Stanisława Celińska: Dawać pozytywną energię

Stanisława Celińska /Wojciech Olszanka /East News

Czuję się spełniona – mówi Stanisława Celińska. Stworzyła wiele wspaniałych kreacji aktorskich w teatrze, filmie i serialach. Teraz realizuje się muzycznie z mikrofonem w ręku, śpiewając piękne piosenki z mądrymi tekstami.

Reklama

Ostatnio częściej można panią podziwiać na dużych scenach koncertowych niż w teatrze...

Stanisława Celińska: - To prawda. Musiałam dokonać wyboru. A ponieważ muzyka jest bliższa memu sercu, postanowiłam nie rozpraszać sił i dać z siebie najwięcej, jak tylko potrafię w tej sferze działalności. Inaczej można zapędzić się w kozi róg, a jestem odpowiedzialna za wszystko, co mówię i robię. Stąd taka decyzja. Poza tym teatr idzie ostatnio w niedobrym kierunku i trochę boję się wziąć udział w jakimś dziwnym spektaklu.

Podobno zdecydowała się pani na dobre rozstać się z teatrem?

- Zrezygnowałam z etatu, bo wtedy musiałabym być dyspozycyjna i pewnie z powodu nakładających się terminów, zmuszona do rezygnowania z koncertów. A tego nie chciałabym robić. Obecnie zajmują mnie jedynie dwa zadania aktorskie. Pierwsze z nich to sztuka "Grace i Gloria", którą przygotowałyśmy z Lucynką Malec. Opowiada ona historię mądrej, ale i zarazem bardzo chorej kobiety, a mimo to mającej spore poczucie humoru. Dzięki temu nie jest to sztuka smutna i wiem, że podoba się publiczności. Prócz tego gram oczywiście w serialu "Barwy szczęścia". Moja Amelia jest tak fajną postacią, że grzechem byłoby się z nią rozstawać.

To przywiązanie do muzyki mnie nie dziwi, bo już w 1969 roku debiutowała pani na festiwalu w Opolu. Pani płyta "Atramentowa" odniosła niebywały sukces i jest podwójnie takiego obrotu sprawy?

- Zupełnie nie. Do tej pory jestem tym zaskoczona. Kiedy płyta ujrzała światło dzienne, okazało się, że mnóstwo ludzi wycisza się, włączając moje piosenki. Przychodzą po raz trzeci i czwarty na koncert. Jestem szczęśliwa, że udało mi się trafić w ich gust. Ale to także zasługa samego materiału i jego twórców. Cieszę się, że te czasem bardzo mocne teksty trafiły na muzykę Macieja Muraszko, która złagodziła ich przekaz. Powiem panu szczerze, że jeszcze do końca nie pojmuję i nie dociera do mnie fenomen "Atramentowej".

Pracuje pani nad nowym materiałem. Uchyli pani rąbka tajemnicy, co się znajdzie na nowej płycie?

- Po premierze "Atramentowej", kiedy stawała się coraz bardziej popularna, wzięłam się za pisanie własnych tekstów. Nie ukrywam, namówił mnie do tego Maciej Muraszko. Już na albumie studyjnym "Atramentowa... Suplement" pojawiły się moje teksty. Wtedy rozwiązał się w mojej głowie worek z pomysłami. Dużo jest w nich słów krzepiących, szczególnie dla człowieka samotnego. To niesamowite uczucie, kiedy po koncercie podchodzą do mnie ludzie i mówią, że napisałam o nich, wzruszają się, przytulają, pojawiają się łzy. To dla mnie najcenniejsze dowody uznania dla tego, co zrobiłam.

Ludzie potrzebują pozytywnych wartości...

- A ja uświadomiłam sobie, że przez dłuższy czas zajmowałam się sztuką gorzką, pokazującą zło. Co prawda, czasem trzeba pokazać to zło, żeby ktoś zechciał uciec w stronę dobra. Jednak przenosząc to wszystko na samej sobie, w pewnym momencie poczułam się tym przytłoczona. I pewnie dalej bym w tym tkwiła, gdyby nie powstanie "Atramentowej".

Wspomniała pani, że obecnie występuje tylko w spektaklu "Grace i Gloria" oraz w "Barwach szczęścia". Po wielu latach na planie tego serialu spotkała się pani ze swoim partnerem z "Nocy i dni". Tyle że wtedy odtwarzaliście państwo inne relacje rodzinne.

- Spotkanie po latach z Kaziem Mazurem, o którym mowa, rzeczywiście było ciekawe, ale też niezwykle miłe. Kiedyś mój upiorny braciszek Tomaszek z "Nocy i dni", a teraz serialowy mąż. Czasami sobie wspominamy. W końcu mamy co. Tworzymy fajną parę. Najważniejsze, że widzowie nas lubią. Amelia jest osobą dosyć odważną, z energią i pazurem, ale jednak pozytywną. Mam nadzieję, że będę z nią związana na dłużej, bo bardzo lubię tę postać.

W pani filmografii jest wiele pozytywnych ról, choć czasem z bardzo skrajnym charakterem. Wspomnijmy choćby dramatyczną Helę z "Zaklętych rewirów" czy groteskową nauczycielkę Lewicką z "Alternatyw 4".

- Zdecydowanie wolę nieść widzom czy słuchaczom radość i pozytywną energię. Jestem szczęśliwa, że mogę robić to teraz poprzez śpiew. Wywodzę się z rodziny o tradycjach muzycznych. Nie wiem, czy nie byłabym ich kontynuatorką, gdyby mama posłała mnie do szkoły muzycznej. Nie zrobiła tego, bo bała się, że wybiorę sobie trudny zawód. No to wybrałam łatwy.

Reklama

W genialnym, moim zdaniem, serialu "Mamuśki" z Ewą Wencel stworzyłyście panie cudowne kreacje. Aż dziw, że nikt nie pokusił się o kontynuację tego projektu!

- Nie ukrywam, że na planie "Mamusiek" sama świetnie się bawiłam. Lubiłam tę pracę. Również czuję pewien niedosyt. Chyba tylko u nas nie potrafimy kontynuować tego, co dobre. Sukces "Mamusiek" to przede wszystkim świetny scenariusz Jarosława Sokoła. Zresztą wszystko, co on napisze, jest dobre. Spod jego pióra wyszedł też scenariusz filmu "Pieniądze to nie wszystko".

Skoro przywołaliśmy "Mamuśki", nie mogę nie zahaczyć o pani życie prywatne. Pani dzieci są już dorosłe, ale czy nigdy nie myślały o aktorstwie?

- Moja Oleńka, która jest grafikiem komputerowym, ma olbrzymi talent aktorski. Ale myślę, że nie wytrzymałaby tej presji, paparazzich. W tym zawodzie trzeba mieć silną psychikę. Bała się pójść tą drogą. Może właśnie dlatego, że napatrzyła się także na te ciemne strony aktorstwa w domu. Syn Mikołaj skończył z kolei szkołę filmową i zdarza mu się stawać na planie w charakterze asystenta reżysera czy kierownika planu.

W tym roku będzie pani świętować jubileusz 50-lecia pracy zawodowej...

- Nie przepadam za świętowaniem i oglądaniem się wstecz. Trzeba iść do przodu. Natomiast moi bliscy bardzo chcą, żeby taki jubileusz się odbył. Podobno coś szykują. W zeszłym roku obchodziłam okrągłe urodziny i też zorganizowali mi fajną imprezę. W żartach mówiłam Maciejowi Muraszko, że podobają mi się ciemnoskórzy mężczyźni. I na tę okazję specjalnie zaprosił afrykańskiego muzyka. Myślałam, że umrę ze śmiechu! Kupił mi też wkrętarko-wiertarkę. Maszyny są moją pasją. Często idąc ulicą, zatrzymuję się przy budowach i oglądam dźwigi, koparki. Dostałam więc tę maszynkę, żebym sama sobie mogła coś wkręcić.

Syna pani urodziła, nie wiem, jak z drzewem. A postawiła pani dom?

- Mam część pewnej kamienicy, w której obecnie mieszkają moje dzieci. Ostatnio ją wyremontowałam i ociepliłam. Mam też małą działeczkę, na której stoi domek. Ciągle kombinuję, co w nim zmienić, jak go poszerzyć. W swoim mieszkaniu wiecznie przestawiałam meble. Bardzo to lubię.

Ale teraz pewnie najczęściej remontuje i przestawia pani własne teksty?

- O tak, ładnie pan to nazwał.

Marcin Kalita

Dowiedz się więcej na temat: Celińska Stanisława

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje