Reklama

Michał Meyer: Człowiek o stu twarzach

Utalentowany parodysta, Michał Meyer, pokaże swą kolejną twarz. Od 1 kwietnia na antenie Comedy Central będzie prowadzącym trzeciego sezonu programu "Comedy Club", w którym wystąpi plejada najlepszych polskich stand-uperów.

Chyba już w liceum zdarzało mi się kogoś małpować - wspomina Michał Meyer

Jesteś nowym prowadzącym "Comedy Club". Co kryje się za określeniem "prowadzący"?

Reklama

Michał Meyer: - Witam i żegnam widownię, spinam występy naszych komików, które będą później pocięte i zmontowane w odcinki. Nie mam być konkurencją dla stand-uperów. Jestem raczej przerywnikiem, kimś, kto utrzyma poziom energii na sali. Przed pierwszym "Comedy Clubem", miałem dość mgliste wyobrażenie na temat tego, co kryje się za tą funkcją. Do tej pory tylko okazjonalnie prowadziłem jakieś imprezy, głównie występowałem z parodiami.

Czy gdy jesteś za kulisami i słyszysz na scenie komika, który opowiada genialną anegdotę, to jesteś odrobinę zazdrosny, że to nie ty ją opowiedziałeś publiczności?

- Nie odczuwam zazdrości. Prędzej byłbym zazdrosny, że ktoś występuje w świetnie napisanej roli. A jeżeli chodzi o humor, to nie lubię powielania, więc mogę się tylko cieszyć, że ktoś mnie rozbawił. Nigdy nie myślałem, kiedy natykałem się w życiu na śmiesznych ludzi, że chciałbym być "zabawnym tak jak oni". Humor wtedy jest autentyczny, kiedy jest twój i wypływa z ciebie.

W "Comedy Club" występują zarówno uznani komicy, Rafał Rutkowski czy Tomasz Jachimek, jak i ci dopiero pracujący na swoją markę. Czy masz swoich ulubieńców, jeśli chodzi o stand-up?

- Stand-up to relatywnie nowa forma sceniczna w Polsce. Z ciekawością przyglądam się, jak dynamicznie się rozwija. Dopiero nabieram sympatii dla pewnych komików. Na razie nie mam swoich faworytów, ale odkryciem są dla mnie Cezary Ponttefski i Damian Skóra, których oglądałem w naszym programie.

Twoją specjalnością jest parodiowanie. Kiedy zacząłeś naśladować ludzi?

- Chyba już w liceum zdarzało mi się kogoś "małpować". Później parodiowałam profesorów ze szkoły teatralnej. Działo się to przypadkiem. Słyszę kogoś, widzę, że jest charakterystyczny i aż korci mnie, żeby coś powtórzyć. A gdy oglądam polski film, to zdarza mi się powtarzać za jakimś aktorem kwestie. Ale gdy zacząłem parodiować innych na zamówienie, zaczęły się schody...

Co masz na myśli?

- Tak bardzo chciałem, jak najlepiej kogoś odwzorować, że zupełnie się blokowałem, nie wiedziałem, na jakich cechach, manieryzmach się skupić. Pamiętam, jakim twardym orzechem do zgryzienia było dla mnie zagranie Kuby Wojewódzkiego czy Grzegorza Napieralskiego w "Szymon Majewski Show". Dzisiaj jestem bardziej wyluzowany. Uważam, że nie ma konieczności, by być podobnym do kogoś jeden do jednego. Wystarczy tylko znaleźć kilka wyróżników danej postaci.

Czy zdarzyło ci się, że osoby publiczne, które parodiowałeś, kontaktowały się z tobą później i mówiły, co myślą o tym, jak je przedstawiłeś?

- Po pierwszym moim występie w "Szymon Majewski Show" zadzwonił do mnie Tomasz Kammel. Pogratulował i powiedział, że parodia bardzo mu się podobała. Ostatnio podobnym dystansem do siebie wykazał się trener żużla Jacek Frątczak, którego parodiowałem na gali PGE ekstraligi.

Czy na co dzień, tak jak wielu aktorów komediowych, jesteś spokojny, gromadzisz energię, pomysły, by eksplodować dopiero na scenie czy przed kamerą?

- Bywały takie okresy, że byłem dosyć ponury na co dzień. Ale ostatnio rozsadza mnie energia (śmiech). Często, pracując wiele dni z rzędu na planie, zamiast np. położyć się między scenami i pospać, to wytracam ją nieodpowiedzialnie - śmieję się, wygłupiam, po prostu gęba mi się nie zamyka (śmiech). Zauważyłem jednak, że nawet jeśli wyrzucam z siebie energię, to dostaję ją z powrotem w postaci śmiechu lub innej reakcji od ludzi. To mnie nakręca.

Rozmawiał Andrzej Grabarczuk (PAP Life)


PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Michał Meyer

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje