Reklama

Reklama

Rinke Rooyens: Zaklęte kręgi

Z jego rozmów z więźniami wynika, że w tle wielu przestępstw tkwi wódka. Sam miał problemy z alkoholem, więc wie, jak trudno z nim zerwać

Rinke Rooyens przyznał, że sam miał problem z alkoholem

Już po raz drugi Rinke Rooyens porzucił dom, znajomych, zrezygnował z wielu przyjemności, by dać się zamknąć w więzieniu. Nie za karę, ale po to, by przeprowadzić szereg rozmów z ludźmi, którzy popełnili straszne zbrodnie. Poznał ich bliskich, spotkał się z przedstawicielami służb więziennych. I tak stanął oko w oko ze sprawami, które mogą jeżyć włos na głowie.

Z pierwszych odcinków cyklu "Rinke za kratami" płynie dla mnie wniosek, że sporo nieszczęść spowodowanych jest przez nadmiar alkoholu.

Rinke Rooyens: - Alkoholizm to w Polsce duży problem, a nadużywanie alkoholu jest powszechnie akceptowane. A przecież alkoholizm jest chorobą, czyli chyba logiczne byłoby najpierw tego kogoś wyleczyć, a dopiero potem nakładać karę. Zresztą to dotyczy nie tylko tego nałogu. Coraz więcej przestępstw dokonywanych jest pod wpływem narkotyków, a ten problem jest wciąż zamiatany pod dywan.

A samo więzienie nie leczy? Raczej pić czy ćpać tam nie można.

- Teraz przestępcy mają coś, co można nazwać wymuszonym detoksem, czyli siedzą więzieniu i nie mogą pić, ale nałóg wciąż w nich tkwi. Dobrze byłoby więc zrobić coś, żeby ten nałóg z nich wyciągnąć. Dzięki temu przynajmniej część ludzi wychodziłaby z więzienia wyleczona. A teraz jest tak, że często wsadza się do jednej celi kilka osób z różnymi uzależnieniami. Zamyka się je razem, a potem otwiera, żeby zobaczyć, co z tego będzie.

Kwestia leczenia powinno dotyczyć nie tylko nałogów, ale wszelkich patologii.

- Oczywiście. W programie rozmawiałem ze starszym panem. 30 lat temu przez zazdrość zamordował swoją partnerkę. Odsiedział 15 lat, wyszedł i popełnił identyczną zbrodnię. Po pierwszym przestępstwie żaden psychiatra z nim nie rozmawiał, czyli z tego pierwszego wyroku nie wynikło nic dobrego, ani dla niego, ani dla społeczeństwa. Wielu przestępców po wyjściu z więzienia wraca do tego, co robiło wcześniej. Ja wciąż jestem w szoku, że w Polsce jeden psycholog przypada na 200 skazanych. Żeby skutecznie prowadzić terapię, jeden psycholog powinien mieć pod opieką najwyżej 30 osób. Powinna też być właściwa dokumentacja, raportowanie problemów.

Reklama

Mogłeś spokojnie spać po rozmowach z więźniami? Na mnie niektórzy zrobili przygnębiające wrażenie.

- Gdy poszedłem do więzienia pierwszy raz, byłem kimś w rodzaju petenta. Szukałem w kryminale człowieka, byłem zaangażowany emocjonalnie. Nie miałem też dystansu, a nawet chęci, by pytać wprost, za co siedzą. Teraz tego problemu nie mam. Po pierwszej serii zdarzało się, że nie mogłem spać, a problemy, z którymi się spotkałem podczas nagrań, siedziały w mojej głowie. Teraz pytam ich wprost, co robili, i nie uciekam przed żadnym tematem. Mogę nawet wejść w rozmowę jak psycholog.

Jak się rozmawia z kimś, kto wie, że nigdy nie wyjdzie z więzienia?

- Dziwnie, bo nie można zapytać o marzenia czy plany. Nasze potrzeby są silnie materialne. Taki człowiek jakieś potrzeby ma, ale na pewno inne. My chcemy coś zmienić w naszym otoczeniu, on tego zrobić nie może - nie kupi nowych mebli, nie przemaluje pokoju, nie wyjedzie na wakacje. Taki więzień mówi, że zaakceptował wyrok, bo wie, że nie ma dla niego światła w tunelu. Ale w tym momencie tak naprawdę wyrok przestaje być karą, a staje się sposobem życia.

Co było najtrudniejsze podczas realizacji programu?

- Dostać pozwolenie na powrót do więzienia. W końcu dostaliśmy, ale późno i przez to mieliśmy mało czasu, żeby zdążyć zrobić wszystko tak, jak chcieliśmy. Trochę tę sytuację rozumiem, bo dla takiego więzienia, gdzie musi być dyscyplina, a wszystko jest robione pod kontrolą, wejście na teren ekipy telewizyjnej jest po prostu trudne, niewygodne i zaburza normalny rytm placówki.

I to było najcięższe?

- Zdecydowanie. Choć nie tylko z tym mieliśmy problem. Byliśmy w więzieniu przez 23 dni bez przerwy, czasami tylko pojawiał się nowy dźwiękowiec czy operator. Spędzić tyle czasu razem w takim miejscu nie jest łatwo.

Odniosłam wrażenie, że niby twoi rozmówcy przyznają się do tego, co zrobili, ale już winnych szukają poza sobą...


- To prawda. Ja mówię im: przestań mówić, że wina gdzieś tam leży, bo ona jest w tobie. Przyznaj się do tego przed samym sobą i wtedy może sam sobie wybaczysz. Bo jak sam sobie nie wybaczysz, to nigdy nie pójdziesz do przodu. Gdy oni mówią, że coś zrobili przez alkohol, to odpowiadam, że ja też miałem problem z alkoholem. Tylko że w którymś momencie zacząłem z tym walczyć. Ale to nie było tak, że ktoś zrobił coś za mnie. Nie! Ja sam musiałem się wziąć za siebie. Jasne, że na początku zawsze jest ciężko, zwłaszcza że na każdym kroku słyszałem: No chodź Rinke, napij się, nie bądź taki". 

Fakt, wpływ innych jest duży, w więzieniu chyba również?

- Oni siedzą w celach po pięciu, siedmiu, a nawet po jedenastu. Gdy tylu facetów siedzi razem, to dobrych efektów z tego nie będzie. Powiedzmy, że jeden po rozmowie z psychologiem myśli: "Fajny ten psycholog i mądrze mówi". Ale wraca do kolegów i słyszy: "Co, k.., jaki fajny"? Cała ta praca często idzie na marne po zderzeniu z opiniami kumpli z celi.

A jakie uczucia pojawiały się w tobie podczas rozmów? Co czułeś do tych ludzi?

- Większość z nich pochodzi z patologicznych środowisk. Oni nawet nie mieli szansy, żeby zmienić coś w swoim życiu. Jeden z moich rozmówców urodził się w więzieniu, bo jego matka odsiadywała wyrok. Często idziemy drogą, którą szli nasi rodzice. Moi rodzice rozwiedli się. Bardzo mnie to bolało i bardzo tęskniłem za pełną rodziną. Dorosłem i urodził mi się syn. Miał 6 lat, gdy się rozwiodłem, czyli zrobiłem mu to, co mnie zrobiono. W naszym życiu są więc zaklęte kręgi i gdy już w jakimś jesteśmy, trudno nam się z niego wydostać. Ewidentne jest, że powtarzamy emocjonalne błędy swoich rodziców. Ale dziedziczymy i dobre rzeczy. Mój ojciec był producentem, ja też jestem i kocham moją pracę. Bardzo jest więc ważne to, gdzie są nasze korzenie.

Geny to jedno, ale duży wpływ na nas ma też środowisko, w którym przebywamy.


- Jeden z moich rozmówców powiedział, że jedyny moment, gdy pracował nad sobą, to był ten, gdy przebywał prawie 700 km od rodziny. To powinno dać do myślenia odpowiedzialnym za resocjalizację. Gdy ktoś z wyrokiem 10 lat siedzi w więzieniu oddalonym o 500 km od miejsca zamieszkania, pracuje nad sobą, uczy się, potem dostaje pracę na zewnątrz, a ostatnie dwa lata jest poza więzieniem z elektroniczną bransoletką. Dostaje socjalne mieszkanie tam, gdzie nikt go nie zna, więc n ie wraca do patologii, z której wyszedł. Powoli zaczyna odbudowywać swoje życie. W Holandii to norma, że ludzie dostają socjalne mieszkania. Bo za więźniów odpowiedzialność ponosi państwo i to państwo, a nie tylko Służba Więzienna, powinno zrobić wszystko, żeby ci ludzie wrócili do społeczeństwa lepsi.

Iwona Leończuk

Program "Rinke za kratami“ można oglądać w środy  o godz. 22.05 w Polsacie.

-------------------------------

Rinke Rooyens to jeden z najbardziej znanych reżyserów programów rozrywkowych. Urodził się w Holandii, dorastał między teatrem (matka aktorka) a telewizją (ojciec reżyser). W dzieciństwie dorabiał myjąc samochody, potem wyjechał do Kolonii, gdzie pracował dla lokalnej telewizji jako montażysta i asystent kierownika produkcji. W 1998 roku przeniósł się do Warszawy, gdzie rozpoczął pracę jako reżyser. W 2003 roku założył firmę mediową Rochstar. Wyreżyserował kilkadziesiąt programów m.in. "Taniec z Gwiazdami", "The Voice of Poland" , "Top Model",  "Kocham Cię Polsko", "Gwiazdy Tańczą na Lodzie", "Celebrity Splash!". Jest też autorem formatów "Świat się kręci" oraz "Szymon Majewski Show". Obecnie reżyseruje "Dancing with the Stars. Taniec z Gwiazdami". Rinke Rooyens jest także zdobywcą wielu Telekamer oraz nagrody Gepard Biznesu i nagrody Róża Gali. Ma 18-letniego syna Rocha z małżeństwa z Kayah.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

To i Owo
Dowiedz się więcej na temat: Rinke Rooyens

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje