Reklama

Reklama

Sonia Bohosiewicz: Tylko grać

Czy społeczeństwo się zaśmieje? Inni obywatele niż ci u Jerzego Stuhra? Wydaje mi się, że teraz już tak. Chociaż on sam mówi, że boi się, iż dostanie "po łbie" - mówi Sonia Bohosiewicz w wywiadzie z Krystianem Zającem. Aktorka zagrała jedną z głównych ról w najnowszym filmie reżysera zatytułowanym "Obywatel".

W swojej nowej komedii Jerzy Stuhr wyśmiewa wszystko i wszystkich, nie oszczędzając przy tym samego siebie. Bohaterem filmu "Obywatel" jest Jan Bratek, który gdziekolwiek się pojawi, ściąga na siebie lawinę niespodziewanych zdarzeń. Ma wielkie szczęście, a może raczej... pecha, że zawsze znajduje się w miejscach, gdzie historia akurat zmienia swój bieg. Los miota nim zarówno w czasach komuny, jak i w nowoczesnej, demokratycznej Polsce, doprowadzając do zabawnych wpadek. W "Obywatelu" Sonia Bohosiewicz wciela się w żonę głównego bohatera (granego "na pół" przez Jerzego i Macieja Stuhrów), Renatę.

Reklama

Niewielu osobom udaje się tak dobrze zadebiutować. Jak to się stało, że pierwsza pozycja w pani filmografii to "Spis cudzołożnic" Jerzego Stuhra?

Sonia Bohosiewicz: - Byłam wtedy w czwartej klasie liceum, chodziłam na warsztaty do Doroty Pomykały i ona, tak przypuszczam, osobom, którym wydawało jej się, że mają predyspozycje i dostaną się do szkoły teatralnej, załatwiła epizody u pana Stuhra. Mieliśmy dosłownie jedno zdanie do powiedzenia.

- Zazwyczaj wszystkim wydaje się, że aktorstwo składa się wyłącznie z: blichtru, oklasków, pieniędzy, limuzyn, fleszów, autografów... Dorota Pomykała chciała, żebyśmy zobaczyli, jak to wygląda w rzeczywistości. Bo praca na planie filmowym jest zupełnie inna od tej w teatrze. Tam przychodzisz na cztery lub osiem godzin na próbę i w zasadzie jesteś cały czas w 'ferworze walki' - niezależnie od tego, czy grasz rolę większą czy mniejszą. Tymczasem funkcjonowanie na planie filmowym tak naprawdę składa się z czekania. Czekania i bycia w ciągłej gotowości. Myślenia o tym, że w każdej sekundzie mogą cię zawołać i to będzie ta sekunda, w której nagrywasz. To jest szalenie trudne, ponieważ męczy trzy razy bardziej niż zwykłe czekanie.

- W 'Spisie cudzołożnic' grałam prostytutkę na plantach. To była ładna, metaforyczna scena. Główny bohater snuł się pod koniec filmu, a ja i inne dziewczyny - jako takie kobiety "z zawodu" - wychodziłyśmy z mgły i mówiłyśmy najważniejsze zdania w jego życiu. Te, które wcześniej słyszał od matki lub kochanki. To było dobre doświadczenie. Pokazało mi, jak wygląda zawód aktora w rzeczywistości. Co z tego wyniosłam? Kiedy wróciłam z Krakowa do domu, czyli wówczas do Żor, po tym jednym dniu zdjęciowym, wiedziałam, że to jest świat, do którego chciałabym należeć.

Zanim ponownie spotkała się pani z Jerzym Stuhrem na planie "Obywatela", wystąpiła pani w tegorocznym reżyserowanym przez niego spektaklu "Ich czworo".

- A jeszcze wcześniej robiliśmy razem Teatr Telewizji "Szkoła żon". Pan profesor mnie wówczas cały czas rozśmieszał. Świetne to było.

Jak aktorzy odbierają Jerzego Stuhra? Jakiego rodzaju jest reżyserem?

- Strasznie kontaktowym. To jest zupełnie innego rodzaju praca, gdy ktoś, tak jak on, nie dość, że pełni funkcję reżysera i scenarzysty, to sam jest też aktorem. Dzięki temu nie ma problemów w przekazywaniu informacji, które osoba po tej stronie kamery musi otrzymać. Odczuwa się w efekcie niesamowite bezpieczeństwo. Na planie u pana Stuhra panuje ogromna kultura, dominuje bliskie mi specyficzne poczucie humoru, nie ma napięć, nerwów, brzydkich słów wykrzykiwanych w afekcie. Dopiero w takiej rodzinnej atmosferze można sobie pozwolić na wymyślanie czegoś, na pracę twórczą. Nie znoszę napiętych sytuacji na planie, spina mnie to, nie jestem w stanie wówczas o niczym myśleć, rozkłada mnie taka sytuacja. W efekcie uciekam od takich reżyserów.

Zdradzi pani, kto właśnie tak pracuje?

- Nie (śmiech).

A czy współpracując z Jerzym Stuhrem, aktor ma możliwość ingerencji w proces powstawania filmu. Reżyser rozważa podrzucane mu pomysły?

- Absolutnie. Chociaż wiadomo, że łatwiej o tego typu interakcję w teatrze. Bo gdy kręcisz film, to zdajesz sobie sprawę, że czas jest szalenie ważny. A że reżyser wie wszystko doskonale, więc lepiej nie wcinać się ze swoimi przemyśleniami, chyba, że widzisz, że rzeczywiście coś nie gra. W teatrze jest więcej takich możliwości, przede wszystkim jest czas na to, żeby poddawać swoje pomysły. I pan Stuhr zazwyczaj je przyjmuje. Chyba, że coś jest nietrafione, wtedy mówi: 'Nie, głupie' (śmiech).

Maciej Stuhr powiedział, że do przyjęcia roli skłoniła go chęć dobrej zabawy. Miał już dość tych kilku poważnych ról ("Obława", "Pokłosie"), które zagrał w ostatnim czasie. Chciał czegoś innego w tym momencie. Jak to było w pani przypadku?

- Nie miałam takiego odczucia. Tym bardziej, że scenariusz do tego filmu powstał już dużo dawno temu...

... Jerzy Stuhr przygotowywał się do niego od siedmiu lat.

- Scenariusz leżał więc sobie na moim biurku bardzo długo, ale wciąż wierzyłam, że uda się go w końcu przenieść na ekran. Osobiście uwielbiam metaforę, jaką pan Jerzy nakłada na rzeczywistość. Opowiada o rzeczach ważnych, ale nie robi tego w skali 1:1, tylko przetwarza je przy pomocy swojej inteligencji i poczucia humoru. Z lekkością, dowcipem, dystansem. To jest właśnie to, co mnie interesuje w kinie. Coraz mniej jest takich reżyserów. Łukasz Palkowski ma podobną radość życia i poczucie humoru. Jak robiliśmy 'Rezerwat', to bawiliśmy się równie dobrze, jak na planie u pana Jerzego.

A propos, z Łukaszem Palkowskim i "Rezerwatem" wiążą się jedne z pani pierwszych wspaniałych wspomnień z Festiwalu Filmowego w Gdyni...

- Zajebiście było. Tak naprawdę nie wiedzieliśmy wówczas, czy zrobiliśmy dobry film, ale znakomicie się przy nim bawiliśmy, świetnie się razem czuliśmy, imprezowaliśmy. Świętowaliśmy każdą kolejną nagrodę. Pamiętam, jak pojechaliśmy na pierwszy festiwal z tym filmem. To był Młodzi i Film...

W Koszalinie.

- Łukasz dostał tam nagrodę, ja również. Rano zadzwoniłam do niego, powiedziałam: 'Łukasz, chodź do mnie do pokoju'. On przyszedł ze swoją statuetkę. Postawiliśmy je wszystkie na półeczce przed telewizorem, otworzyliśmy szampana i składaliśmy sobie gratulacje (śmiech).

Na początkowym etapie kariery takie nagrody muszą bardzo cieszyć.

- Oczywiście. Choć ten sukces nie był w wieku powiedzmy 22 lat.

Ale mimo wszystko Łukasz Palkowski nie miał wcześniej na koncie pełnometrażowej fabuły, za którą mógłby zbierać laury. Pani też nie miała na koncie większych kreacji.

- Chciałam powiedzieć, że nie spadło to na nas jak na dwudziestolatków, którym się udało. Byliśmy po trzydziestce i w końcu mogliśmy powiedzieć: 'Wow. Jest. Super'.

"Ten film przypomina gorzką czekoladę. Nieprzesłodzoną słodycz z nutką goryczy, ale jednak wciąż mieszcząca się w kategorii deseru" - mówi Jerzy Stuhr o "Obywatelu". A jak pani odbierała w trakcie pracy tę nietypową komedię, wywołującą śmiech nie do łez, lecz przez łzy?

- W momentach, w których ja występuję, akurat było zabawnie. Walczyliśmy zresztą o to mocno, żeby na ekranie było lekko i wesoło. Pan Jerzy cały czas powtarzał: 'Po co opowiadać o strasznych rzeczach strasznie?'. Na planie zawsze jest jednak rodzaj skupienia, niezależnie od tego, czy robisz komedię czy dramat. Mija czas, a on jak wiadomo jest na wagę złota. Trzeba się spinać, ciężko pracować. Nie wyszła scena? To dubel. Znowu źle? Powtarzamy. W efekcie nie miałam poczucia, że robimy rzecz szalenie śmieszną lub strasznie poważną. Każdy wiedział, jaki wspólny mianownik pan Jerzy narzucił i starał się w tym odnaleźć. Dlatego między innymi wybrał osoby, z którymi wcześniej współpracował i wiedział, czego może od nich oczekiwać. Znał moją kabaretową przeszłość, widział mnie w różnych kreacjach w Teatrze Starym, w którym byłam przez prawie dziesięć lat. Razem z nim zresztą.

Dystrybutor opisuje Jana Bratka jako polskiego Forresta Gumpa. On również - podobnie jak postać z filmu Roberta Zemeckisa - bierze udział w najważniejszych wydarzeniach swojej epoki, choć zazwyczaj przypadkiem... Czy czytając scenariusz, miała pani wrażenie, że to jest właśnie taki bezwolny bohater, o którego losie decyduje przypadek.

- Jego życie cechuje to, że zawsze były na niego naciski, którym on zazwyczaj się poddawał. A nawet jeśli się oburzał, krzyczał: Nie, ja tak nie chcę' i na przykład wyskakiwał z łóżka, w którym leżał z graną przeze mnie żoną, to i tak był już pogrążony po samą szyję. Podoba mi się to porównanie. Oczywiście Jan Bratek to nie jest to polski Forrest Gump, ale powołanie się na film Roberta Zemeckisa jest całkiem trafne.

W "Obywatelu" jest dosyć specyficzna konstrukcja narracyjna, przeplatanie się wątków z różnych lat.

- To był największy problem pana Jerzego. Denerwował się, czy ludzie to odszyfrują, czy tą dość trudną łamigłówkę ułożą sobie po kolei.

A czy nie utrudniało to pracy na planie?

- Na każdym planie jest tak, że nie kręci się chronologicznie, ale tu było to dodatkowe utrudnienie - realizowało się niechronologicznie wydarzenia, które miały być niechronologicznie poukładane w filmie. Podobnie karkołomne zadanie mieliśmy w 'Obławie'. Kręciliśmy tę samą historię z czterech perspektyw. Na przykład: wchodziłam do łóżka z Maćkiem Stuhrem i wiedziałam, że gram scenę dla jednej z wersji, a za chwilę zrobię to dla innej. Trzeba było robić niby to samo, ale z niuansami, które miały być odczytane przez bohatera.

W "Obywatelu" Jerzy Stuhr porusza wiele drażliwych jeszcze do niedawna tematów, palących kwestii. Myśli pani, że potrafimy zachować dystans do naszej najnowszej historii? Traktować ją z przymrużeniem oka?

- Nie bardzo możemy rozmawiać o tym, czy mamy dystans, czy nie, bo to nie były nasze czasy, nasze wybory. Pamiętamy jedynie smutnego pana w okularach, który nie puścił 'Teleranka'. Byłam bardzo zawiedziona, bo przecież to był ten dzień, kiedy kogutek miał latać po płotku. I to są nasze wspomnienia. Jakieś wyżebrane banany w sklepie albo pomarańcze, które się pojawiały na święta, wiklina nad łóżkiem, do której się przyczepiało pocztówki i puszki coca-coli, które się pielęgnowało, a teraz wyrzuca się do śmieci. Tak pamiętamy tamte czasy.

Przeczytaj naszą recenzję "Obywatela"!

- A czy społeczeństwo się zaśmieje? Inni obywatele niż ci u pana Jerzego? Wydaje mi się, że teraz już tak. Chociaż on sam mówi, że boi się, iż dostanie 'po łbie' za niektóre rzeczy. Może taka jego karma (śmiech).

Renata, którą gra pani w "Obywatelu", to osoba, którą ciężko rozgryźć, przez co stanowi fantastyczne źródło komizmu.

- Szalenie się cieszę z tego, że pan Jerzy oddał w moje ręce tę postać. On zagrał z Maćkiem 'na pół', a ja mogłam kreować całość, mimo tego że naszych bohaterów obejmował ten sam okres czasowy. W efekcie, co chwilę mnie odmładzali i postarzali, co dla aktora zawsze jest frajdą. A jeszcze doszedł do tego inteligentny scenariusz, sceny z puentami, fantastyczny reżyser, dobry partner. Nie trzeba było robić nic innego, tylko grać.

Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Sonia Bohosiewicz | Obywatel

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje