Reklama

Michał Bryś: Marta Manowska potrafi otwierać ludzkie serca

W piątek 20 marca o 20.25 TVP1 wyemituje pierwszy odcinek nowego programu "Ośmiu wspaniałych". Reżyserem tego show jest Michał Bryś, którego widzowie znają jako jurora "Bake Off - Ale ciacho!" i gospodarza szóstej edycji "Hell's Kitchen". Dla niego praca przy tym programie była powrotem do przeszłości, bo przed laty zajmował się produkcją telewizyjną.

Jestem reżyserem, który realizuje swój określony plan - przekonuje Michał Bryś

Z której strony kamery czuje się pan lepiej?

Reklama

Michał Bryś: - Tak samo dobrze czuję się z każdej strony. Moja droga zawodowa jest bardzo rozległa, bo skończyłem Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Krakowie, a potem poszedłem od razu na produkcję telewizyjną, bo to okazało się dla mnie bardziej interesujące. W końcu jednak pierwsze skrzypce odegrała reżyseria. Później była przerwa na kulinaria, a teraz znowu powrót do reżyserii. To zawód, który wiąże się z liderowaniem i dowodzeniem grupą ludzi. Te zdolności przywódcze miałem od dziecka, w szkole podstawowej przejawiało się to niestety tym, że tworzyłem różne bandy i byłem hersztem grupy.

W jaki sposób mocny charakter pomógł panu w projektach zawodowych?

- W dowodzeniu chodzi przede wszystkim o to, że realizuje się jakąś wizję. To nie mają być rządy dyktatorskie, ale zarażanie innych swoją ideą, pomysłem, a potem wspólna realizacja i zwalczanie trudności, które zazwyczaj towarzyszą takiej pracy. I w zawodzie reżysera, i producenta, napotykamy często przeszkody - czy to natury organizacyjnej, czy ludzkiej. Trzeba więc być trochę artystą, trochę generałem, na pewno psychologiem, ale również rzemieślnikiem, który musi wykonać określoną pracę, korzystając z warsztatu, którym dysponuje. Nie jestem artystą oderwanym od rzeczywistości, stąpam twardo po ziemi i nie proszę o rzeczy niemożliwe do zrealizowania.

"Ośmiu wspaniałych" to dość nietypowy program telewizyjny. Czy jego reżyserowanie wiązało się ze szczególną satysfakcją?

- Pomagaliśmy facetom, którzy w jakiś sposób są zagubieni, poobijani przez życie, ale chcą się zmienić, spojrzeć w przeszłość, przyjrzeć się błędom, które popełnili, przeanalizować sytuacje, w jakich się znaleźli. Oni stracili rodziny, stracili miłości swojego życia, urwał im się kontakt z dziećmi. Starają się jednak to naprawić, a my im w tym pomagamy, dajemy im narzędzia, uświadamiamy błędy i oni się zmieniają na naszych oczach. Widzieliśmy tę zmianę.Wystarczy zajrzeć na ich profile w mediach społecznościowych, przeczytać ich listy, w których sami z siebie dziękują, że mogli się znaleźć w programie. Ta praca nie idzie więc na marne, nie jest to tylko show telewizyjne, ale namacalna pomoc. Dzięki tej pomocy wielu z tych ludzi ułoży sobie na nowo życie, ich ścieżka się wyprostuje.

W "Hell's Kitchen" rządził pan twardą ręką. Czy tak samo wymagającym jest pan reżyserem?

- Jestem reżyserem, który realizuje swój określony plan. Lubię, kiedy wszystko jest punktualnie, kiedy wszyscy wiedzą, co mają robić. Jestem mało tolerancyjny, jeśli chodzi o spóźnienia, ale to wszystko służy jednemu - żebyśmy wszyscy wykonali określony scenariusz. To nie jest moje widzimisię, nie mam szczególnej obsesji dyscypliny. To wszystko wynika z prozaicznych sytuacji - jeśli plan zdjęciowy trwa 12 godzin, to jeśli ktoś przyjdzie godzinę później, to ja nie zrealizuję planu, bo zabrania tego prawo.

- Nie da się pracować, tylko głaszcząc się po głowie, ale na pewno nie jestem tyranem, nie biegam po planie z biczem. Staram się zrozumieć każdego człowieka, z każdym trzeba porozmawiać inaczej i wejść w jego osobowość. Dowodzenie nie polega na krzyku czy mobbingu, ale musi być konkretne. Trzeba sobie wypracować autorytet, bo inaczej nie będzie się słuchanym. Zarówno uczestnicy jak i ekipa muszą wiedzieć, że jeżeli wchodzę na plan i coś mówię, to znaczy, że w to wierzę, a po drugie i jeszcze ważniejsze: wiem, jak to zrobić. Muszę dawać innym ludziom poczucie pewności.

Czy uczestnicy "Ośmiu wspaniałych" potrzebowali właśnie takiego prowadzenia? Jak się z nimi współpracowało?

- Każdy z nich był inny, miał inny stopień wrażliwości, inną przeszłość i historię, która wpłynęła na to, kim jest. Znając te historie, z każdym z nich trzeba więc było pracować inaczej. Główna odpowiedzialność spoczywała tu na Marcie Manowskiej, która sobie świetnie poradziła w tej niełatwej roli. To nie było tylko prowadzenie programu, to rola na pograniczu pracy psychologicznej. To olbrzymie obciążenie prowadzić rozmowy, w których łzy pojawiają się i z jednej, i z drugiej strony kamery. Widziałem członków ekipy, którzy byli poruszeni tym, co widzą, czego słuchają w opowieściach naszych uczestników. Byliśmy świadkami ludzkich dramatów. Uczestnicy powoli otwierali się przed Martą i to były rzeczy bardzo mocne, bardzo emocjonalne, poruszające.

- A ona musiała to wziąć na klatę. Marta była na pierwszej linii, twarzą w twarz z uczestnikiem mówiącym jej rzeczy, których prawdopodobnie nikomu wcześniej nie powiedział, ale ona potrafi słuchać, otwierać i dawać siłę ludziom, którzy jej się zwierzają. Wielokrotnie byłem na planie świadkiem sytuacji, w których uczestnicy padali Marcie w objęcia. To było niesamowite. Jeden z uczestników na swoim profilu napisał, że dziękuje Marcie za to, że jest takim aniołem. Na planie musi być ktoś, kto zrozumie ich błędy, ich słabe strony, ale też pokaże drogę - w jednej ze scen zamykających odcinek Marta powiedziała: "My im możemy wskazać drogę, natomiast oni sami muszą chcieć nią pójść". I na tym właśnie polega ten program.

A czy pan również był poruszony historiami uczestników?

- Były momenty, które chwytały za serce, na pewno. Z odcinka na odcinek uczestnicy otwierają się coraz bardziej, więc możemy dowiedzieć się o nich coraz więcej. To jest opowieść o dobrych ludziach, którzy nie byli święci, ale mają w sobie dużo wrażliwości i tęsknoty za tym, co utracili, i wiary w to, co może nastąpić. Są dobrym przykładem, są ludźmi z krwi i kości, ich historie są prawdziwe. To jest siłą tej opowieści.

Czy aktualna sytuacja, związana z pandemią, pokrzyżowała panu dalsze plany zawodowe?

- Dwie produkcje czekają cały czas na zielone światło, trzecia jest w przygotowaniu. Niezależnie od tego mogę zdradzić, że piszę scenariusz filmu związanego ze Śląskiem. Sam pochodzę z Górnego Śląska, pisałem pracę magisterską na ten temat, jest mi on bardzo bliski, zresztą Marcie Manowskiej również, bo jest Ślązaczką. Na planie "Ośmiu wspaniałych" często rozmawialiśmy po śląsku, część ekipy była z Katowic, więc chociaż program był realizowany na Podlasiu, to stworzyliśmy sobie śląski mikroklimat.

Rozmawiała Karolina Głogowska (PAP Life)

PAP life

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Michał Bryś | 8 wspaniałych

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje