"Przestrzenie laboratoryjne, hospicja i sale szpitalne"

Marcin Koszałka to jeden z najzdolniejszych i najbardziej twórczych młodych ludzi w polskim kinie. Urodził się w 1970 roku w Krakowie, zadebiutował filmem dokumentalnym

Reklama

"Takiego pięknego syna urodziłam" - bezkompromisową, autobiograficzną historią rodzinną, wyróżnioną w 2000 roku na Krakowskim Festiwalu Filmowym. Debiut wywołał prawdziwe poruszenie w środowisku polskich dokumentalistów, rozpoczynając publiczną debatę na temat moralności artysty. Film ostro krytykował m.in. Marcel Łoziński, widząc w nim przejaw zdrady "współczującej i rozumiejącej" postawy dokumentalisty. Takiego pięknego syna urodziłam" poruszał bowiem tabu instytucji rodziny. Pięć lat póĽniej Koszałka kręci "Jakoś to będzie" - kontynuację słynnego debiutu, w którym oko kamery skierowuje tym razem na swą żonę oraz córkę.

Koszałka jest jednak głównie operatorem. Początkowo pracował z reżyserem Borysem Lankoszem nad kreacyjnymi dokumentami, tworząc m.in. nagrodzony wieloma nagrodami "Rozwój". Jego debiutem fabularnym są zdjęcia do filmu "Pręgi" Magdaleny Piekorz, za które otrzymał nagrodę festiwalu filmowego w Gdyni. W 2006 r. roku do kin trafią dwa filmy, do których realizował zdjęcia: "Kochankowie z Marony" Izabeli Cywińskiej oraz "Kochankowie roku tygrysa" Jacka Bromskiego.

Najciekawszym projektem Koszałki wydaje się jednak film "Istnienie", który wywołał małą burzę w polskiej prasie. Ma to być bowiem filmowa biografia doświadczonego krakowskiego aktora Jerzego Nowaka. Kontrowersje wzbudził pomysł Koszałki, by jego bohater przekazał swe ciało po śmierci Akademii Medycznej w Krakowie.

Z Marcinem Koszałką m.in. o jego japońskim filmie dokumentalnym, planach na 2006 r., fascynacji śmiercią i kontrowersjach wokół "Istnienia", rozmawiał Tomasz Bielenia.

Pracujesz obecnie nad dokumentem o Japonii, który realizować miałeś na Expo 2005, ale ta impreza już się przecież odbyła.

Marcin Koszałka: Dostałem prawa do tego filmu poza Japonią, więc teraz go przemontowywuję, bo w tej japońskiej wersji jest wciśnięty fragment z Expo - taki był wymóg organizatorów. Tu już nic mnie nie zobowiązuje. Robię więc teraz "polską" wersję i będę się starał gdzieś to sprzedać

Jak to się stało, że w ogóle realizowałeś ten projekt?

Marcin Koszałka: Japończycy wybrali do tego projektu siedem państw europejskich. Organizator zwrócił się do polskiej ambasady, a wyboru dokonał dział współpracy z zagranicą Telewizji Polskiej.

O czym opowiada twoja historia?

Marcin Koszałka: Film nosił będzie tytuł "Cały dzień razem" i opowiada o tym, jak przyjeżdżamy - ja z moim operatorem - do japońskiego domu, gdzie mieszka 70-letnia kobieta, która jest działaczem urzędu miasta. I to jest film o niemożliwości zrobienia filmu o Japończykach, bo są tak bardzo zajęci. Mamy więc przez cały czas problemy ze zrobieniem filmu o tej kobiecie, bo ona permanentnie nie ma dla nas czasu, mimo że chce, żebyśmy o niej film zrobili.

Próbujemy ją gonić, a ona nam ciągle ucieka. I oczywiście wychodzi taki wątek a la "Między słowami", bo ona zajmuje się międzynarodowymi gośćmi. Trzyma nas w domu i próbuje rozmawiać z nami po angielsku, mieszając to z japońskim. A my nie dość, że ciągle na nią czekamy, to jeszcze nie wiemy, co ona do nas mówi. A ona nie wie, co my mówimy do niej. Kompletna dezinformacja na każdym poziomie i o tym jest ten film.

Przygotowujesz się też do nakręcenia nowego filmu Magdaleny Piekorz, na podstawie "Filipa" Leopolda Tyrmanda...

Marcin Koszałka: Jeżeli chodzi o Magdę Piekorz, to na razie zostawiła Tyrmanda. To ma być bardzo duży film, koprodukcja międzynarodowa. Scenariusz napisał już jakiś czas temu Krzysztof Teodor Toeplitz, a teraz wspólnie z Magdą go skorygował.

Magda chce w międzyczasie zrobić mniejszy film. Ma do wyboru dwa scenariusze. Pierwszy to tekst absolutnego debiutanta, młodego chłopaka. To taki film o miłości do kina, o pasjonacie filmowym z małej miejscowości, który próbuje napisać scenariusz. To jest tekst jakiegoś studenta filozofii, który przesłał go Magdzie przez internet. To się Magdzie spodobało i teraz prowadzone są rozmowy. Nie wiadomo jednak, czy w końcu ten film na pewno powstanie.

Drugim, jaki chodzi Piekorz po głowie, jest taki kontrowersyjny tekst Saramonowicza, "Krzyż", o księdzu, który zmienia swoje życie, rzuca kościół, miewa kobiety. Nie wiadomo jeszcze, który film powstanie. Wiem jednak, że Magda będzie chciała zrobić coś tańszego, mniejszego przed adaptacją Filipa, która ma nosić tytuł "Park Hotel".

Tak czy siak, 2006 rok mam zarezerwowany dla Magdy.

Oprócz tego zacząłeś pracę operatorską nad debiutem animowanym...

Marcin Koszałka: To ciekawa propozycja. Jako operator filmowy zawsze świecę duży plan i ludzi, a tutaj mamy do czynienia z animacją przestrzenną, lalkową, ale tej nazwy nie lubią animatorzy. Robert Sowa zaproponował mi to jako pewien eksperyment, bo nie jest to powszechnie, żeby operator filmowy realizował światło w filmie animowanym. Ja przy tym projekcie odpowiadam za kreacyjną wizję światła.

Oświetlam tę całą historię, trudno to inaczej nazwać, bo zdjęcia są poklatkowe, wymyślone wizualnie przez Roberta, natomiast moja praca polega tylko i wyłącznie na kreowaniu światła i może czasem na kadrowaniu.

Na jakim etapie jest "Istnienie"?

Marcin Koszałka: Jeśli chodzi o "Istnienie", to ten projekt jest obecnie w bardzo dobrym momencie. Już wiem, że dofinansowywany będzie z pieniędzy Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, a produkuje go film warszawska firma Oto Studio. Natomiast właśnie się dowiedziałem, że poważnym koproducentem "Istnienia" będzie amerykańska stacja HBO.

Wiąże się to z decyzją szefów stacji, że od 2006 roku polski oddział HBO będzie finansowo wspierał interesujące polskie dokumenty.

To chyba dobra informacja.

Marcin Koszałka: Nie ukrywam, że będzie to spory zastrzyk finansowy, co jest niezmiernie ważne, bo ten film powstaje na taśmie filmowej. Było bardzo trudno uzyskać kontrahenta, który da pieniądze na dokument realizowany na taśmie filmowej. Od wielu lat w Polsce filmy dokumentalne kręci się bowiem wyłącznie w zapisie cyfrowym.

Dużym plusem zaangażowania w projekt stacji HBO jest również to, że jak film już powstanie, to udział amerykańskiego producenta daje duże możliwości promocyjne na rynku światowym.

Jak zareagowałeś na prasową burzę wokół "Istnienia", która kilka miesięcy temu przetoczyła się przez łamy polskich gazet?

Marcin Koszałka: Wszystko chyba zaczęło się od artykułu Tadeusza Sobolewskiego w "Gazecie Wyborczej", w którym zaprezentowane jest krytyczne podejście do mojego pomysłu..Sobolewskiemu trudno oceniać merytoryczną stronę filmu, gdyż filmu po prostu nie ma. Nie można krytykować filmu, który nie istnieje, można tylko zaatakować pewną ideę.

Wiedziałem, że tak będzie, spodziewałem się też, że zaraz znajdzie się ktoś, kto odpowie Sobolewskiemu. Tym kimś był Krzysztof Kłopotowski, który na łamach "Ozonu" zamieścił artykuł pod tytułem "Jak postraszyć filistra".

Myślę więc, że wytworzą się takie dwa przeciwstawne obozy, zwłaszcza że mam świadomość tego, iż poruszony został przeze mnie temat drażliwy. Temat śmierci we współczesnej cywilizacji jest najbardziej drażliwy, ponieważ człowiek we współczesnej kulturze zachodu zapomniał o tym, czym jest śmierć i w ogóle w nią nie wierzy. Mówienie o śmierci jest więc bardzo niedyskretne i dość niekomfortowe. My tak naprawdę zaczęliśmy wierzyć w swoją nieśmiertelność.

Nie znaczy to chyba jednak, że przestaliśmy bać się śmierci?

Marcin Koszałka: Literatura naukowa, która ostatnio porusza ten problem, nazywa go śmiercią hospitalizowaną, śmiercią, która została wyciągnięta z domu. My nie widzimy śmierci naszych bliskich. Nasi bliscy umierają w przestrzeniach laboratoryjnych, w hospicjach, w salach szpitalnych. Zanim zobaczymy trupa, to ten trup jest ułaskawiony, obudowany kwiatami, trumną, zatrzymany jest proces rozkładu, gnicia, jest w nekrowizażu, w makijażu.

Ta śmierć została kompletnie wyeliminowana, dlatego ten temat jest bardzo niewygodny.

Czy mógłbyś wskazać na kulturowe inspiracje, które zaprowadziły cię do tego tematu?

Marcin Koszałka: Projekt "Istnienie" na pewno wynika z fascynacji teatrem śmierci Kantora. To jest fascynacja manekinem, który u Kantora był uosobieniem śmierci. Manekin symbolizował śmierć, ale równocześnie był pogodzeniem się z tą śmiercią. U mnie funkcję manekina u Kantora będzie pełnił więc trup. Trup, który fascynuje, ale i odpycha.

To będzie film o człowieku z krwi i kości, ale też o manekinie, którym zostaje póĽniej - niby jest bohaterem, ale już bohaterem nie jest.

U ciebie tym bohaterem będzie jednak osoba publiczna - znany aktor Jerzy Nowak.

Marcin Koszałka: Ten film długo nie powstawał, bo osoby, które brałem pod uwagę jako bohaterów, nie miały tej siły dramaturgicznej, co postać Jerzego Nowaka. Dziś widzę, że gdyby bohaterem tego filmu był anonimowy człowiek, to nie wiem, czy byłby sens, aby ten film robić. To, że Nowak jest bohaterem, sprawia, że ta opowieść będzie automatycznie wielopiętrowa .

Jak układa się współpraca między wami?

Marcin Koszałka: Daję duże możliwości Nowakowi na planie. Na początku protestował, bo jest przyzwyczajony do tradycyjnej pracy na planie, gdzie aktor dostaje scenariusz. Na początku nie wiedział za bardzo, co ma robić. Mimo że to jest film o jego życiu, to oczekiwał ode mnie pełnego scenariusza, z dialogami, co było oczywiście niemożliwe, bo to jest film dokumentalny o nim.

Dopiero po pierwszych zdjęciach trochę się przełamał, zobaczył, jak to wszystko pracuje i wszedł w to.

Ile materiału zdołaliście już zrealizować?

Marcin Koszałka: Zdjęcia do tego filmu realizuję już od kilku miesięcy. Byliśmy z ekipą na Ukrainie, by pozwolić Jurkowi na wspomnienie "miejsc dzieciństwa". Mój bohater nie był tam chyba z 70 lat, pojawiła się więc okazja, by zrealizować tam część zdjęć. Ale tak naprawdę to dopiero początkowy etap realizacji filmu. Kręcimy w pewnych odstępach czasowych, co półtora miesiąca, ale nie jest to regułą, bo wszystko zależy od okoliczności.

Najbliższe zdjęcia mamy w sylwestra, bo Jurek idzie na zabawę sylwestrową w Krakowie i będziemy mu towarzyszyć.

Czy nie boisz się, że jeśli twój film powstanie i zobaczy go obecna ekipa rządząca, to staniesz się z miejsca reżyserem wyklętym, a pod twoim domem zaczną odbywać się pikiety?

Marcin Koszałka: Nie, bo jest duża szansa, że jak ten film będzie gotowy, to będzie już nowa ekipa rządząca. Moherowy rząd może już nie mieć nic do powiedzenia. Ale wydaje mi się, że tak naprawdę ciężko będzie komukolwiek podjąć jakiś atak na ten film, bo w świetle prawa wszystko jest w porządku. Człowiek ma prawo decydować o swoim pośmiertnym losie. Poza tym w filmie ja nie będę posługiwał się żadnymi elementami skandalu, bo nie atakuje ani Kościoła, ani rządu, ani nie mam pretensji do społeczeństwa.

Chcę jedynie opowiedzieć historię jednego człowieka, jego życie oraz podejście do sztuki. Bo to będzie także film o artyście, który w jakiś sposób buduje sobie sławę. To jest właśnie ciekawe, że Nowak, pomimo że kojarzy się z klasycznym i staromodnym Teatrem Starym., zachowuje się bardzo nowocześnie. Nie staramy się ukryć tego, że ten film Nowak robi także, a może przede wszystkim, dla sławy.

To jest tak naprawdę opowieść o mistrzu drugiego planu, który nigdy nie grał głównej roli. Na zawsze pozostał mistrzem epizodów. Mój film daje mu też możliwość zmierzenia się ze śmiercią, w sensie artystycznym. A to jest na pewno wyzwanie fascynujące tak dla aktora, jak i dla człowieka.

Czy śmierć, która jest bezosobowa, może przynieść sławę konkretnej postaci?

Marcin Koszałka: Młodzi studenci medycyny, ale też lekarze, żeby zaakceptować preparat formalinowy, muszą wyeliminować życiorys człowieka. Czyli człowiek, który służy do nauki, który leży na stole w formalinie, nie może mieć tożsamości. Mój bohater będzie tę tożsamość miał. Widz patrząc na niego, będzie go pamiętał, będzie go wspominał - to będzie konkretna postać. W tym wypadku naprawdę umarli uczą żywych. Śmierć staje się drogą do życia. Śmierć staje się możliwością przedłużenia naszego życia. I naprawdę o to chodzi.

Patrząc z drugiej strony, w moim filmie pojawia się element przemiany człowieka w powłokę. To jest bulwersujący temat, zarówno w kwestii wiary, jak i nauki. Ale najciekawsze jest uświadomienie sobie, że bez tych powłok nie byłoby w ogóle postępu medycznego. I wszyscy to muszą akceptować. Z jednej strony odrzucają, a z drugiej akceptują. Ja właśnie lubię takie sytuacje.

Lubię momenty, kiedy nie ma czarnego i białego, kiedy nie można powiedzieć, że jestem "przeciw", i nie można powiedzieć, że jestem "za".

Czy ten film można traktować w pewien sposób jako kontynuację dwóch autobiograficznych filmów: "Takiego pięknego syna urodziła" oraz "Jakoś to będzie"?

Marcin Koszałka: Ja w filmie "Istnienie" nie istnieję. Istnieję tylko w takim sensie, że słyszymy, jak Nowak zwraca się do mnie do kamery; nawet mówi "Panie Koszałko", bo on tak przekręca moje nazwisko. Są takie momenty, kiedy się do mnie zwraca, że jest wyczuwalna więĽ między reżyserem a bohaterem. Mam nadzieję, że tę więĽ będzie widać na ekranie, że reżyser nie jest anonimowym gościem schowanym za kamerą, tylko czasami zwraca się do niego bohater. I tylko w tym sensie ten film można traktować autobiograficznie.

A bardziej ukryty element, który w filmie raczej się nie pojawi, jest taki, że tak naprawdę robię ten film dlatego, bo mam - jako twórca - fobię śmierci. I w pewnym stopniu robienie tego filmu jest dla mnie rodzajem terapii, sposobem na ułaskawienie śmierci.

Czy zamierzasz w ogóle kontynuować autobiograficzny cykl, który przyniósł ci sławę jako twórcy dokumentów?

Marcin Koszałka: Myślę, że nie. Myślę tylko o mojej córce. Może za czterdzieści lat ona zrobi trzecią część. Może kiedyś weĽmie kamerę i zrobi o mnie film, jak będę w wieku moich rodziców. I tak to się skończy.

Dziękuję za rozmowę.

(Autorem zdjęcia Marcina Koszałki jest Adam Nocoń)

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje