Reklama

Reklama

Nie rzuca słów na wiatr

Znamy go z ról w tak głośnych filmach, jak "Sherlock Holmes", "Bliżej", "Droga do zatracenia", "Utalentowany pan Ripley", "Wróg u bram", "Anna Karenina" czy "Wzgórze nadziei". Brytyjski gwiazdor Jude Law należy do ścisłego grona aktorów, którzy w kinie nie boją się trudnych wyzwań.

"Zawsze chciałem być rozpoznawany jako dobry aktor, ale nikt nie był tym zainteresowany. Publiczność zwracała uwagę tylko na mój wygląd. To na szczęście się zmieniło. Czuję dużą ulgę, kiedy pomyślę, że teraz inni będą błyszczeć przed kamerą" - powiedział aktor w jednym z niedawnych wywiadów, dodając, że granie ról dojrzałych mężczyzn wydaje mu się dużo bardziej intrygujące.

Jude'a Law z pewnością pamiętamy z roli dr Watsona w słynnym filmie "Sherlock Holmes". Teraz aktor po raz kolejny wciela się w postać lekarza. W nowej produkcji Stevena Soderbergha "Panaceum" brytyjski gwiazdor gra psychiatrę, który jest na szczycie swej kariery. Firmy farmaceutyczne walczą o to, by mężczyzna pomagał im w testowaniu nowych leków lecz splot okoliczności sprawia, że bohater zostaje uwikłany w kryminalną aferę.

Reklama

Jude Law opowiada o pracy na planie filmu "Panaceum".

To już twój drugi wspólny projekt ze Stevenem Soderberghiem. Wiedziałeś, że to ma być jego ostatni film?

Jude Law: - Tak, chociaż w zasadzie o tym nie rozmawialiśmy.

Czy ta świadomość naznaczyła projekt pewnego rodzaju smutkiem?

- Z początku uważałem, że nie może mówić tego na poważnie. Ale w miarę wspólnie spędzanego czasu, kiedy coraz lepiej go poznawałem, zdałem sobie sprawę, że to nie jest typ faceta, który rzuca słowa na wiatr. On nie próbuje w żadnym wypadku dramatyzować. Wręcz przeciwnie. I jednocześnie jest na tyle inteligentny, by wiedzieć, że jeśli za pięć czy dziesięć lat postanowi, że chce wrócić i nakręcić kolejny film, nie będzie przy tym czuł żadnego uczucia wstydu. Tyle że obecnie pragnie robi mnóstwo innych rzeczy - zająć się teatrem, malarstwem, fotografią. To facet o wielu talentach.

Jakim doświadczeniem było kręcenie tego filmu?

- Tak naprawdę bardzo pozytywnym. Kiedy wiesz, że bierzesz udział w czymś tak wyjątkowym, jak "Panaceum", w filmie ze świetnym scenariuszem i człowiekiem typu Stevena Soderbergha za sterami, czujesz się wprost cudownie. Czujesz się także odpowiedzialny za to, czym film będzie, daje ci to pewnego rodzaju poczucie przynależności i celu. Szkoda, że takich projektów jest ciągle zdecydowanie za mało.

źródło: Dzień Dobry TVN/x-news

- Steven jest tak znakomitym reżyserem, że udaje mu się sprawić, że cały proces tworzenia filmu wydaje się być łatwizną, co oczywiście nie jest w żadnym wypadku prawdą. Nieustannie podejmuje decyzje, które mocno wpływają na wszystkie rzeczy, które robi na planie - nieważne, czy montuje, stoi za kamerą czy ustawia światło. A trzeba dodać, że podejmuje te decyzje bez większego wahania. Pracuje z małą ekipą, z którą nakręcił swoje ostatnie dziesięć filmów. Praca na jego planie jest więc bardzo efektywna, spokojna i skoncentrowana na uzyskaniu jak najlepszych efektów. Mieliśmy bardzo krótkie dni zdjęciowe, ponieważ przygotowaliśmy się wcześniej, wchodziliśmy później na plan i kręciliśmy to, co trzeba było nakręcić. Było przy tym mnóstwo zabawy.

Na końcu filmu pojawia się niesamowity zwrot akcji. Co możesz o nim opowiedzieć, bez zbytniego zdradzania fabuły?

- To chcesz rozmawiać o tym zwrocie akcji czy nie? (śmiech) Nie chciałbym nic zdradzać, bo właśnie takie rzeczy przyciągają widzów do kin i nawet jeśli wiedzą, że będzie jakiś zwrot akcji, nie potrafią go w żaden sposób przewidzieć. Szukają podpowiedzi w złych miejscach, ponieważ fabuła filmu jest wypełniona różnymi fałszywymi tropami.

Na ile należy traktować "Panaceum" jako sprzeciw przeciwko nadużywaniu środków farmaceutycznych, aby leczyć brak szczęścia oraz problemy psychiczne?

- To z pewnością jeden z głównych wątków, ale film traktuje również o wielu innych rzeczach. Dla mnie osobiście ten film opowiada o relacji pomiędzy lekarzem i jego pacjentem Lekarzem jest tu utalentowany psychiatra, który szczyci się umiejętnością docierania do prawdziwych problemów swoich pacjentów i znajdywania idealnych rozwiązań. Nagle staje naprzeciwko osoby, której nie potrafi wyleczyć i nie jest w stanie dojść do sedna jej problemów, a kiedy nareszcie zaczyna czynić pewne postępy, dochodzi do morderstwa, za które wydaje się odpowiadać przepisany przez niego środek antydepresyjny. I wszystko staje na głowie.


Postrzegałeś swojego bohatera jako współczującego faceta, który przypadkowo dostaje się w środek huraganu?

- Cieszę się, że ty tak go postrzegasz, chociaż to jedna z kwestii, które dzielą w tym filmie publiczność. Ale tak, uważam, że to właśnie taki człowiek, nawet jeśli nie pokazuje tego otwarcie. Z jednej strony podejmowane przez niego decyzje zawodowe są zawsze związane z kwestią finansową. Nie popełnił tak naprawdę żadnego błędu i ma dowody na to, że mówi prawdę. Ale z drugiej strony to, co robił, jest zdecydowanie niejednoznaczne moralnie. Ażeby zemścić się za wszystko i odzyskać swoje dawne życie, musi stać się jeszcze bardziej dwuznaczny moralnie. Ale bardzo mi się to podobało w tym filmie - opowiadanie o ludziach, którzy, tak jak w prawdziwym życiu, zawsze mają jakieś wady. Każda postać w tym filmie jest skomplikowana, co oznacza, że wszyscy są interesujący dla widza.

W trakcie konferencji prasowej "Panaceum" na Berlinale powiedziałeś, że jeśli nie musisz, nie zbliżasz się nawet do leków na receptę, nie bierzesz nawet aspiryny na ból głowy. A jednak Ameryka wydaje się być zalewana lekami na receptę, pomagającymi ludziom mierzyć się z brakiem szczęścia w życiu. Ten film mówi o tym dość otwarcie, prawda?

- To prawda, że w Stanach Zjednoczonych leki na receptę są uznawane jako najlepszy i najszybszy sposób na radzenie sobie z problemami. Chodzi o sprzedawanie wizji życia w permanentnym szczęściu. Lub, jak powiedział nasz scenarzysta Scott Z. Burns, jest to broń w trwającej od dawna wojnie ze smutkiem.

- Wydaje się, że bycie zdołowanym nie jest już akceptowalne społecznie. Nie mówię tu o depresji klinicznej. Zbierałem sporo informacji na potrzeby tej roli i byłem świadkiem niezwykłych relacji, w które psychiatrzy wchodzili ze swoimi pacjentami, którzy naprawdę potrzebowali leczenia farmaceutycznego, bo tylko dzięki temu mogli dalej normalnie funkcjonować. Ale widzi się dzieciaki biorące leki, żeby się lepiej koncentrować, ludzi cierpiących na bezsenność uzależnionych od pigułek nasennych, innych zażywających leki, żeby trochę schudnąć zamiast wybrać się na dietę lub po prostu zacząć ćwiczyć. Ludzie, którzy forsują te pigułki jako leki na wszystko, zarabiają na tym fortuny i w moim mniemaniu podchodzą do całej sprawy z wielkim cynizmem.

- Tak się złożyło, że wychowywałem się w domu, w którym nie uznawaliśmy leków. Nigdy nie dostałem żadnych mocniejszych leków, co najwyżej syrop na kaszel. A teraz nawet tego nie daję swoim dzieciom. Uznaję leki homeopatyczne. Nie chodzi o to, że mam obsesję na punkcie zdrowia czy coś w tym stylu. Po prostu nie zależy mi tak bardzo na lekach, zawsze odnosiłem się do nich dość sceptycznie, a moja mama zawsze mi mówiła "Przejdzie ci. Sam wyzdrowiejesz. Wstawaj". Taka trudna matczyna miłość. Uzależnienie od leków to w Stanach wielki problem, który w filmie został ujęty bardzo subtelnie. Nie chodzi o pokazywanie palcem, lecz zachęcenie do rozmowy.

Film nie zajmuje wyraźnego stanowiska?

- Nie. Chcę to wyjątkowo mocno podkreślić, ponieważ nie chcę, żeby ludzie zaczęli rozumować na zasadzie: "Nie mam zamiaru wybierać się na film-kazanie". Zupełnie nie o to chodzi.

Zawsze lubisz skrupulatnie przygotowywać się do roli. Czy ta była wyjątkiem?

- To nie jest tak, że muszę się przygotowywać miesiącami. Przykładowo, kiedy grałem w "Annie Kareninie", ograniczyłem się tak naprawdę do przeczytania powieści. Tyle wystarczyło. W ten sposób bardziej zaangażowałem się w rolę.

- Praca ze Stevenem jest niezwykle interesująca, ponieważ on nie jest jednym z tych reżyserów, którzy pokazują ci palcem, co masz dla nich zrobić. Nie wysyła ci tony materiałów do przyswojenia. Tak się wręcz składa, że sam go nękałem pytaniami, co powinienem obejrzeć, co przeczytać, żeby lepiej się przygotować do roli. Lubię być pewnym, że znam świat mojego bohatera oraz sytuację, w jakiej znajduje się na początku filmu. W tym przypadku chciałem wchłonąć jak najwięcej wiedzy związanej z polem psychiatrii. Pragnąłem wypaść na ekranie autentycznie, do tego stopnia, że gdy film zobaczy jakiś psychiatra, powinien stwierdzić: "No tak, znam to ze swojego życia, rozumiem".

- Steven i Scott szczycą się tym, że film jest autentyczny. Chcieli pokazać prawdę. A kiedy już zajrzałem za kulisy tego świata, wtedy dopiero zaczęło być interesująco! Nigdy bym się nie przełamał do czytania tych rzeczy lub rozmawiania z osobami zaangażowanymi, gdyby nie ta rola.


Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Panaceum | Jude Law | Sherlock Holmes | "Wiatr" | film | aktor | Steven Soderbergh

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy