Michał Żurawski: Lekcja pokory

Na tegorocznym festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie Michał Żurawski pojawił się w trzech filmach, z których każdy wyreżyserowała kobieta. Aktor w rozmowie podczas festiwalu nie szczędził pochwał pod adresem reżyserek. - Każda z nich kombinowała na swój sposób i zwracała uwagę na rzeczy, które na pierwszy rzut oka mogły wydawać się nieważne. Dopiero potem okazywało się, jak istotne są to szczegóły - wyznał.

- Praca z debiutantami to też niezła lekcja pokory, a to w tym zawodzie szalenie ważne - mówi Michał Żurawski

Adrian Luzar, Interia: Ewa Bukowska, Beata Dzianowicz, Anna Jadowska. Jakie są polskie kobiety-reżyserki?

Reklama

Michał Żurawski: - Każda jest inna - tak jak każdy mężczyzna-reżyser jest inny. Ale łączy je całkiem inna energia na planie. Rozmowy z nami - aktorami przebiegały we wszystkich trzech przypadkach zupełnie inaczej, niż rozmowy z facetami. Różnica była niebagatelna.

To kwestia wrażliwości?

- Niekoniecznie, bo w świecie kina zarówno kobiety, jak i mężczyźni są na swój sposób wrażliwi. To bardziej kwestia rzeczy, na które zwracamy uwagę - my, a one. Nawet jak się porównuje kadry w "męskim" kinie z "damskim", można często zauważyć tę różnicę. Inaczej filmowy świat konstruują faceci, a inaczej kobiety - one zwracają uwagę na rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydają się nieważne. Dopiero później okazuje się, jak istotne są to szczegóły. Dla aktora, którego postać staje się częścią świata na ekranie, ma to ogromne znaczenie.

Każda z reżyserek tworzy jednak inny film. "Odnajdę cię" Beaty Dzianowicz reprezentuje polskie kino sensacyjne, "53 wojny" Ewy Bukowskiej to psychologiczny dramat o kobiecie, która czeka na powrót męża - korespondenta wojennego z kolejnego wyjazdu, z kolei "Dzikie róże" Anny Jadowskiej, pokazywane w sekcji jurorskiej, to historia oddalającego się od siebie małżeństwa...

- Tak samo odmienne było ich podejście, bo każda kombinowała na swój sposób. Dla Beaty Dzianowicz, która jest dokumentalistką, ważniejsza od inscenizacji była prawda. I czasem na planie "Odnajdę cię" gdy ktoś pomylił się w dialogu, Beata nie zwracała na to uwagi - bo w normalnej rozmowie ludzie też się mylą. Dla Ewy Bukowskiej z kolei ważniejsze jest, tak jak sama powtarza, słowo. Ważniejsze, niż obraz. Natomiast w "Dzikich różach" obraz zdecydowanie wygrywa, a my jako aktorzy byliśmy jedynie psychologicznym dodatkiem, który wypełniał film. Kobiece w każdy przypadku było to, że pokazujemy rzeczywistość widzianą oczami kobiet. Faceci mają jednak bardziej zerojedynkowe patrzenie na świat.

Co ważne we wszystkich tych filmach partnerujesz znakomitym polskim aktorkom - Magdalenie Popławskiej, Marcie Nieradkiewicz, Ewie Kaim. Jak tworzyłeś z nimi ekranowe relacje?

- Z Magdą Popławską, z którą pracowaliśmy przy "53 wojnach", znamy się już bardzo długo - graliśmy razem w kilku spektaklach i kilku filmach, dlatego dobrze się zgraliśmy. A projekt wymagał od nas tego, by nie ukrywać i nie ściemniać - i to się udało. Z Martą Nieradkiewicz przed pracą nad "Dzikimi różami" tak dobrze się nie znaliśmy. Ale że graliśmy ludzi, którzy się od siebie oddalają, ten nie do końca zburzony mur między nami był bardzo na rękę. Ewy Kaim, mojej partnerki z "Odnajdę cię" nie znałem z kolei w ogóle. Poznawaliśmy się dopiero na próbach przed filmem. To też pomogło, bo nasza relacja wypadła naturalnie na ekranie. Gramy policjantów, którzy mają ciężkie życie prywatne i trudną pracę, więc to nasze oderwanie od siebie sprawdziło się.

Ostatnio sporo mówi się o rosnącym znaczeniu "kina kobiecego", w którym kobiety odgrywają kluczową rolę. Czy dla ciebie tego typu łatki mają sens?

- Raczej kino robione przez kobiety, niż "kino kobiece". W kwestii profesjonalizmu czy podejścia nie dostrzegam jednak żadnych różnic - a dużo pracowałem dotąd z kobietami, bo poza wspomnianymi reżyserkami można wymienić jeszcze Agnieszkę Holland, Annę Wieczur-Bluszcz, Kasię Adamik, Anię Kazejak i Martę Plucińską. Oczywiście, tworzenie świata od podstaw to jest niezła frajda. I świat tworzony przez dziewczynkę, która bawiła się w dzieciństwie lalkami, a świat tworzony przez chłopca, który bawił się w wojnę, na pewno w pewien sposób się różnią. Ale ja nie dzieliłbym tego w taki sposób.

Ważniejsze wydaje się to, że - tak jak sugeruje nazwa koszalińskiego festiwalu - zarówno "53 wojny", jak i "Odnajdę cię" to filmowe debiuty. Lubisz pracować z debiutantami?

- Szczerze? Nie ma dla mnie znaczenia, czy ktoś debiutuje, czy robi kolejny film. Zawsze traktuję to jako wymianę energii i szansę. Wyreżyserowanie debiutu to trudna rzecz - i tak ogromne obciążenie fizyczne i psychiczne, że jako doświadczony aktor mogę jedynie wesprzeć taką osobę. Lub starać się jej nie przeszkadzać. Wiadomo, że gdy pracujesz z doświadczonym reżyserem, który ma wielki budżet, skupiasz się na innych rzeczach.

- Praca z debiutantami to też niezła lekcja pokory - a to w tym zawodzie szalenie ważne, bo kiedy budujesz skomplikowaną postać, zaczynasz od pokory. Wtedy nagle okazuje się, że wcale nie jesteś tak wyśmienitym aktorem, jak ci się wcześniej wydawało... Inna kwestia, że rzadko spotykasz się na planie z prawdziwym debiutantem. Dla przykładu - Beata Dzianowicz zanim zrobiła swoją pierwszą fabułę, pracowała wiele lat nad dokumentami. I to jej oko skupione na prawdzie można dostrzec w filmie.

W "53 wojnach" Ewy Bukowskiej wcielasz się w korespondenta wojennego - Witka, postać wzorowaną na Wojciechu Jagielskim. To mężczyzna, który jest na swój sposób "uzależniony" od wojny. Jak się przygotowywałeś do tej roli?

- Tak się złożyło, że przed rozpoczęciem zdjęć byłem akurat po dość długim pobycie w Azji. Byłem w szale adrenalinowym po przebyciu z plecakiem pięciu tysięcy kilometrów,  lżejszy o 10 kilogramów, więc do roli przygotowany byłem idealnie - a prosto z samolotu wszedłem na plan. Ważniejsze jest jednak to, że praca korespondenta wojennego nie różni się zbytnio od zawodu aktora. Oczywiście, różni się tym, że ja w mojej pracy raczej nie mogę zginąć... Ale jeśli chodzi o podejście psychologiczne - jest to właściwie takie samo uzależnienie. Jeśli aktor siedzi zbyt długo w domu, też wariuje i chce na tę swoją wojnę wrócić. Próbowałem więc czerpać z tego obszaru i tak się nakręcać. Inaczej nie jestem sobie w stanie wyobrazić jak wygląda wojna, bo nigdy wojny naprawdę nie widziałem. Mogłem co najwyżej odpalić YouTube’a...

A spotykałeś się z reporterami?

- Tak, mam kolegę reportera, do tego z kilkoma rozmawiałem. Rozwiali wiele moich wątpliwości. Potwierdzili też to, co sobie wyobrażałem.

Reżyserka Ewa Bukowska była równie pomocna?

- Mało powiedziane. Miałem wrażenie, że jest wręcz "opętana" tą historią. Na planie były modlitwy, egzorcyzmy... Działo się.

Jak na to reagowaliście?

- Magda [Popławska - przyp. autor] lepiej, bo sama grała "opętaną". Ja się buntowałem i dochodziło czasem do konfliktów. Ale nieraz tak jest, że najpierw trzeba się pożreć, żeby potem powstało coś twórczego.

Czy współpraca z Beatą Dzianowicz była równie burzliwa?

- Bardziej "dokumentalna". Mieliśmy otwarte pole do działania i mogliśmy wzbogacać scenariusz własnymi historiami, dopóki tylko były one prawdziwe. Chociaż Beata robiła tak naprawdę kino gatunkowe - z pościgami i strzelaninami - zdecydowała się na inne podejście. Pomyślała "niech się strzelaninami zajmą ci, którzy się na tym znają. A ja będę strzegła prawdy". To było bardzo uczciwe z jej strony i na ekranie wyszło ciekawie. Niektóre sceny gramy w taki "nieaktorski" sposób - co trochę nie pasuje do wyobrażenia o kinie kryminalnym. Podobnie jest ze scenami akcji. Bójki jednak naprawdę tak wyglądają - nie są efektowne, wyreżyserowane i szczególnie atrakcyjne do oglądania.

Mimo tego realizmu, "Odnajdę cię" ma cechy rasowego kina sensacyjnego, w którym mogliśmy cię oglądać już nieraz. Do takich przygód można zaliczyć serial kryminalny "Kruk. Szepty słychać po zmroku" Macieja Pieprzycy. Ważniejsze przy takich projektach jest przygotowanie fizyczne czy psychiczne?

- To już zależy od projektu. Przy "Kruku" byłem akurat nakręcony fizycznie, bo przez pół roku trenowałem boks i w czasie tygodniowej przerwy w treningach wszedłem na plan. To nie było do końca dobre, bo w "Kruku" gram kalekę. Zacząłem więc główkować, jak z  tego napakowanego, zdrowego faceta zrobić człowieka chorego. W końcu wymyśliłem sposób. Przypomniałem sobie wszystkie urazy z treningów, jak nerwobóle czy nadszarpnięte mięśnie, a do tego zacząłem na co dzień chodzić w kołnierzu ortopedycznym, w którym miałem grać. O mało nie zniszczyłem sobie kręgosłupa - bo przez wiele godzin w kołnierzu mięśnie tak się rozprężały, że gdy go ściągałem, nie mogłem utrzymać głowy prosto...

W tego typu produkcjach najczęściej wcielasz się w silne, zdecydowane postaci. To twoje kino i twój typ bohatera?

- Lubię takie kino i takie charaktery, ale myślę, że jest to przede wszystkim kwestia wykorzystania moich warunków. Z roku na rok pojawiają się jednak coraz ciekawsze propozycje i mam nadzieję, że już w przyszłym premierę będą miały dwa filmy, w których będę grał postaci zupełnie inne, niż dotąd. To taki zawód. Nie jesteśmy w Hollywood, żeby przebierać w rolach, a rodzinę trzeba wyżywić.

Przyszłością dla aktorów stają się seriale - również te przygotowywane na platformy internetowe, jak Netflix czy Showmax. 

- I to jest kolejne pole, które trzeba zaorać... Traktuję to jako wielką szansę dla nas, zwłaszcza, że produkcje, które powstają wyglądają coraz lepiej i są coraz lepsze. Czekam też na polskie sukcesy w tej dziedzinie. Odkąd Netflix zdecydował się na polskie produkcje, nasze seriale będą oglądane za granicą. Wierzę, że dzięki temu zaczniemy z zagranicą pracować. Najważniejsze to jednak kibicować sobie w tym wszystkim - bo nasze polskie podejście jest takie, że zazwyczaj jak ktoś osiąga sukces, to się go piętnuje, zamiast mu pomagać. A to działa w dwie strony. Jeśli odnosisz sukces, pracujesz poza Polską za większe pieniądze, ściągasz swoich ludzi i sprawiasz, że wszyscy zaczynają interesować się twoim krajem.

Jak w tej "biznesowej" rzeczywistości godzić artyzm z komercją?

- Cóż, w tym zawodzie liczy się jednak przede wszystkim rzemiosło. Artyzm zdarza się raz na parę projektów... To połączenie, co prawda, jest możliwe, ale to głównie kwestia szczęścia. Ja nie wierzę w przypadek, więc myślę, że każdy po prostu musi poczekać na swoją szansę. I tylko od niego zależy, czy ją wykorzysta czy nie. Ja, faktycznie, z roku na rok dostaję coraz lepsze propozycje i dla mnie to znak, że ludzie zajmujący się branżą w jakiś sposób mi ufają. Czasem więc wystarczy po prostu wsłuchać się w ich głos. Gdy się nauczy tego słuchania, można też nauczyć się dobrze wybierać.

Rozmawiał Adrian Luzar 

Dowiedz się więcej na temat: Michał Żurawski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje