas sceny "zawiesić" i wtedy ratowała mnie Nina [Hoss, świetna niemiecka aktorska i ekranowa partnerka Kitscha - red.]. W swojej karierze musiałem już grać z akcentem południowoafrykańskim, teksańskim, nowojorskim... Nauczyłem się, że nie ma czegoś takiego jak optymalny efekt, ktoś zawsze jest niezadowolony. Ja skupiam się na ustalonej z twórcami wizji i tego się trzymam. Język to niesamowity łącznik aktora z bohaterem, daje unikalny wgląd w jego stan umysłu i ogląd świata. Zdecydowanie wolę grać postać z akcentem niż mówić tak, jak na co dzień. To świetne narzędzie transformacji. Zmienia się układ ust, wygląd twarzy, kadencja. W "Waco" mój bohater, guru sekty David Koresh, miał nienaturalnie wysoki, miękki głos, co od razu inaczej nastawiało do niego widza.

Kojarzymy pana z amerykańskich hitów, ale jest pan, podobnie jak Ryan Reynolds czy Ryan Gosling, Kanadyjczykiem. Czuje się pan Amerykaninem, czy Kanada to jednak stan umysłu?

- Zacząłem swoją przygodę z USA jako dwudziestolatek, przyjechałem do szkoły. Teraz dobiegam czterdziestki, spędziłem tu zatem pół życia. Szaleństwo! Z czasem wrosłem w tę przestrzeń, umościłem się i czuję się jak u siebie. Rozmawiam z panią ze swojego domu w Austin w Teksasie. Ale jednocześnie zawsze będę Kanadyjczykiem. Jeżdżę tam często, odwiedzam rodzinę i znajome kąty. Może kiedyś wrócę, kto wie?

Miał pan w karierze momenty, które z obietnicy triumfu zmieniały się w porażkę - jak choćby wysokobudżetowy "John Carter", który poniósł porażkę w box-office. Ma pan coś takiego, że już pan wie: "Tego unikam"?

- Nie mam rzeczy, których z zasady nie robię lub wiem, że nigdy nie zrobię. Ale są takie, za którymi nie przepadam. Należą do nich radykalne zmiany wagi. Mój serdeczny przyjaciel musiał przybrać dwadzieścia pięć kilogramów do małego, niezależnego filmu. Pierwszy tydzień był wspaniały, bo jesz co chcesz, a potem się zaczęła depresja, problemy ze stawami, skaczący cukier... Ja nigdy nie tyłem, ale za to chudłem. Zrzucałem kilkanaście kilo do roli w "Waco", wcześniej tyle samo do "Bractwa Bang Bang". To cholernie trudne i bardzo wyczerpujące, szczególnie im starszy się robię. Moje ciało i głowa tego nie cierpią! Także dopóki nie zadzwoni Scorsese z jakąś super propozycją to chudnięciu mówię: dość.

Rozmawiała Anna Tatarska

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Taylor Kitsch

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama