Michał Żurawski: Jestem tylko aktorkiem

Z trudem godził się z tym, że nie wszystko od niego zależy. Przeżył załamanie, ostro imprezował, stracił kilka okazji zawodowych. Na szczęście Michała Żurawskiego w porę ktoś uratował.

Michał Żurawski na planie filmu "Karbala"

Kiedy patrzy się na twoją filmografię, okazuje się, że... lubisz bawić się w wojnę.

Reklama

Michał Żurawski: - W dzieciństwie się bawiłem, ale teraz mierzenie do kogoś z broni czy uciekanie przed wrogiem, nawet w filmie, nie jest przyjemne.

To czemu grasz w takich filmach?

- Gram, bo mam trójkę dzieci i muszę je wyżywić! Nie jestem Robertem De Niro, nie żyję w Hollywood i nie mogę odrzucać scenariuszy. Biorę, co popadnie, chyba że to jest straszny kit. Chociaż w niejednym kicie już zagrałem. Takie są polskie realia, proszę państwa.

Zastanawiałeś się, czy sam poszedłbyś na wojnę?

- Dzisiaj? Zależy, o co by była. Gdyby wojna wybuchła, wywiózłbym dzieci, ale nie wiem, czy sam wróciłbym walczyć. O co? Broniłbym swojego ogródka i domu, ale nie walczyłbym o prezydenta, polityków czy głupie hasła.

Niedługo do kin wchodzi "Karbala" - film o zwycięskiej akcji Polaków w Iraku. Na planie w pewnym sensie miałeś namiastkę wojny...

- Zdjęcia kręciliśmy w Jordanii, w której żyje wielu palestyńskich uchodźców z Izraela. Oczywiście, nic nie było załatwione, bo nie mieliśmy tyle pieniędzy, żeby wszystko opłacić. Dlatego zarekwirowano nam na trzy dni wojskowe samochody, bez których nie mogliśmy dokończyć filmu. Ale ludzie wydawali się przyjaźni, robili sobie z nami zdjęcia, dzieciaki się z nami bawiły. Do czasu. W przedostatni dzień kręciliśmy najważniejszą scenę - taką w tłumie ludzi. I nagle tym uchodźcom nie spodobało się to, że Europejczycy, a według nich Żydzi, kręcą film w muzułmańskim państwie!

- Tłumaczyliśmy, że jesteśmy z Polski, ale to nic nie dało. Przez dwie godziny trwały jakieś pojedyncze wybuchy, a potem Jordańczycy źle potraktowali jakiegoś imama i nagle zaczął za nami biec tłum 100-150 osób i rzucać w nas kamieniami. Antek Królikowski siedział przy otwartym oknie, coś go tknęło, założył hełm i w tym momencie dostał kamieniem w głowę. Gdyby nie ten hełm, byłoby po nim! Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Mamy to wszystko nagrane, bo reżyser uznał, że to przyda się do filmu.

Niebezpiecznie było też na planie "Strażaków"...

- To jest właśnie polski plan! Trudno uwierzyć, ale aktorzy wszystko robią sami. W "Strażakach" może nie było skrajnych sytuacji, ale wchodziliśmy w prawdziwy ogień. Myślałem, że będziemy mieli kaskaderów, nie byłem na szkoleniu, więc dla mnie to był żywioł. Po dwóch dniach przyzwyczaiłem się, to nie jest wielkie halo. Byłoby, gdybyśmy mieli naprawdę ratować ludzi. A tak... było trochę gorąco.

Kto wymyślił fryzurę Dario, którego grasz?

- Ja! Kiedy przeczytałem scenariusz, pomyślałem, że te wszystkie postaci się od siebie za bardzo nie różnią. Zaproponowałem, żeby mojemu radiowcowi zrobić jakieś loki czy afro, bo jako w pewnym sensie artysta mógł sobie na to pozwolić. Próbowałem o to walczyć, ale w końcu poszliśmy na kompromis. Doczepili mi tylko kilka dredów, jakieś loki, miałem też brodę, bo czekały mnie jeszcze dokrętki do "Karbali" i nie mogłem jej zgolić.

Kręcicie drugi sezon "Strażaków"?

- Mamy zamiar, ale na razie nic mi nie wiadomo o wejściu na plan.

Ale na brak zajęć nie narzekasz - razem z żoną, Romą Gąsiorowską, prowadzicie szkołę aktorską. Jak się odnalazłeś w roli nauczyciela?

- Szkoła to autorski pomysł mojej żony. Zapytała mnie, czy nie chciałbym prowadzić jakichś zajęć. Jestem ostatnią osobą, którą by to interesowało, nie wiedziałem, jak miałbym się do tego zabrać. No, ale jak żona prosi, postanowiłem spróbować. I bardzo mnie to wkręciło.

- Prowadzimy dwa kursy - przygotowujące do egzaminów na akademię i takie dla wszystkich, którzy chcą grać przed kamerą. Przede wszystkim uczymy przygotowania psychofizycznego i praktyki aktorskiej. Chcemy dać do zrozumienia ludziom, że ten zawód wiąże się z wielkimi wyrzeczeniami i może ludziom nieźle namieszać w głowie. Na pierwszych zajęciach proszę, by się dobrze zastanowili, czy na pewno chcą to robić. Opowiadam kilka historii o sobie i znajomych.

Też miałeś z tym problem?

- Kiedy pierwszy raz wszedłem na plan, myślałem, że jestem wielki. Szybko okazało się, że jestem tylko aktorkiem, który ma wypełniać polecenia reżysera, producenta i innych ludzi. Że nic ode mnie nie zależy. Na całej filmowej liście aktorzy są na końcu, mimo że w napisach z reguły pojawiają się jako pierwsi.

- Nagle się okazało, że przegrywam castingi i wcale nie jestem taki świetny, jak mi się wydawało. Moje wybujałe ego musiało sobie z tym poradzić. To duży problem psychiczny do przepracowania. Wielu sobie z tym nie radzi i ja też sobie nie poradziłem. Przez wiele lat ostro się bawiłem i odreagowywałem, pewnie wiele rzeczy zawaliłem, ale była to dla mnie nauka. Gdybym się wtedy nie pozbierał, nie byłbym dziś tu, gdzie jestem.

Co cię uratowało?

- Żona. Wiem, banał, ale prawdziwy.

Rozmawiała: Ewa Gassen-Piekarska

Dowiedz się więcej na temat: Michał Żurawski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje