Reklama

Nie trzeba się bać

- To rzeczywiście bardzo miły moment w moim życiu - mówi Anna Mucha, która po 10 latach wróciła na duży ekran. Aktorka zdradziła, że nie lubi być w tłumie innych kobiet, ceni sobie poczucie humoru Woody'ego Allena, nie żałuje porzucenia roli jurorki w programie "You Can Dance - Po Prostu Tańcz" i że teraz jest wreszcie bardzo szczęśliwa.

Anna Mucha to czołowa skandalistka polskiego show-biznesu. Jest aktorką, ale pracowała również jako dziennikarka, reporterka, niedawno zrobiła nawet krótkometrażowy film.

Reklama

W 2008 wzięła udział w programie "jak Oni śpiewają", zajmując piąte miejsce. W następnym roku, w parze z Rafałem Maserakiem, wygrała 10. edycję "Tańca z gwiazdami". Potem zasiadała w jury programu "You Can Dance" - Po Prostu Tańcz". Po 10 latach przerwy wróciła na duży ekran. W komedii "Och, Karol 2" zagrała lesbijkę Mirę.

Z Anną Muchą o kobietach, wyjeździe do Nowego Jorku, kłótniach z Michałem Pirógiem, przygodzie ze Stevenem Spielbergiem i nowej pasji, czyli reżyserowaniu rozmawiała Anna Kempys.

Niedawno ukazała się na DVD komedia "Och, Karol 2". Podobno mogła pani wybrać sobie rolę w tym filmie - dlaczego akurat wybrała pani Mirę, lesbijkę?

- Według mnie to ona miała najwięcej charakteru, była dla mnie największym wyzwaniem. Poza tym, ja nie lubię być w tłumie innych kobiet...

Wielu ludziom lesbijka kojarzy się z kobietą nieatrakcyjną. Przełamała pani ten stereotyp w filmie.

- Zależało mi, żeby ta kobieta spełniała standardy atrakcyjnej, fajnej dziewczyny. Jest taka aktorka Portia de Rossi [znana m.in. z serialu "Ally Mc Beal" - red.], na której jakoś się wzorowałam. Chciałam, żeby moja bohaterka była taka chłodna, zdystansowana, a jednocześnie bardzo delikatna i miękka w stosunku do tych, na których jej zależy.

Aktorki wcielające się w kochanki Karola spędzały czas na planie rywalizując o jego względy. Pani nie musiała tego robić. Jak zatem wyglądała pani praca na planie?

- (śmiech) ... dlatego właśnie chciałam zagrać Mirę, a nie koleżanki.

W jednym z wywiadów stwierdziła pani, że rola w "Och, Karol 2" jest "pięknym prezentem z okazji 20-lecia mojej obecności w kinie. Mam nadzieję, że będzie to początek kolejnych przygód filmowych". Czy zatem jakieś nowe przygody fabularne już się dla pani rozpoczęły?

- Jest to rzeczywiście bardzo miły moment w moim życiu. Między innymi dlatego, że znowu jestem zapraszana na castingi. I znowu mam szansę się pokazać. Bardzo mi zależy, żeby jak największej ilości ludzi pokazywać swoją pracę i swoje zaangażowanie. To jest z mojego punktu widzenia najważniejsze.

Kiedy wyjeżdżała pani do Nowego Jorku, żeby uczyć się aktorstwa w szkole Lee Strasberga, nie myślała pani, że to ryzykowne posunięcie? Opuściła pani kraj na dłuższy czas, nie bała się pani, że reżyserzy o takiej aktorce, jak Anna Mucha zapomną i jak pani wróci, nikt nie zadzwoni z propozycją nowej roli?

- Oczywiście, że się bałam. Natomiast wiedziałam też, że to jest taki moment w moim życiu, który chcę poświęcić tylko sobie. Uważam, że w życiu każdego człowieka jest taki moment, w którym powinien skoncentrować się na sobie. W moim przypadku chciałam zainwestować najlepiej jak mogłam, czyli pójść do najlepszej szkoły aktorskiej. Tak też zrobiłam i uważam, że - koniec końców - ten ruch zaowocował bardzo dobrymi zmianami w moim życiu.

Że nie był to czas stracony, okazało się od razu po powrocie. Andrzej Wajda zaprosił panią do Gdańska do wzięcia udziału w happeningu, podczas którego znani aktorzy recytowali fragmenty sztuk Szekspira, potem wygrała pani "Taniec z gwiazdami" i rozpoczęła przygodę z "You Can Dance" jako jurorka. Nie żałuje pani odejścia z tego programu?

- Nie tęsknię za tym programem. Ale takim ironicznym chichotem historii jest pewien fakt, który zasługuje na odnotowanie. Kiedy Dominik wygrał tę edycję [szóstą - red.], bardzo mnie to ucieszyło, ponieważ w poprzedniej edycji stoczyłam o niego walkę z Michałem Pirógiem, który nazywał go pokraką. Ja twierdziłam, że jest to niezwykły człowiek, interesujący i zdolny, któremu trzeba dać szansę. Michał go odrzucił na jednej z eliminacji. Między innymi na tej zasadzie zbudowały się takie, a nie inne relacje między nami. I nagle ten sam chłopak w następnym sezonie wygrywa program. Wiadomo, że przez ten rok zrobił gigantyczne postępy i bardzo nad sobą pracował, ale ten talent i zaangażowanie było widać po nim już wcześniej. Teraz przez Piróga jest nazwany już nie pokraką, a... poetą. Myślę, że jest to dosyć zabawna anegdota w kontekście różnych historii związanych z "You Can Dance" i mojej obecności w tym programie.

Mężczyźni w pani życiu zawodowym byli nie byle jacy. Pierwszy był Andrzej Wajda ["Korczak", 1990 rok - red.] - miała pani wtedy 10 lat, potem Steven Spielberg ["Lista Schindlera", 1993 rok - red.] - miała pani 13 lat. Niezły początek... Czy udział w "Liście Schindlera" zmienił pani życie, czy to była raczej dziecięca przygoda?

- Mam wrażenie, że to był piękny sen, który miał się ziścić w danym momencie, ale nie miał naturalną siłą rzeczy kontynuacji. Rynek amerykański i rynek produkowania filmów w Stanach wygląda nieco inaczej niż rynek polski. Może nie wykorzystałam tej szansy na 1000 procent, tak jak mogłabym to zrobić, ale też miałam 13 lat, a w mojej rodzinie nie było nacisku, żebym robiła karierę za wszelką cenę i kosztem swojego rozwoju. Być może błędem było to, że nie pojechałam mając 13 lat do Stanów. Być może nie byłabym w tym miejscu, tak szczęśliwa, jak jestem w tej chwili. Tego jednak nigdy się już nie dowiem... niestety.

Czy jest teraz jakiś reżyser, u którego chciałaby pani zagrać?

- Cenię sobie poczucie humoru Woody'ego Allena. Gdyby na przykład on mnie zatrudnił, wszyscy uważali by to za dobry żart, a ja uznałabym to za świetną propozycję zawodową.

Chciałam jeszcze zapytać o projekt "Wędrowcy". Dla wielu osób było zaskoczeniem, że pani zajmuje się takimi formami filmowymi - krótkim metrażem, dokumentem. To był pani pomysł, realizacja, reżyseria. Czy to jednorazowe wydarzenie, czy pani chce także realizować się w takich projektach?

- Nie trzeba się bać realizacji filmów. Jak się ma dobry pomysł, to już jest połowa sukcesu. Tak naprawdę mój film powstanie w tym roku. Będzie miał więcej niż 10 minut. Muszę przyznać, że w tej chwili muszę sobie wszystkie działania tak skoordynować, żeby móc podopinać wszystko na ostatni guzik.

Co to znaczy "mój film"? Proszę zdradzić, co to za projekt? Czy pani go reżyseruje, napisała sama scenariusz, wystąpi w nim?

- Tak, reżyseruję go. Tak, jestem w nim obecna. Tak, produkuję go (śmiech). Cieszę się tą samą aktywnością, którą cieszy się każdy początkujący, niezależny filmowiec. Jestem orkiestrą, która gra na wszystkich możliwych instrumentach. Jestem na tyle szczęśliwa, że mogę liczyć na pomoc swoich znajomych i przyjaciół. Udało mi się zarazić pomysłem kilku entuzjastów tego projektu. Jest to "mój projekt" w tym sensie, że ja wszystko koordynuję, ja to wszystko wymyśliłam. Wiadomo jednak, że każdy film jest pracą zbiorową.

Kiedy premiera?

Film będzie można na pewno zobaczyć jeszcze w tym roku.

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje