Reklama

Piotr Fronczewski: W pewnym wieku nie należy się już niczemu dziwić

Zagrał ponad 120 ról w filmach i serialach. Uwielbiany przez widzów za Pana Kleksa, Szpicbródkę, Franka Kimono czy niezwykły głos. Ostatnio Piotr Fronczewski dołączył do obsady serialu "W rytmie serca", gdzie gra świetnego lekarza, doktora Zycha.

Piotr Fronczewski - wybitny aktor komediowy i dramatyczny

Czym ujął pana szorstki właściciel przychodni w Kazimierzu Dolnym?

Reklama

- Wydaje się przyzwoitym człowiekiem, w możliwie szerokim tego słowa znaczeniu. Co do budowania postaci, opieram się jedynie na dostarczonych mi materiałach. Chciałbym, żeby Michał Zych był lekarzem, jakich dziś już prawie nie ma. Takim, który nie tylko leczy, ale też opiekuje się pacjentem. Jest szefem przychodni w Kazimierzu, gdzie na szczęście nie widać, by pacjenci czekali rok czy dwa na zabieg lub wizytę. Stara się być otwarty na cierpiących i potrzebujących opieki. To lekarz starej daty, kontaktowy, doświadczony, który każdego swojego pacjenta zna, jeśli nie z imienia, to przynajmniej z nazwiska.

Pacjenci są wobec niego lojalni, darzą go zaufaniem. Aktor, który pracuje w zespole, też powinien mieć takie odczucia, prawda?

- Naturalnie! Jeśli przyjmiemy, że świat jest teatrem, to możemy się tak umówić. Szekspir pisał: "Cały świat jest domem zabaw" i miał  rację. Oczywiście ogromne znaczenie ma to, z kim się pracuje. Staramy się, żeby to była opowieść wiarygodna, zbieżna z doświadczeniem wielu osób. Zależy mi na tym, żeby mój bohater był ludzki, miał słabości. Zych jest człowiekiem niełatwym, bywa szorstki. Raczej nie dogadałby się z byłym ministrem zdrowia, być może nawet potraktowałby go brutalnie. Choć jest już emerytem, ma refleks i zapas sił witalnych. Nie podoba mu się, ile utrudnień robi się pacjentowi. Uważa, że to pacjent powinien stawiać warunki.

Ma jakąś tajemnicę?

- Tego wciąż nie wiemy. Scenarzyści na razie nie eksponują mrocznej strony doktora. To mężczyzna prostolinijny, altruista, który pomaga potrzebującym. Z całą pewnością nie należy do ludzi kierujących się martwą literą prawa. Przestrzega go tylko, gdy widzi, że ma to sens. (...)

Macie jakieś wspólne pasje?

- Zawsze podobały mi się zbieżności w charakterach granych przeze mnie postaci i moim. Na ekranie to zwykle wydaje dobry owoc. W tym przypadku jest to niewątpliwie pasja do czterech kółek - pięknych, eleganckich, klasycznych i z duszą. Ale bywa też tak, że postać ma ciekawe cechy, których ja niestety nie posiadam. (śmiech)

Woli pan grać ludzi dobrych czy czarne charaktery?

- Cóż, człowiek dobry, przyzwoity, jest nudny. O wiele ciekawszy jest ten zły, zachowujący się niewłaściwie, oryginalny. Takie "pęknięcia" i rysy napędzają dramaturgię postaci.

Gdzie jest miejsce doktora w miłosnym trójkącie Marysia (Barbara Kurdej-Szatan), Adam (Mateusz Damięcki), Robert (Piotr Polk)?

- Wszyscy oni są mu bliscy, choć najbliższa wydaje się Marysia. Doktor nie lubi jednak wtrącać się w życie innych. Chyba że to życie jest marnowane, wystawiane na szwank, źle traktowane. W takich chwilach potrafi pacjentom bezceremonialnie wyłożyć kawę na ławę.

I słusznie!

- On nie uznaje kompromisów w życiu ani w medycynie. Nie wiadomo, jaka jest jego historia. Może kiedyś uda się namówić scenarzystów, by poszli tropem jego prywatności? Mogliby napisać odcinek, którego akcja rozgrywa się w jego mieszkaniu. Dowiedzielibyśmy się wtedy, co doktor czyta, jakiej muzyki słucha, przede wszystkim zaś, kim jest człowiek pod białym kitlem.

Michał Zych od lat dba o zdrowie mieszkańców Kazimierza nad Wisłą. Serial właśnie tam powstaje. To urocze miasto na wielu Polaków działa jak magnes...

- Nie dziwię im się. Artyści szukają tam inspiracji. Przyciąga ich przepiękna architektura, malownicze położenie i fakt, że miasto uchodzi za ośrodek spotkań z kulturą i sztuką. Troszkę tylko w tym pięknym Kazimierzu zrobiłbym porządek, wtedy byłby jeszcze ładniejszy. (śmiech) Myślę, że nie cierpi na brak funduszy, a wygląda, jakby cierpiał. Z całą pewnością ma jednak swój niepowtarzalny klimat. (...)

Prywatnie jest pan fanem seriali medycznych?

- Przyznam, że ostatnio przylgnąłem do Netfliksa. Wciąga strasznie. Niestety, jeśli chcemy wyprodukować coś dobrego, muszą być pieniądze. Podejrzewam, że u nas już nie da się zrobić takich perełek, jak "Królowa Bona", "Dom" czy "Polskie drogi". Obecnie seriale przypominają usługi dla ludności. Szkoda.

Na planie "W rytmie serca" spotkało się kilka pokoleń aktorów. Lubi pan pracować z młodymi kolegami?

- Tak. To niezwykła, żywiołowa ekipa. Ludzie są uśmiechnięci, mają poczucie humoru, chce się z nimi pogadać, napić po pracy. Świetna atmosfera przenosi się na plan. Takie poczucie wspólnoty jest szalenie istotne.

W jakim rytmie bije pana serce?

- Jeszcze stuka. Czasami się o coś upomina. A poważnie, należę do tych, którzy biorą pod uwagę metrykę. W pewnym wieku nie należy się już niczemu dziwić. Trzeba po prostu starać się dojechać w możliwie przyzwoitej formie jak najdalej. Przychodzi mi tu do głowy porównanie z ostatnią prostą Formuły 1, gdy kierowca zaczyna widzieć faceta wymachującego flagą w szachownicę.

Rozmawiała Beata Banasiewicz

Piotr Fronczewski urodził się 8 czerwca 1946 roku w Łodzi. Absolwent, reżyser i profesor nauk teatralnych PWST w Warszawie. Debiutował jako 12-latek w "Wolnym mieście" Stanisława Różewicza. Zagrał ponad 120 ról w filmach i serialach ("Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy", "Królowa Bona", "Akademia Pana Kleksa", "Cesarskie cięcie", "Zabij mnie, glino", "Tato, a Marcin powiedział"). Wydał 2 płyty jako Franek Kimono. Występował w Kabarecie Pod Egidą i Kabarecie Olgi Lipińskiej. Ma żonę Ewę i córki Magdalenę oraz Katarzynę. W 2015 roku ukazał się wywiad rzeka "Ja, Fronczewski".


Tele Tydzień

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Piotr Fronczewski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje